Katechizm inaczej. Powracające pytania

ks. Tomasz Horak

dodane 30.04.2006 20:39

Skarbiec wiary Kościoła jest ogromny. Są w nim “nova et vetera” - rzeczy nowe i stare. Te “stare” nie starzeją się nigdy. A “nowe” nie są nowe. Trzeba jedynie najdawniejszą tradycję Kościoła odczytywać na nowo.

Katechizm inaczej. Powracające pytania

 

1. Jezus czy katechizm?

Ciemna zakrystia, w kącie ogromny konfesjonał, na podwyższeniu stół. Za stołem proboszcz. “Trzydzieści sześć?” W kierunku stojącego naprzeciw dziecka wycelowana ogromna proboszczowska ręka. Na głowie księdza biret z przekrzywionymi rogami. Wyglądało to tak zabawnie, że mały nie dosłyszał pytania. Tubalny głos huknął powtórnie: “Trzydzieści sześć!?” Odpowiedź była bezbłędna: “Łaska uświęcająca jest to dar Boży, który daje nam życie nadprzyrodzone i czyni nas dziećmi Bożymi”. Potem było jeszcze kilka innych pytań, których numerów już nie pamiętam. Bo nasz proboszcz zawsze pytał według numerków w katechizmie. I tak naprawdę, to obrona doktoratu była fraszką w porównaniu z tamtym, moim pierwszym w życiu, egzaminem. Do dziś pamiętam to “Trzydzieści sześć!?” Pamiętam też moją odpowiedź na piątkę. Pamiętam też to, że z tej odpowiedzi nie rozumiałem nic. Dlatego nie mam dobrych skojarzeń z katechizmem. I dlatego nie zdziwiłem się, gdy kiedyś na lekcji religii musiałem zmierzyć się z klasą stawiającą problem “Jezus czy katechizm?”

Jezus czy katechizm... W tym pytaniu kryje się istotny niepokój człowieka szukającego osobowego wzoru, a nie pisanych formuł. Formuły są konieczne, ale ożywają dzięki ludzkim postawom.

Pytanie “Jezus czy katechizm?” wypływając z bardzo głębokiej i uzasadnionej ludzkiej potrzeby, ujmuje problem na zasadzie wykluczenia. A tak sprawy stawiać nie można, bo wobec osoby Jezusa stajemy nie w jakiejś pustce, a we wspólnocie Kościoła. Ta wspólnota - jak każda ludzka społeczność - musi mieć określony zasięg, a należący do niej ludzie muszą być świadomi swoich przekonań i celów. Właśnie Katechizm określa zarówno zasięg wspólnoty Kościoła, jak i jej samoświadomość - jest zatem niezbędny. Jeśli ktoś nie lubi słowa “katechizm” - niech sobie to nazywa jak chce. Ale wspólnota religijna nie może istnieć bez usystematyzowania treści swojej wiary.

Wiary... A czym jest wiara? “Wiara jest odpowiedzią człowieka daną Bogu, który mu się objawia i udziela, przynosząc równocześnie obfite światło człowiekowi poszukującemu ostatecznego sensu swego życia”. - Tak Katechizm [26]* definiuje wiarę. Znamienne, że Kościół nie przypisuje sobie roli nauczyciela narzucającego swój punkt widzenia. Więcej: jest świadom, że po stronie człowieka początkiem wiary jest poszukiwanie, stawianie pytań sobie, światu i Bogu często jeszcze nie nazwanemu. Takie pytania stawia każdy i każdy jakąś odpowiedź Bogu daje. Każdy - bo brak odpowiedzi też jest odpowiedzią. A niewiara jest rodzajem wiary.

Jaką odpowiedź dają Bogu ludzie, którzy tworzą wspólnotę Kościoła Katolickiego? To właśnie Katechizm stanowi kompendium i repetytorium, skrót i utrwalenie skarbca wiary Kościoła - a tym samym wyraz samoświadomości chrześcijańskiej wspólnoty tworzącej Kościół Katolicki. Katechizm jest zatem potrzebny - nam wierzącym, bo pomaga w krystalizowaniu naszej samoświadomości. Jest potrzebny ludziom spoza Kościoła, by mogli nas i nasze przekonania poznać. By mogli nas jakoś identyfikować.

Czy nie można jednak stanąć wobec osoby Jezusa bez pomocy Kościoła? Twierdzę, bogaty w doświadczenia własne, bogaty w doświadczenia wieków historii, że można próbować szukać Jezusa samotnie, w pojedynkę, lub ignorując wieki doświadczeń. Tyle, że życia braknie. A po drugie: braknie głębi tej odpowiedzi jaką jest wiara bogata doświadczeniem pokoleń. Można problem postawić jeszcze inaczej: Czy nie wystarczy Ewangelia, by poznać Jezusa? Po co Katechizm? Otóż każda epoka posługuje się językiem innych pojęć, inne pytania stawia - sobie, filozofom, Bogu. Stąd nieustanny rozwój filozofii i teologii. Każde pokolenie szuka więc własnych odpowiedzi. Pismo św. jest źródłem wszystkich odpowiedzi, ale ich przełożenie na język poszczególnych pokoleń jest inny. Katechizm Kościoła Katolickiego, który jest inspiracją, źródłem i miarą wszystkich stu rozdziałów tej książki, został opublikowany z polecenia papieża Jana Pawła II w dniu 11 października 1992 roku. Jego poprzednik, Katechizm Soboru Trydenckiego, czterysta lat wcześniej (rok 1566). Pokolenia, które przyjdą po nas, będą musiały wiarę wypowiedzieć językiem swojej współczesności. Katechizm zawsze należy odczytywać tak, by odpowiedź, jaką człowiek daje Bogu, była zarówno odpowiedzią całego Kościoła, jak i każdego z nas. Próbowałem w tym pomagać Czytelnikom «Opolskiego Gościa Niedzielnego» przez dwa lata. Prezentowany zbiór artykułów nie wyczerpuje treści Katechizmu Kościoła Katolickiego. Porównanie rozmiarów obu książek jest wymowne. Jeśli jednak pomogę komuś z Czytelników otrząsnąć się z jakiegoś “Trzydzieści sześć!?” - to dobrze. Bo ja już dawno się otrząsnąłem - choć tamto pamiętam.
 

2. Czy On jest?

Sądzę, że to pytanie musi postawić sobie każdy człowiek wierzący. Przynajmniej raz w życiu. “Czy On jest?” On - Bóg. Jest to pytanie sceptyka - a trzeba być po trosze sceptykiem w życiu. A już na pewno lepiej być sceptykiem, niż naiwnym. Ale można zapytać nieco inaczej: “Czy mogłoby Go nie być?” Też pytanie, też jakaś wątpliwość. Ale z tak sformułowanego pytania przeziera nie tyle zwątpienie sceptyka, ile raczej potrzeba rozumienia tego, w co (w Kogo) się wierzy.

Pracowałem wtedy w Bytomiu. Tam niebo zawsze jest szare i gwiaździstych nocy nie ma. Pojechaliśmy w czasie wakacji w góry. To był Ustrzyk, ostatnie osiedle Ochotnicy, w Gorcach. Noc była niezwykła. Cieniutki księżyc już zaszedł. Na niebie gwiazdy. Niesamowite wrażenie. Miliony gwiazd. Od ich światła było jasno. Można było rozróżnić cienie padające od drzew w różnych kierunkach - tak, jak z różnych stron świeciły najjaśniejsze gwiazdy. Siedzieliśmy patrząc… Właśnie, na co patrząc? Na niepojętą głębię materialnego świata. Zaczęliśmy mówić o wielkości tych gwiazd, o ich temperaturze - a różnice temperatury są z grubsza widoczne gołym okiem. Próbowaliśmy operować miliardami ton przeliczając masę gwiazd. Śmieszne to było - bo liczby tak czy owak były za małe, wyobrażenia zbyt ciasne. Aż wreszcie ktoś z nas zamiast liczyć i mierzyć gwiazdy, zapytał: “Czy mogło by Go nie być?” Wszyscy zrozumieli. Zachwycamy się widokiem kosmosu - a przecież Jego nie mogło by nie być. Tego Kogoś, kto wszystko w tym kosmosie “poukładał” na swoje miejsce. Każdy z nas jakieś tam pojęcie o astrofizyce miał. O tym, że gwiaździste niebo to nie tylko gra świecidełek - ale precyzja całej mechaniki rządzącej i naszą Galaktyką, i milionami innych galaktyk. To precyzja matematycznych wzorów. Także precyzja mikrokosmosu atomów, a w nich elektronów, protonów, neutronów i wielu innych cząsteczek. Skąd w materii ten niewyobrażalny porządek? Porządek, w którym nawet nieuporządkowane ruchy wprzęgnięte są w harmonijne istnienie i funkcjonowanie całości?

Na początku musiała być Myśl. Umilkliśmy, patrząc na jasne niebo gorczańskiej nocy. Nagle ktoś zaczął z pamięci przejętym głosem recytować początek Ewangelii według św. Jana: Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga, i Bogiem było Słowo. Wszystko się przez Nie stało. A bez Niego nic się nie stało, co się stało… Wszyscy zrozumieli. To było nasze wyznanie wiary - nie naiwnej, nie magicznej, nie dziecinnej. Wiedzieliśmy, że Jego nie może nie być.

“Czemu nie mówisz dalej?” - zapytał ktoś inny. Ten sam głos zaczął znowu recytować: W Nim było życie, a życie było światłością ludzi, a światłość w ciemności świeci i ciemności jej nie ogarnęły… Na świecie było Słowo, a świat stał się przez Nie, lecz świat Go nie poznał… A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas. Wiedzieliśmy: to nie wyznanie wiary w jakąś kosmiczną moc i bezosobową inteligencję. W jakiś “supermózg” kosmosu. To wyznanie wiary w Kogoś. Bo Słowo - to On. Bóg. I ten Bóg stał się jednym z nas. W głowie się mąci, gdy o tym myśleć. Ale gdy patrzeć na oszołomiającą grę świateł gwiazd, gdy próbować je liczyć (czego już Abraham próbował), jeśli pokusić się o wyobrażenie odległości do tych migoczących świecidełek - też w głowie się mąci.

Długo siedzieliśmy na polanie patrząc na niebo. A ON nie był w jakimś “niebie” z katechizmowych formuł. ON był blisko. ON był z nami, wśród nas. ON był w nas. Nie, nie byliśmy naiwni wtedy (i nie jesteśmy dziś), gdy mówimy: “Wierzę w Boga”. Nie jesteśmy naiwni, gdy próbujemy nawiązać z Nim kontakt (myślę o modlitwie). Nie jesteśmy naiwni, gdy uznajemy nad sobą Jego prawo - prawo dobroci, sprawiedliwości, miłości, prawdy i życia. Nie jesteśmy naiwni - dobrze wiemy, że ON jest tak bardzo inny niż nasze wyobrażenia o Nim. Naiwne mogą być właśnie owe wyobrażenia. Ale nie wiara. A że czasem stawiamy pytanie “Czy On jest?” to i cóż. On te nasze pytania lubi, bo pomagają Go choć trochę zrozumieć.

3. Drabina przystawiona do nieba?

Siedziałem kiedyś nad Czarnym Stawem Gąsienicowym, na skalnym progu u stóp Żółtej Turni. Mimo woli stałem się widzem akcji ratowniczej. Kolejny turysta zapędził się w zerwy żlebu Drege’a. Przez lornetkę widziałem, co się działo w skalnej pułapce, wiatr przynosił od czasu do czasu strzępy zdań. Ratownicy dotarli do delikwenta od góry. Na szczęście nie zapuścił się on na niższe, bardziej niebezpieczne półeczki. Spuścili do niego linę, nie było wysoko. Słyszałem, jak namawiali go, by z pomocą liny wrócił przez dzielący go od nich kilkumetrowy próg. Próbował, nie wychodziło mu to. Strach, czy rozsądek, który odzyskał? Nie wiem. Za chwilę linę wciągnięto z powrotem, po chwili ratownik zsunął się do uwięzionego turysty, obwiązał go liną i podsadzając jak dzieciaka wypchnął w końcu na bezpieczne miejsce.

Jaki to ma związek z katechizmem - choćby “inaczej”? A no ma. Człowiek dzięki własnej przemyślności, jak ów nierozważny turysta, został uwięziony w pułapce zła. Łatwo przyszło przekroczyć niewidzialną linię pomiędzy dobrem i złem. Biblia przedstawia to w obrazowej opowieści sprzed tysiącleci: Adam i Ewa w rajskim ogrodzie, drzewo poznania dobra i zła, wąż, owoc… Znamy to. Znamy to także z własnego życia, gdy stajemy się ofiarami zła własnych czynów. W grzechu zło zawsze przemieszane jest z głupotą. I niektórych spraw “odkręcić się” nie da. Taki jest nasz cały świat. Nie czas, by w tym miejscu opisywać na nowo wszystkie ślepe zaułki, w które człowiek i ludzkość weszły i wchodzą nadal.
I chciałby człowiek wrócić. Dlatego przystawia do nieba drabinę. Oczywiście, posługuję się obrazem. Chcę powiedzieć, że ludzie od tysiącleci szukali i szukają drogi wyzwolenia, drogi ku dobru, drogi ku Bogu. Wymyślono tysiące sposobów, by sięgnąć nieba, by nawiązać kontakt z Kimś, kto jest źródłem dobra, a kto musi istnieć - bo bez Niego wszystko straciłoby sens. Najprostszym sposobem sięgania do nieba była modlitwa - ale jakże nieraz przemyślne sposoby modlitwy wymyślano. Śpiew czy recytacja tekstów to jeszcze dla nas oczywiste. Dzwon, którego głos ma “przebić” niebo też znamy. Różne szkoły i techniki medytacji. Azjatyckie “młynki modlitewne” - te już mniej nas przekonują. Modlitwę człowiek wspierał ofiarą, dobrze rozumiejąc, że tej potężnej Istocie nie jest w stanie niczego ofiarować. Dlatego sięgano nawet po ludzkie życie, składając ofiary z ludzi. Niepojęte?

Niepojęte dla nas, którzy wyrośliśmy w świecie chrześcijańskim. Bo chrześcijanin nie przystawia drabiny do nieba. W samym centrum naszej wiary jest przekonanie, że “Syn Boży stał się człowiekiem…” To coś tak, jak w owym tatrzańskim żlebie: gdy nie mogę wspiąć się do góry, ktoś schodzi do mnie, by ratować mnie, moje życie, cały mój świat. To nie ja muszę na oślep szukać Kogoś. To ów Ktoś - a chrześcijanin wie kto - szuka mnie. Wystarczy pozwolić się prowadzić. Oczywiście - trzeba uwierzyć, że ten Ktoś jest “Bogiem-z-nami” (zob. Mt 1, 23). Trzeba też zaufać. Tak, jak ów turysta w skalnej pułapce: przychodzi do niego ktoś nieznajomy. Uwierzył, że to ratownik. Prowadzi go nie w dół, gdzie widać schronisko, lecz z powrotem w skały - zaufał, że tak lepiej.

To zejście Boga pomiędzy ludzi zostało przez Niego doprowadzone do ludzkiej ostateczności - do śmierci, której towarzyszyło tak bardzo zrozumiałe dla nas wołanie: “Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił” (Mt 27, 46). Droga do krzyża była długa i też bardzo ludzka: ubogie narodziny, wygnanie, śmierć przybranego ojca, zwykła, codzienna praca by utrzymać siebie i matkę, ludzka przyjaźń, ale i zdrada, wierność do końca, ale i opuszczenie. Być chrześcijaninem to zaprzyjaźnić się z Nim, z Bogiem-z-nami. I być wiernym głoszonym przez Niego zasadom, z których pierwsza okazuje się tak bardzo ludzka: po prostu miłość… I dlatego chrześcijanin drabiny do nieba nie przystawia - lecz szuka wokół siebie miłości i rozsiewa zwyczajne, ludzkie dobro. I wtedy, czasem niespodziewanie, odnajduje Boga tak blisko siebie, że jeszcze trudniej uwierzyć w bliskość Boga, niż w odległe niebo.
 

4. Promieniowanie Tajemnicy

W różnych miejscach i okolicznościach odprawiałem Msze święte. Wiele tych niecodziennych Mszy utkwiło mi w pamięci. Także ta: Damaszek, a więc Syria. Hotel Orient Palace. W pokoju zepsuł się zamek przy drzwiach. A właśnie tu miała zacząć się Msza św. Koncelebrowało ją pięciu kapłanów wędrujących szlakami św. Pawła Apostoła. Stół, mały krzyżyk, świeczuszka, podróżny mszał, lekcjonarz i kielich. Jedna stuła założona na koszulę. W chwilę po przeistoczeniu do pokoju wpadł jak bomba rozczochrany Arab w rozchełstanej, brudnej koszuli. W ręku coś trzymał. Pewnie kolejny “handlarz” usiłujący sprzedać turystom jakiś rupieć. Wpadł - i po dwóch krokach stanął jak wryty. Chwilę stał nieruchomo. Potem, krok po kroku, tyłem zaczął się wycofywać na palcach. Najwyraźniej coś go zaskoczyło. Nie mógł wiedzieć co. Bez wątpienia był muzułmaninem, skąd miał więc wiedzieć, co robimy przy stole? Jego postać i jego reakcja utkwiły mi mocno w pamięci. Co go zatrzymało? Co jednemu z hałaśliwych zwykle Arabów kazało uszanować coś, czego nie rozumiał? Mam na to jedną odpowiedź: to było promieniowanie tajemnicy. A może powiedziałem za mało? To przecież było otarcie się o świętość - nieuświadomione, ale widocznie odczuwalne.

Co potrzeba, aby mogła się ziścić tajemnica Mszy świętej? Najpierw musi zostać spełniony warunek będący zarazem obietnicą Jezusa: “Gdzie dwaj albo trzej są zebrani w moje imię, tam ja jestem pośród nich” (Mt 18, 20). Było nas pięciu. Byliśmy w imię Jezusa. A więc On był. Nie tak, jak jest wszędzie swoją stwórczą mocą. Był jako Ktoś bliski, jako Przyjaciel, jako Zbawiciel otwierający drogę ku innemu światu. Drugi krok ku spełnieniu się Tajemnicy to obecność kogoś, kto odziedziczył po apostołach Jezusowe upoważnienie i nakaz: “To czyńcie na moją pamiątkę” (Łk 22, 19). W naszych kościołach na codzień Mszy św. przewodzi jeden kapłan. W czasie owej Mszy w damasceńskim hotelu było kilku (mówimy wtedy, że Msza jest koncelebrowana). Nie może więc być Mszy bez minimalnej choć wspólnoty zgromadzonej wokół ołtarza. Ale bez kapłana, który jest przewodnikiem tej wspólnoty, a zarazem jej członkiem, też nie może być Mszy św.

Opowiadał mi ktoś - a było to w czasach twardego jeszcze komunizmu i narzucanego przezeń ateizmu - o pewnym fenomenie zaobserwowanym na Białorusi. Otóż grupa ludzi wierzących zaprosiła go na spotkanie w czyimś mieszkaniu. Zebrali się, by wspólnie “czytać” Ewangelię. Użyłem cudzysłowu, bo nie mieli księgi z Ewangelią. To byłoby zbyt niebezpieczne. Książka byłaby rzeczowym dowodem ich ideologicznej niedojrzałości. Przed zgromadzonymi stanął trzynastoletni chłopiec i zaczął recytować z Ewangelii według św. Mateusza Jezusowe Kazanie na górze. Po prostu tekst Ewangelii mieli w pamięci - każdy swój “przydział”. Nie musimy stosować takich wybiegów. Możemy mieć - i mamy księgi. Staje przed zgromadzonymi lektor, później kapłan i dzień po dniu czytają we Mszy św. fragment po fragmencie i księgi proroków, i listy apostolskie, i Ewangelię. Także psalm z Biblii jest wzięty. – I to jest kolejny element budujący tajemnicę Mszy św.: czytanie Pisma św., wyjaśnienie go przez kapłana, zastosowanie nauki Bożej do naszego życia.

A potem na ołtarzu - choćby był nim ów hotelowy stół - składa się odrobinę chleba w jego najprostszej, opłatkowej formie. Także łyk wina w kielichu. W chlebie i winie człowiek przynosi swoją pracę. Bo przecież praca każdego z nas, nie tylko piekarza, młynarza czy rolnika - materializuje się w chlebie. Nie byłoby chleba bez chemika, bez górnika. Bez lekarza i nauczyciela. Bez kierowcy i artysty… Każdy, choćby bardzo okrężną drogą, swą cząstkę tak w powszedni bochen chleba, jak i w ołtarzowy opłatek wnosi. “Owoc ziemi i pracy rąk ludzkich” składamy jako nasz dar. A dar ten do nas wraca niebawem jako Ciało i Krew Jezusa. To czwarty, szczytowy, najważniejszy “sposób” bycia Jezusa wśród swoich i dla swoich. Tego “sposobu” chciał Jezus - nie mamy co do tego wątpliwości, gdy czytamy opis Ostatniej Wieczerzy.

I Bóg jest z nami w ten sposób? My, chrześcijanie odpowiadamy: Tak, wierzymy w to. Jakie to urzekające: zatopić się we wspólnotę otaczającą mszalny ołtarz. I ksiądz, i dziecko, i uczony, i robotnik, i artysta, i… Razem powtarzamy świętej Obecności swoje “Amen”, swoje “Tak”.

5. Kto jest piękny?

To było w dolinie Roztoki, w Tatrach. Ale mogło być wszędzie. W nocy - burza. Wczesnym rankiem wyruszyłem ku Pięciu Stawom. Słońce opromieniało las. Wszystko jeszcze mokre. Ranne mgiełki prześwietlone srebrzystymi promieniami. Wtedy zobaczyłem coś niezwykłego. Gęsta ściana świerkowego młodnika błyszczała wszystkimi barwami tęczy. Jakby ktoś ozdobił drzewka kolorowymi, to zapalającymi się, to znów gasnącymi lampkami. Były ich tysiące. Długo patrzyłem na tęczę rozpiętą na świerkowych gałązkach. Wyjąłem z plecaka sprzęt fotograficzny. Z pół godziny kręciłem się po polance, zanim zrobiłem kilka zaledwie zdjęć. Nie łatwo robi się takie zdjęcia. W tym czasie kilkadziesiąt osób przepędziło obok mnie i obok tej cudownie pięknej gry słonecznych promieni. “Panie, co pan fotografuje?” Odkrzyknąłem: “Czy nie widać?” Chwila, rzut okiem, i komentarz: “Eee, choinki…” I turysta pędem ruszył dalej. A ja, wędrując dalej, zastanawiałem się, dlaczego niektórym tak trudno zobaczyć piękno.

Bo Bóg jest Piękny. A równocześnie Bóg jest Miłością. Dlatego piękno jest jednym z imion, czy atrybutów miłości. Znamy to z własnego doświadczenia: piękno potrafi obudzić miłość. Kto potrafi widzieć tylko powłokę rzeczywistości - widzi śliczne dziecko, piękną kobietę, przystojnego mężczyznę. Kto ma wzrok bardziej przenikliwy - zobaczy piękno duszy, zobaczy piękno ludzkich myśli, uczuć, piękno czystego sumienia. I zakochuje się. Takimi, widać, stworzył nas Bóg. Wrażliwymi na piękno - bo sam jest Piękny. Otwartymi na piękno - bo chciał, byśmy byli otwarci na Niego. Gdzie znajdziesz najpiękniejsze dzieła artystów? W świątyniach. Piękno w ten sposób staje się modlitwą.
Czy jest ktoś, kto boi się piękna? Jest. Rozmawiam z Eweliną. Mówię: “Boję się o ciebie, o twoją przyszłość. Boję się, że może się w tobie wszystko zawalić”. Zaskoczona pyta, dlaczego tak sądzę. Odpowiadam: “Jesteś piękna. I dobra. A szatan nienawidzi dobra, bo nienawidzi Boga. I z tego samego powodu nie może znieść piękna. I dlatego tak często nazbyt piękne kobiety, nazbyt przystojni mężczyźni stają się szczególnym obiektem ataków złego ducha. Uderza w to, co piękne, by w ten sposób uderzyć w Boga. Bo Bóg jest Piękny. Szatan kocha szpetotę”.

Czy patrzyliście kiedyś na pierwszokomunijne dzieci? Wszystkie są w tym dniu piękne. Patrzę na nie i zastanawiam się: jeszcze wczoraj połowa dziewczynek była taka zwyczajna, nieomal przeciętna. A kilka z nich ktoś nazwałby brzydkimi. To samo chłopcy - niektórzy niezdarni, to za duże uszy, to niezgrabna sylwetka. Ale dziś wszyscy i wszystkie są piękne. Nie sukienka, nie garniturek. Coś jest w buzi, coś w oczach, coś w całej postaci. Tak: Bóg jest Piękny i jego piękno odbija się w postaci człowieka.
Dlatego trzeba dbać o piękno. I swego ciała, a jeszcze bardziej swego ducha i duszy. Także o piękno otoczenia: mieszkania, domu, obejścia, podwórka, wioski czy miasta. Piękno jest potrzebne, bo Bóg jest potrzebny. Dlatego trzeba dbać o gust, o kształcenie poczucia piękna: aby nie nazywać pięknym tego, co ma tylko jego pozory. Dlatego kościoły trzeba wypełniać dziełami pełnymi piękna. Ale piękna pełnego ducha - nie tylko zewnętrznej formy. Z tego powodu nie każdy artysta potrafi tworzyć dzieła, które stałyby się modlitwą i jego, i innych ludzi. Dlatego św. Brat Albert szukając miejsca na pustelnię dla siebie i swoich braci, wybrał piękne miejsce w Tatrach. Dlatego Sługa Boży, ks. Franciszek Blachnicki programowo domagał się, by na rekolekcje oazowe wybierać miejsca o najpiękniejszym krajobrazie. Dlatego twarze świętych, choć bywały niezgrabne, zawsze promieniowały pięknem - czego śladem w malarstwie jest aureola wokół ich głów. Dlatego trzeba dbać o piękno. I swego ciała, a jeszcze bardziej o piękno swego ducha i duszy.
 

6. Wszyscy się pchają

Lekcja w “zerówce” - to wielka radość. Dzieciaki bardzo mnie lubią (z pełną wzajemnością). Gdy lekcja się kończy “włażą mi na głowę”, każde chce się choć na chwilę przytulić. I wtedy na myśl przychodzi biblijna scena z Kafarnaum (Mk 5, 21 - 34): Jezus, jego uczniowie i rosnący z minuty na minutę tłum. Bo przecież On szedł do umierającego dziecka! Ciekawość! Każdy by się pchał. Bo się pchali. I nagle Jezus zatrzymał się, tłum siłą bezwładu pociągnął go jeszcze parę kroków. Zrobiło się cicho. W tej ciszy rozległo się zabawne, śmieszne pytanie: “Kto dotknął mojego płaszcza?” Odpowiedziała cisza, bo jak było rzec Mistrzowi o niestosowności jego pytania? Po chwili odezwał się Szymon: “Widzisz, że tłum zewsząd Cię ściska, a pytasz, kto mnie dotknął”.

Jezus wie, że tłum napiera. Ale On rozróżnia pchających się od tego kogoś jednego, kto nie pcha się, ale dotknął Jego płaszcza. Spotkanie z Jezusem. Wszyscy w tym spotkaniu brali udział. Jednakże poziom tego spotkania był bardzo różny. “Córko, twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju, bądź uzdrowiona…” - Wiara - to jest klucz głębokiego spotkania z Jezusem, w Nim - z Bogiem. Ewangeliści notują wiele podobnych spotkań. Sami uczniowie Jezusa, jego apostołowie, takie spotkanie przeżyli. Każdy nieco inaczej, ale każdy od momentu tego jego osobistego spotkania związał się z Jezusem na zawsze.

A my? Dwa tysiące lat bez mała minęło od tamtego czasu. Jaka jest nasza perspektywa spotkania się z Nim? Gdy kończę lekcję w “zerówce”, jedne z dzieciaków dopchają się, inne stoją z dala. Czasem trochę naburmuszone, czasem smutno uśmiechnięte. “Za tydzień twoja kolej” - mówię wtedy. I myślę, kiedy moja kolej, by dotknąć Jezusowego płaszcza, jak owa kobieta w Kafarnaum? Dlaczego my nie mamy tej samej szansy, co mieszkańcy Palestyny z tamtych czasów?

I przypomina mi się inne wydarzenie owych dni. Trzydzieści lat wcześniej. Jezus jeszcze się nie narodził, ale już był i żył. Pod sercem swej Matki. Maryja spieszy (Łk 1, 39) do Elżbiety. Syn Boży nawiedza swój lud, swoją ziemię. Naszą ziemię. Kto o Nim wie? Kto pojmuje zagadkowy, pełen życzliwości i miłości uśmiech mijającej ich młodej dziewczyny? A jednak dokonuje się Spotkanie. Bóg jest tak blisko! I dziś też jest blisko. Ale my - jak te dzieci z przedszkola - potrzebujemy znaku. Przytulić się do księdza, nastawić główkę do pogłaskania, czy choć tylko swoją rączką pogładzić wyciągniętą rękę. Potrzebna jest ta wyciągnięta na moment ręka. To znak. Ksiądz do mnie rękę wyciągnął. Na mnie popatrzył i oczy na chwilę się spotkały. Znak! Człowiek potrzebuje znaku. Że go zauważyli, że po prostu dla kogoś się jest. Wpadłem raz, jak po ogień, do kogoś z parafian.

Potrzebowałem, by Agnieszka pomogła w przygotowaniu śpiewu na uroczystość. Zaspieszony rzuciłem krótkie “Szczęść Boże” wszystkim. Za moment rozległ się głośny płacz czteroletniej wtedy Basi. “Basieńko, co się stało?” Mama nie wiedziała, ciocia też nie. Ja wiedziałem. Basia czekała, by jak zawsze ją, nie wszystkich, ale właśnie ją zauważyć. Podbiegłem, podniosłem do góry, przytuliłem. Płacz momentalnie ustał, jakby ktoś wyłączył magnetofon. - Człowiek potrzebuje znaku od człowieka, i od Boga też. Znaku skierowanego do siebie, nie do jakichś “wszystkich”.

Bóg o tym nie wie? Wie, doskonale wie. I Jezus - ten subtelny psycholog wszechczasów - też wiedział i wie. Dlatego zabrał nam, światu, swoją fizyczną obecność. Gdyby ją zostawił, ograniczyłby możliwość dostępu do siebie. Zwykłe prawo materii podległej ramom czasu i przestrzeni. Równocześnie jednak zostawił znaki swej duchowej obecności. Znaki oczywiście są materialne, widzialne, zmysłowo uchwytne. A że niosą w sobie tajemnicę Jego obecności, w bilijnej, greckiej terminologii otrzymały miano “tajemnica”, co na łacinę przełożono jako sacramentum. I tak te znaki nazywamy do dziś: sakramenty. Nie musimy się pchać. Miejsca jest dla wszystkich. Byle tylko nie być “tłumem”, a ową kobietą z Kafarnaum, co to z wiarą w sercu dotknęła Jego płaszcza.
 

7. Gdzie jest niebo?

Byłem u Zbyszka kilka dni przed śmiercią. Zbyszek miał 14 lat i chorował na raka. Nikt mu nie powiedział, że to ostatnie dni. Ale on wiedział. Komunię przyjął - Krew Pańską przez rurkę, bo tyle mógł przełknąć. Potem chwila modlitwy i “rozmowa”. Próbowałem coś mówić przez ściśnięte gardło, on z wysiłkiem kiwał głową, albo przecząco nią kręcił. W pewnej chwili poczułem, że chce mi przekazać coś ważnego. Patrzę na Zbyszka, on z wysiłkiem podniósł rękę, palec skierował ku górze, wykonując kilka ledwo zauważalnych gestów wskazujących… Zbyszek doskonale wiedział, że to ostatnie godziny na ziemi. “Spotkamy się w niebie” - mówił jego pełen wysiłku gest. Powtórzyłem półgłosem: Spotkamy się w niebie? Odpowiedzią było potakujące kiwnięcie głową.

Palec Zbyszka skierowany był ku górze. Wskazywał sufit. Ale ja zrozumiałem - i każdy by zrozumiał, że chodzi nie o sufit, a o niebo. Ale gdzie ono jest? A może trzeba by pytać: czy jest? Czym jest? Popróbuję szukać odpowiedzi, a zacznę “od tyłu”. To jedna z teologicznych konwencji, którą przed wiekami nazwano via negationis, drogą zaprzeczenia. Otóż każdemu z nas coś tam się czasem śni. Jest pewien rodzaj snów, które człowieka mogą zmordować do nieprzytomności. Śni ci się, że pociąg już odjeżdża, a ty nie możesz się ruszyć, zupełny bezwład. Albo: usiłujesz otworzyć drzwi jakiegoś pomieszczenia, w którym cię zamknięto, sięgasz do klamki i wciąż brakuje tych kilku centymetrów, by ją uchwycić. Oczywiście, to tylko sny. Choć i na jawie zdarzają się sytuacje kompletnie obezwładniające. Taki stan zupełnej niemożności to obrazowe zaprzeczenie nieba. Ale w życiu bywa też odwrotnie. Patrzyłem kiedyś na rzemieślnika, który palnikiem formował z kolorowego szkła małe figurki. Na zamówienie publiczności: to świnka, to gołąbek, to ludzik. Nie było zadania niemożliwego. To była raczej zabawa - ale zabawa, na którą może sobie pozwolić tylko artysta. Wszystko w tej jakiejś dziedzinie jest proste, łatwe, zachwycające. Tak przyjmujemy cudowne popisy łyżwiarzy, tak zachwycamy się lekkością z jaką muzyk wydobywa z instrumentu całą tęczę dźwięków. I tak bardzo potrzebujemy tej lekkości, tej łatwości - choć na nią popatrzyć, jeśli już nie samemu ją osiągnąć.
Artyzm… Można być artystą także w dziedzinie życia. Tak. Po prostu umieć żyć. Z lekkością - choć ciąży tak wiele. Z radością - choć bywa trudno. Ze swobodą - choć tyle ograniczeń. Harmonijnie - choć tyle brzydoty wokoło. Subtelnie - choć brutalności nie brakuje… Są, wierzcie mi, artyści życia. Ale jakby na ten artyzm życia nie patrzyć, jest on zawsze jakoś ograniczony. I niewielu w tej dziedzinie artystów, niewielu świętych…

Co to wszystko ma wspólnego z pytaniami o niebo? A no ma. Niebo - to nie jakieś miejsce w górze. Niebo - to przezwyciężenie wszystkich ograniczeń, które nakłada na nas materia, przestrzeń, upływ czasu, niedoskonałość naszych charakterów, obecność zła moralnego - i zła osobowego, czyli szatana. Sami nie jesteśmy w stanie tych ograniczeń przezwyciężyć. Ale możemy to otrzymać jako dar Boga. I to jest niebo: po prostu artyzm istnienia, bo nie chcę mówić “życia”, by nie budzić zbyt biologicznych skojarzeń.

Niebo jest darem. Ale dar trzeba umieć przyjąć. Może powiem inaczej: trzeba być zdolnym, czy wręcz zdatnym, do przyjęcia daru. Jeśli rzeczywistość nieba jest bez reszty wypełniona dobrem, to jak ten dar przyjmie ktoś, kto bardziej zżył się ze złem? Taki dar będzie go parzył w ręce. Czy ktoś (znów obrazowo mówię, ale jak mówić inaczej?) zbyt mocno ubabrany w błocie moralnego zła, będzie w stanie w ubłocone dłonie wziąć kryształowo czysty dar czystego istnienia? I cieszyć się nim? Dlatego Jezus w swej Ewangelii pełnej dobroci i miłosierdzia przestrzega przed ostateczną katastrofą człowieka. Katechizm nazywa to piekłem.

Zapytali kiedyś Jezusa uczniowie: “Któż więc może się zbawić?” Jezus spojrzał na nich i rzekł: “U ludzi to niemożliwe, lecz u Boga wszystko jest możliwe” (Mt 19, 25n). Czyli: z jednej strony ufając w to Jezusowe zapewnienie, z drugiej strony muszę dbać o to, by i ręce, i serce mieć czyste. By stać się artystą istnienia.

8. Hulaj dusza, piekła…

No właśnie. Jest, czy nie ma? Trzeba chyba zacząć tak, jak zwykle zaczynał jeden z najtęższych europejskich umysłów. Mam na myśli św. Tomasza z Akwinu. Okrągło licząc - 700 lat temu. Jako student byłem nim zafascynowany i czytywałem go w oryginale. Tomasz miał wypracowany schemat wywodu: teza, wyjaśnienie terminów, zdania przeciwników, przedstawienie swojego punktu widzenia, zbicie zarzutów (zauważ kolejność!). Zaczynając zastanawiać się nad piekłem, koniecznie trzeba zacząć od tezy i wyjaśnienia terminów. Tezę stawiamy: “Piekło jest rzeczywistością”. Czas na wyjaśnienie terminów.

A więc: co znaczy “piekło”? Można odpowiedzieć bardzo uczenie: piekło to egzystencjalna katastrofa człowieka. A można próbować opowiadać historyjki o diabłach z widłami. Nawymyślano tych nad wyraz obrazowych powiastek wiele. Nie bójmy się powiedzieć, że są one prymitywne. To właśnie one dały początek powiedzeniu: “Hulaj dusza, piekła nie ma”. Takiego piekła nie ma. Jeśli jednak wskazać pierwszą odpowiedź: “piekło to jest egzystencjalna katastrofa człowieka”, sprawa nabiera innego wymiaru. Doskonale wiemy, że człowiek może swoje życie doprowadzić do katastrofy. Przykłady? Ileż tych przykładów wokół nas! Ot, choćby pijak. Kiedyś miał jeszcze wpływ na cokolwiek w swoim życiu. Od pewnej chwili - już nie. Wszystko się w nim i wokół niego wali. Najczęściej nieodwołalnie. Rozsypują się więzy kaoleżeństwa, przyjaźni. Rozpada się rodzina. A on zostaje przeraźliwie sam. Z butelką, która samotności nie rozproszy. W gruzy idzie majątek, praca, zdrowie, sumienie dawno już poszło. Egzystencjalna katastrofa. Póki człowiek żyje, zawsze można sobie wyobrazić jakąś niespodziewaną przemianę. Ale można sobie wyobrazić, że egzystencjalna katastrofa sięgnęła wieczności.

Oczywiście, życie pisze (pod dyktando człowieka, albo przy jego ogromnym współudziale) najprzeróżniejsze scenariusze: narkotyki, nieuczciwość. Małżeńska niewierność, pogoń za pieniądzem czy sławą… to wszystko może zdruzgotać niejedno życie. Trafiają się bardziej lub mniej widowiskowe katastrofy w życiu ludzi. A jeśli wierzymy w “drugą stronę życia”, czyli po prostu w jego wieczne trwanie - musimy się zgodzić, że jest możliwa ostateczna, sięgająca wieczności katastrofa. Po prostu: wszystko przekreślone, wszystkie mosty spalone, drzwi zatrzaśnięte i klamek przy nich nie ma. W gruncie rzeczy człowiek zostaje przeraźliwie sam na zawsze, na to niepojęte “zawsze”. Bez wspólników, bez przyjaciół, bez Boga - bo wybierając zło, wybierało się przeciw Bogu. Nawet bez szatana, który porzuca swą ofiarę: dopiął swego, krąg piekielnych samotników się powiększył.

A co z piekielnym ogniem? Jezus nieraz o ogniu mówił (np. Mt 5, 22; 13, 42; 25, 41). Ale treść Ewangelii sięga głębiej, niż obrazowość ówczesnego języka. Za tymi zwrotami o ogniu, łatwo dostrzegamy chęć powiedzenia słuchaczom, że człowiek dokonuje jakiegoś rozstrzygającego, ostatecznego wyboru. Tak, jakby wrzucić coś w ogień - już tego nie wyjmiesz z powrotem. A jeśli sam w ogień wskoczyłeś - nie wrócisz. To po prostu koniec. A przy tym koniec bolesny, czego przecież specjalnie tłumaczyć nie trzeba.

Piekło - czy jest odrzuceniem? Tak pytając, myślimy: Bóg odrzuca człowieka? Nie. To człowiek odrzucił Dobro. Użyłem dużej litery, bo chodzi nie o jakiś jeden czyn, ale o zdecydowane, świadome, lekceważące odrzucenie Dobra - a więc Boga. Dobro ma wiele różnych “wcieleń”. Ale zawsze jest z Boga. Napisałem: “zdecydowane, świadome, lekceważące odrzucenie”. Katechizm nazywa to suchym językiem swoich reguł grzechem śmiertelnym: “Umrzeć w grzechu śmiertelnym, nie żałując tego i nie przyjmując miłosiernej miłości Boga, oznacza pozostać z wolnego wyboru na zawsze oddzielonym od Niego” [1033].

Piekło - przekonanie chrześcijan o istnieniu piekła jest konsekwencją przekonania o wolności danej człowiekowi. O wolności, którą Bóg gotów jest uszanować aż do granic… - albo raczej bez żadnych granic. Kim zatem jesteś, wolny człowieku?

9. Czy w Kościół trzeba wierzyć?

Przecież widzę: mury, wieża, ołtarz… Dom, wspaniała katedra. Czy cudowny w swej prostocie drewniany, wiejski kościółek. Ale dom może być pusty. Byłem kiedyś w kościele Mądrości Bożej w Istambule. Przepiękne dzieło architektoniczne. Oglądam zdjęcia… Potęga i lekkość. Ogrom i skupienie. Tłum turystów. Czegoś tu brakuje. Kościół przekształcono na muzeum! Martwy zabytek sakralnej architektury. Zdjęcia… Kolejny kościół - paryska katedra. Tłumy turystów. W ławce klęczy kobieta, obok dziecko. Modlą się. Przy ołtarzu krząta się zakonnica. Muzeum? Też. Ale dzięki tej modlącej się babci z dzieckiem, dzięki tej krzątającej się zakonnicy i dzięki tym kilku osobom, które zawsze można zastać na klęczkach w kaplicy Najśw. Sakramentu to więcej niż muzeum. Bo dom nie może być pusty. Bo kościół powinien być wypełniony Kościołem.

Czuję chropowatość muru, dotykam wygładzonych płazów drewna, widzę ołtarz… W budynek wierzyć nie trzeba. Od domu ważniejsi domownicy. Od kościoła-budynku ważniejszy Kościół-ludzie. I ten gromadzący się Kościół wcale nie jest taką oczywistością. Niby go widzę - bo widzę ludzi. Ale co ich łączy? Którędy przebiega niewidzialna granica pomiędzy tymi, którzy Kościół tworzą, a tymi, którzy są na zewnątrz? Każda ludzka społeczność zasadza się na jakiejś więzi. Żadna z ludzkich więzi nie jest oczywista i całkiem jednoznaczna. Dlatego potrzebna jest wiara, by dostrzec więzi łączące ludzi należących do Kościoła.

Pierwszą warstwą tych więzi jest właśnie wiara - przeświadczenie, że Syn Boży stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. Albo krócej: Jezus jest Synem Bożym (Dz 8, 37). To oczywiście w skrócie. Ale także wiara jako sposób na życie. Wiara, którą “widać” poprzez czyny (Jk 2, 17-18). W centrum tak pojmowanej wiary jest Ktoś, jest osoba, jest Jezus. Tak więc można definiować Kościół: wspólnota zgromadzona przez Jezusa i wokół Niego. Oczywiście, bez wiary takie sformułowanie nie ma żadnego sensu. I dlatego bez wiary nie sposób mówić o Kościele.

To było na Słowiance w Beskidzie Żywieckim. Przyszliśmy tam - ksiądz i grupa młodzieży. Latem mieszkało tam ze dwadzieścia osób. Łączyły ich sianokosy. Rozproszeni po okolicznych stokach ciężko pracowali. Wieczorem schodzili się wszyscy do zaimprowizowanej w domu kaplicy. Tak, wszyscy. Któraś matka z dwojgiem maluchów. Także jakiś mężczyzna pijany 24 godziny na dobę. Przychodził, siadał w kącie na podłodze i jak umiał, tak się włączał w Mszę św. Bo codziennie wieczorem była Msza. Dla tych ludzi siano było skarbem - miało go starczyć dla bydła do następnej wiosny. Ale więź wiary była silniejsza. Zostawiali siano i pędzili na Mszę. Codziennie. I to był Kościół, choć kościoła nie było. A gdy ostatniego dnia naszego tam pobytu zabrał głos pan Ludwik, senior osady, rozpłakał się jak dziecko: “Jutro już nam tylko siano zostanie! Was nie będzie i Mszy nie będzie…”

Tak, to właśnie jest Kościół: ludzie, których łączy Jezus. I - to też ważne: wśród nich jest ktoś, kto Jezusa reprezentuje w szczególny sposób. Dla Kościoła ogarniającego cały świat tym kimś jest papież, czyli biskup Rzymu. Przed kilku miesiącami Polska przeżywała tę prawdę jeszcze raz: obecność papieża jest dla Kościoła “kościołotwórcza”. Dla Kościoła lokalnego tym kimś jest biskup. Dla cząstki lokalnego Kościoła, czyli dla parafii - ksiądz. Dlatego dla mieszkańców Słowianki owe dwa tygodnie, gdy mieli księdza wśród siebie, były takie inne - i takie ważne.

“Wierzę w Kościół…” Ludzie odchodzą i przychodzą, minęło tyle pokoleń. A Kościół trwa. Ta jego ciągłość - mimo zmienności historycznych uwarunkowań - jest znamienna. Inny język, inny obyczaj, inne czasy - a przecież ponad tym wszystkim jest jakaś podstawowa tożsamość Kościoła. Dlatego możemy się identyfikować z Kościołem grecko-rzymskiej starożytności, z Kościołem europejskiego średniowiecza, z Kościołem w krajach Afryki czy Oceanii. Kościół ma wiele “twarzy” - ale jest tym samym Kościołem. Kościołem powszechnym.

10. Może to żydowskie albo bolszewickie?

Po prostu proboszcz nie chciał mnie ochrzcić. To było u św. Marii Magdaleny we Lwowie. Początek roku 1945. Od miesięcy trwały aresztowania, wywózki. Czerwona przemoc szalała. Czy był ktoś, kto się nie bał? Trzeba się było bać wszystkiego i wszystkich. A tu do zakrystii przychodzą z dzieckiem bez dokumentów. Proszą o chrzest. Każdy może powiedzieć, że to jego. A może rzeczywiście bolszewickie albo żydowskie? A może to prowokacja? Proboszcz nie zna tych ludzi, nie chce ryzykować, nie wolno mu niepotrzebnie się narażać. Ochrzcił wikary.

Chrzest… Krótki, prosty obrzęd. Trochę wody, kilka słów. Cała reszta to dodatek. A jednak o ten krótki i prosty obrzęd toczą się boje. Różnego rodzaju. Ot, chociażby ta historia, którą zapamiętałem z czasów komunizmu: szesnastoletnia dziewczyna, która chciała przyjąć chrzest i ojciec, pułkownik, który postawił na swoim i córce chrzest z głowy (ale nie z serca) wybił. Dosłownie. Albo inna historia: proboszcz, który nie skorzystał z okazji, by po kryjomu ochrzcić dziecko partyjnego działacza. Niania przywiozła malca na plebanię, bo rodzice wyjechali. Poczciwa kobiecina nie mogła pojąć, dlaczego ksiądz ją odprawił. A musiał odprawić. Nie dlatego, że się bał, ale dlatego, że chrzest i wiara, wiara i chrzest stanowią jedno. Gdy dziecko urodzi się w rodzinie ludzi wierzących, na wierzącego człowieka wyrośnie. Jeśli przeciwnie, rośnie w środowisku bez wiary lub o nastawieniu wrogim wierze - nie będzie miało wiary. Wiem, wiem, samo może do wiary dojść pod wpływem innych ludzi. Ale wtedy młody człowiek sam o chrzest poprosi.

Dzieje Apostolskie zawierają krótką opowieść o chrzcie. Z Jerozolimy wraca pielgrzym, który o Jezusie dotąd nie słyszał, a choć poganin, sympatyzował z religią mojżeszową. Przyłączył się do niego Filip, jeden z diakonów czyli apostolskich współpracowników. Czytają księgę proroka Izajasza, co staje się punktem wyjścia nauki o Jezusie. Po jakimś czasie, gdy przejeżdżali obok wody, padło pytanie: “Cóż przeszkadza, abym został ochrzczony?” Istotnie, co? “Można, odpowiedział Filip, jeśli wierzysz z całego serca” (Dz 8, 25 - 40). Jak echo wróciły słowa Jezusa: “Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony. A kto nie uwierzy, będzie potępiony” (Mk 16, 16). Zauważ różnicę tych dwóch dopełniających się części wypowiedzi. Zupełnie jasne jest, że wiara w oczach Jezusa jest ważniejsza od chrztu… Bo nie ma chrztu bez wiary. A wiara (cały czas mam na myśli wiarę chrześcijańską), jeśli zrodziła się w sercu - prędzej czy później zaowocuje chrztem.

Czas postawić pytanie, czym jest chrzest? Jest sakramentem. Czyli zmysłowo uchwytnym, materialnym znakiem łaski, obecności i mocy Boga. Sakramenty ustanowił Jezus i powierzył je Kościołowi. Chrzest jest pierwszym z nich. Pierwszym - bo związany jest z początkiem wiary w życiu człowieka. Wiąże się z publicznym wyznaniem wiary i zobowiązaniem sprzeciwu wobec zła. To ze strony człowieka. Ze strony Boga chrzest jest oczyszczeniem (symbolika wody!), jest początkiem nowego życia (znowu woda), jest wreszcie włączeniem w społeczność Kościoła. Katechizm powiada: “Chrzest jest narodzeniem do nowego życia w Chrystusie. Zgodnie z wolą Pana jest on konieczny do zbawienia, tak jak Kościół, do którego chrzest wprowadza” [1277].

Nie wiem, co kazało proboszczowi u św. Marii Magdaleny odmówić chrztu. Czy tylko lęk przed prowokacją? Czy brak elementarnej pewności, że dziecku zostanie przekazana wiara? W końcu nie znał mojej Mamy. Z tej nietypowej, okupacyjnej sytuacji trudno wyciągać daleko idące wnioski. Ale można zapytać: a gdyby jakieś nieochrzcone dziecko w strasznym czasie wojny zginęło nie ochrzczone? Zresztą, ileż takich dzieci było… I to nie dlatego, że proboszcz nie chciał ochrzcić, ale po prostu nie było nawet takiej sposobności. A wszyscy ludzie, którzy żyjąc w szerokim świecie, żyją bez chrztu? Nie dlatego, że nie chcą, lecz dlatego, że Ewangelia Jezusa jeszcze do nich nie dotarła. Te pytania prowokują nowy temat. Wrócimy do nich.

11. Własnymi ścieżkami…

Nie tylko kot lubi chodzić własnymi ścieżkami. Człowiek także. Może to i dobrze, bo dzięki tym, co nie mogli usiedzieć w domu, odkryliśmy całą resztę świata: Kolumb też szukał własnej “ścieżki” do Indii. Ale szukanie własnych dróg nie zawsze popłaca. Jechałem kiedyś do Niemiec. Droga w Czechach prowadzi przez Pragę, którą chciałem ominąć. Nałożyłem kilkadziesiąt kilometrów, jechałem wiele godzin dłużej bocznymi drogami. Na ciągłym zatrzymywaniu się i pytaniu o drogę “zyskałem” zwiększone zużycie paliwa. Nigdy potem Pragi nie omijałem.

Oprócz dróg przez ziemię - i tych dosłownych, i tych rozumianych przenośnie, jest jeszcze droga do Boga. Każdy z nas ma własną, to prawda. Wystarczy poczytać życiorysy - i ludzi zwyczajnych, i ludzi wielkich, zwłaszcza świętych. Nie ma dwóch jednakowych. Ot, chociażby św. Teresa od Dzieciątka Jezus - zawsze chciała być blisko Jezusa, od dzieciństwa pragnęła wstąpić do karmelitańskiego klasztoru - wszystko to spełniło się w jej bardzo krótkim życiu. A całkiem inaczej wyglądało życie św. Jadwigi Śląskiej, bardzo wcześnie wydanej za mąż, dorastającej w obcym kraju, u boku niewiele starszego, a niełatwego z charakteru męża, księcia wrocławskiego. To odległe czasy. A z bliższch lat: św. Brat Albert. Artysta, powstaniec, a wreszcie opiekun i domownik bezdomnych. Albo bł. Edyta Stein - z pochodzenia Żydówka, z umysłu i zawodu - filozof. A w końcu katolicka zakonnica i męczennica Oświęcimia.

Każda z tych dróg inna. Na każdej z nich aktualny jest problem: którędy najbliżej do Boga? Albo inaczej: w którym miejscu swej drogi mogę spotkać Boga? Tak formułuje ten problem człowiek wierzący. Sądzę, że niewierzący o coś podobnego pyta, może nawet o to samo - choć innymi pojęciami i słowami. Chrześcijanin ma gotowy fundament odpowiedzi: to nie człowiek musi Boga szukać, to Bóg przyszedł do nas, stał się człowiekiem aż po doświadczenie śmierci. Ale w jaki sposób stanąć przy Nim? Przy Bogu-Człowieku?

Znałem kogoś, bardzo prawego, sumiennego, dobrego. Czy był wierzący? Był. Ale po swojemu. Nie rozmawialiśmy na tematy religijno-filozoficzne. Jakoś nigdy nie było ku temu sposobności. Ja, ksiądz - on, człowiek, który w kościele nie bywał. Zdawało się, że religia jest gdzieś poza zasięgiem jego może nawet świadomości. Kiedyś natknąłem się na niego wychodzącego z kościoła, przypadkowe spotkanie w odległym mieście. Speszył się. Chwila rozmowy “o pogodzie” i każdy z nas poszedł w swoją stronę. Gdy po jakimś czasie spotkaliśmy się znowu, wrócił do tamtego dnia. “Wiesz, mówił, zawsze mi się zdawało, że znajdę Go (najwyraźniej omijał słowo ‘Bóg’) żyjąc uczciwie, będąc dobrym dla wszystkich. Po latach widzę, że to za mało”.

I tak od słowa do słowa rozmowa zeszła na temat sakramentów. To właśnie sakramenty, znaki dane przez Jezusa Kościołowi, są nicią łączącą człowieka z Bogiem. Albo inaczej: są drogą najpierw od Boga do człowieka, aby zaraz potem stać się drogą człowieka ku Bogu. A zawsze pośrodku jest Jezus. Bóg ma bez liku innych dróg dotarcia do człowieka i przyprowadzenia człowieka do siebie. Sakramenty nie ograniczają Bożej miłości, Bożej mocy, Bożej łaski. Dlatego na pytanie o ludzi, którzy żyją bez chrztu nie dlatego, że nie chcą, lecz dlatego, że Ewangelia Jezusa jeszcze do nich nie dotarła, odpowiadamy: Bóg dotrze do nich inaczej. Bo Bóg nie stał się niewolnikiem sakramentów. Przez nie chce ułatwić ludziom kontakt ze sobą - ale nie zamyka przed samym sobą innych możliwości. Jeśli jednak przed nami zostały otwarte proste i sprawdzone, sakramentalne drogi ku Bogu, czy warto szukać własnych ścieżek? Nie warto. A na pewno warto pomagać innym sakramentalne drogi odnajdywać. Na tym przekonaniu opiera się zresztą misyjne posłannictwo Kościoła.

A jeśli ktoś sam rezygnuje z drogi sakramentalnej? Znam wielu takich - czy to odrzucających sakramentalną pokutę, czy nie doceniających (delikatnie mówię) Eucharystii, czy lekceważących sakramentalną wagę małżeństwa. Cóż, myślę, że ryzykują o wiele bardziej, niż ktoś wybierający drogę na skróty przez nieznany sobie kraj.

12. Poczułem się nieswojo

Rodzice właśnie się przeprowadzili, dlatego zaprosili mnie na kawę do mieszkania Eweliny. Gdy przed laty wyjeżdżali z Polski, bałem się, by zło nie odmieniło i jej, i tylu innych… A więc była ta kawa i ciasto. Ale coś mi nie smakowała. Moim gospodarzom też nie, choć z dumą pokazywali mieszkanie córki. Wyjechała na urlop. Na Majorkę. Mieszkanie było zatem puste. Pokój - z gustownymi meblami. Kuchnia - z nowiutkim wyposażeniem. Pachnąca czystością łazienka. I sypialnia. Piękne, romantycznie zasłane łoże. Chciałoby się rzec: małżeńskie. Ale przecież tu nie mieszka małżeństwo. “Nie, ona nie chce wychodzić za mąż” - zapewnia mama. Wierzę. Ale łoże jest małżeńskie i całe mieszkanie jest dwuosobowe. Poczułem się nieswojo. Obawy sprzed lat wróciły. Wiem. Nie ona jedna. Po prostu (jakże to opacznie brzmi: “po prostu”…) tradycyjny model rodziny przestał tu istnieć. Ewelina zachowała się więc “modelowo”. Co znaczy “tu”? W Niemczech? Nie tylko, w Polsce też się zaczyna dziać źle.

Łączenie się w pary jest stare jak świat. I nie tylko ludzki świat, bo człowiek jest cząstką wielkiego świata natury. Dla chrześcijanina słowo “natura” znaczy “to, co stworzył Bóg”. I nie mogę zapomnieć refrenu powtarzającego się siedem razy na pierwszej stronie Biblii: “I widział Bóg, że to było dobre”. A więc: natura jest dobra! A więc i owa naturalna, zapisana przez Boga w stworzeniu potrzeba bycia razem “jego” i “jej” jest czymś dobrym, pięknym i przez Boga zamierzonym. Dobrze więc, że Ewelina znalazła “swoją drugą połowę”. Dobrze, że mają ładne i funkcjonalne mieszkanie i także tę romantycznie urządzoną sypialnię. Oby ich miłość była piękna.

Mieszkanie kupili i wyposażyli, a także utrzymują dzieląc wydatki po połowie. Uczciwie i sprawiedliwie. I tak powinno być. Aliści… Czyje ono jest? Jej? Jego? Obojga? Ich? “Obojga” oraz “ich” to co innego. “Ich” znaczy: wspólne, jeśli są wspólnotą w świetle prawa publicznego. “Obojga” znaczy: każdy ma swój udział, ale nie jest to wspólnota. Jest to jeden ze szczegółów, w którym widać, że “on i ona” powinni stanowić wspólnotę na płaszczyźnie prawa cywilnego. Nie wymyśliłem niczego nowego, we wszystkich cywilizowanych, demokratycznych państwach istnieje pojęcie “małżeństwa cywilnego”. Bo życie nauczyło ludzi, że sprawy i majątkowe (także spadkowe), i wzajemnych obowiązków prawnych, i obowiązków wobec dzieci, i tylu innych okoliczności nie mogą być zadowalająco regulowane samą tylko ugodą obojga. Człowiek żyjący w społeczeństwie, musi sprawy swego życia w ramach tego społeczeństwa układać. Ewelina i jej towarzysz uregulowali swe wzajemne sprawy we własnym zakresie. Czy to im wystarczy? Na rok, na kilka lat - tak. Ale nie na zawsze. A może i żadnego “zawsze” nie będzie… Czym będzie wtedy kolorowe zdjęcie romantycznie urządzonej sypialni?

A gdyby nawet zdecydowali się na społeczne potwierdzenie swego związku i na dostosowanie swej wspólnoty do cywilnoprawnych wymogów społeczeństwa, jeszcze czegoś by brakło. Są chrześcijanami. Dla chrześcijanina życie jest nie tylko darem stworzenia, darem Boga Ojca, ale jest darem odkupienia - darem obecności Chrystusa w mocy Ducha Świętego. I ta najbardziej ludzka potrzeba bycia razem “jego” i “jej” powinna tą niepojętą obecnością Boga być przeniknięta, napełniona. Chrześcijańska tradycja od czasów apostolskich uważała i uważa, że związek mężczyzny i kobiety może się stać dla człowieka znakiem i mocą obecności Boga w ich życiu. Trzeba jednak ludzką decyzję bycia razem Bogu przedstawić, przyjmując równocześnie najbardziej podstawowe reguły nakreślone przez Boga. Najkrócej wypowiedział to św. Paweł Apostoł gdy pisał o związku mężczyzny i kobiety: “Tajemnica to wielka, a ja mówię: w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła” (Ef 5, 32). To sakrament.

Dobrze, że Ewelina znalazła “swoją drugą połowę”. Dobrze, że mają piękne mieszkanie z romantycznie urządzoną sypialnią. Oby ich miłość była piękna. Ale dlaczego chcą budować wszystko sami? Bez społeczeństwa, w którym żyją i nie zapraszając Chrystusa, w którego wierzą? Tego nie mogę pojąć. I dlatego czuję się nieswojo.

13. W co ty wierzysz?

Uliczna sonda dziennikarska. Stawiamy przechodniom tytułowe pytanie. Dziwnym trafem jako pierwszego spotkaliśmy mahometanina. Bywają w naszym kraju. Odpowiedział: “Bóg jest jeden”. Potem trafiliśmy na Żyda, odpowiedź była identyczna. A trzeci zapytany, chrześcijanin, cóż odpowiedział? Oczywiście, to samo. A jednak każdy z nich wyznaje inną religię! Tak, to prawda: religie różne, ale Bóg ten sam. Ponad ludzkimi formułami, wyobrażeniami, teologiami. Ale jednak te różnice istnieją i stanowią o naszej religijnej tożsamości. Są przy tam tak głęboko zakorzenione i w historii, i w obyczaju, i w pobożności, że nie sposób ich pominąć.

Już przed I Komunią katecheta wbijał nam w głowę “Główne prawdy wiary”. Jest ich sześć. Pierwsza to ta, która była treścią odpowiedzi trzech wspomnianych wierzących ludzi: Żyda, chrześcijanina o mahometanina. Bo tak jest w istocie: ludzi wierzących w Boga łączy bardzo wiele. Przede wszystkim przeświadczenie, że Ten Ktoś jest i że jest zupełnie wyjątkowy - dlatego też po prostu jest jeden. Gdyby dalej pytać naszych rozmówców. o religijne przekonania, z niektórymi punktami katechizmowej wyliczanki zgodziliby się bez oporu. Ale co do niektórych zaprzeczyliby zdecydowanie, a nawet zakwalifikowaliby je jako bluźnierstwo…

W tym momencie proponuję Ci, Czytelniku, przerwę w lekturze. Odłóż książkę, a weź do ręki katechizm, choćby ten pierwszokomunijny lub «Drogę do nieba» czy inny modlitewnik. Odszukaj “Główne prawdy wiary”, na kartce papieru nakreśl trzy kolumny po sześć wierszy. W pierwszej kolumnie wpisz sześć razy TAK, bo my, chrześcijanie wyznajemy wszystkie sześć prawd tej katechizmowej formuły. W drugiej kolumnie wpisz odpowiedzi, jakie dałby wyznawca religii Mojżeszowej - TAK lub NIE przy każdym kolejnym punkcie. W trzeciej zaś wpisz TAK lub NIE mahometanina. To jest najprostszy test na sprawdzenie, czy twoja odpowiedź na pytanie “W co ty wierzysz?” jest odpowiedzią identyfikującą ciebie jako chrześcijanina i czy jest to identyfikacja świadoma. Nie…, nie podpowiem, co w której kratce. Spróbuj sam.

Pamiętam rozmowę, a właściwie spór z przypadkowym kawiarnianym rozmówcą. Do dziś nie potrafię powiedzieć, czy uważać go za wierzącego, czy za niewierzącego. Gdyby był niewierzącym, nie dyskutowałby z takim zacietrzewieniem o wierze. On miał swoje zdanie i zależało mu na nim. A twierdził, że te wszystkie różnice wyznań i religii to jeden wielki nonsens, bo - jak twierdził - “nasze mówienie o Bogu to tak, jak krzywa logarytmiczna w matematyce. Zbliża się do pewnej granicy, prawie jej dotyka, ale tej granicy nie sięgnie nigdy. Tak i my jesteśmy może i blisko Boga, ale nigdy Go nie sięgniemy”. Nie sposób zaprzeczyć. Boga nie sięgniemy, a wszystkie teologiczne teorie są tylko nieustannym przybliżaniem się do Niego. Otóż mój rozmówca twierdził, że skoro tak (a musiałem mu rację przyznać), to właściwie tracą sens podziały religijne. I tu mu też rację przyznałem: podziały sensu nie mają. Ale równocześnie różnic zatrzeć się nie da, bo są zbyt głębokie. I dlatego szukając tego, co nas wszystkich wierzących w Boga łączy, nie możemy zatracać swej chrześcijańskiej tożsamości.
Wszelako tu nie chodzi o jakąś kulturową czy obrzędowo-religijną tożsamość. Różnice dotyczą nie tylko naszego sposobu mówienia o Bogu, ale prawd przez samego Boga objawionych. I tu pora wrócić do katechetycznego testu, który przed chwilą zaproponowałem. Otóż wśród sześciu głównych prawd wiary chrześcijan wyróżniają tylko dwie. Trzecia: “Są trzy Osoby Boskie: Bóg Ojciec, Syn Boży i Duch Święty”. Czwarta: “Syn Boży stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał dla naszego zbawienia”. W tych dwóch miejscach zarówno wyznawcy religii mojżeszowej, jak i mahometańskiej wpiszą swoje zdecydowane NIE. Dlatego krzyż, znak Syna Bożego, który stał się człowiekiem, jest znakiem własnym chrześcijan. A słowa, jakie towarzyszą znakowi krzyża (w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego) wyrażają przekonanie, że są trzy Osoby Boskie. I dlatego oba te elementy zrosły się w jeden symbol, w jedno wyznanie wiary identyfikujące chrześcijanina.
 

14. Oparty o kolumnę meczetu

Podróże podobno kształcą, a na pewno rozszerzają horyzonty. Byłem w Damaszku - jak nie pójść do meczetu Ommajadów! Trzy sprawy mnie zainteresowały. To znaczy, poszedłem z dwoma. Najpierw - prześliczna architektura. Potem - mauzoleum, w którym spoczywa głowa św. Jana Chrzciciela.

Próbowałem je sfotografować. Z duszą na ramieniu - toż to w oczach Arabów profanacja. A modlących się mężczyzn było bardzo wielu. Zrobiłem zdjęcie “z biodra”, na ślepo, bez błysku. Całkiem udane. I wtedy zaczęła się ta trzecia sprawa. Zwróciłem uwagę na modlących się. Ja, chrześcijański ksiądz, a obok mnie ze dwie setki Arabów, rytmiczna, melodyjna recytacja, pokłony do ziemi. Wtedy uświadomiłem sobie, że oni się modlą. Niby to oczywiste, a jednak było dla mnie wstrząsem. Stałem oparty o kolumnę meczetu, a w głowie mąciła mi się teologia. Ta podręcznikowa, do egzaminów wyuczona. Ciasno mi z nią wtedy było. Dlaczego?

Bo przecież “poza Kościołem nie ma zbawienia” - stara teologiczna sentencja. Ci modlący się mahometanie to przecież nie Kościół. Może nawet jego wrogowie. A ja widzę ich żarliwą modlitwę. To nie jacyś “poganie” z obrazka, których można by ryczałtem do piekła posłać: nie należą do Kościoła, nie ma dla nich zbawienia, a więc jedynie piekło. Tak w podręczniku. A ja stojąc oparty o kolumnę świątyni czuję, że ten podręcznik coś niedoskonały.

Wytykamy Świadkom Jehowy ich niefortunną interpretację Apokalipsy i związaną z tym liczbę 144 tysięcy zbawionych (wyjaśnienie tekstu Ap 7,4-9 jest banalnie proste). A może i w naszej interpretacji niebo jest niebem z ograniczoną liczbą ”wejściówek”? Chrześcijan jest na świecie tylko kilkadziesiąt procent. A reszta? Czyżby miliardy ludzi miały rodzić się po to, by po ziemskich perypetiach trafić do piekła tylko dlatego, że nie byli chrześcijanami? A prawie wszyscy nawet nie mieli szans, by o Ewangelii usłyszeć. Dlatego w sercach młodych ludzi rodzi się misjonarska gorliwość i jadą na koniec świata, by choć jedną duszę od piekła uchronić. I dobrze, że to robią. Misjonarze są potrzebni.

“Ci bowiem, którzy bez własnej winy nie znając Ewangelii Chrystusowej i Kościoła Chrystusowego, szczerym sercem jednak szukają Boga i wolę Jego przez nakaz sumienia poznaną starają się pod wpływem łaski pełnić czynem, mogą osiągnąć wieczne zbawienie” [846-848]. - Tak, to zdanie z dokumentów Soboru stanowiące oficjalny wyraz wiary Kościoła uspokaja. Syn Boży stał się człowiekiem dla zbawienia całej rodziny ludzkiej. I tych, którzy żyli na świecie zanim On się urodził, i tych, którzy żyją teraz - choć Go nie znają. W Nim dokonało się pojednanie człowieka, każdego człowieka z Bogiem. A On ma swoje drogi, by do każdego człowieka dotrzeć.

Po co więc Kościół? Po co więc sakramenty? Odpowiedź dał Jezus w słowach: “Wy jesteście solą ziemi… Wy jesteście światłem świata… Tak niech świeci światło wasze przed ludźmi, aby widzieli wasze dobre uczynki i chwalili Ojca waszego, który jest w niebie” (Mt 5,13-16). Takie to proste (proste?…) i oczywiste: Kościół ma być na świecie depozytariuszem Jezusowej dobroci, ale też Jezusowej nauki - o czym mowa w innym miejscu Ewangelii: “Idźcie i nauczajcie wszystkie narody…” (Mt 28,18-20). Postać zmarłej niedawno Matki Teresy zasługuje w tym kontekście na szczególną uwagę. To jej dobre czyny świeciły przed ludźmi i dlatego prowadziły ku Bogu. A sakramenty? Potrzebne są Kościołowi, jak ciału potrzebny jest krwioobieg zaopatrujący wszystkie organy ciała w substancje odżywcze i w tlen. Tak, sakramenty są potrzebne Kościołowi, a Kościół światu - choć Bóg ma swe własne drogi do każdego człowieka i każdego człowieka prowadzi do siebie. A należeć do Kościoła to przede wszystkim dzielić troskę Jezusa o dobro i prawdę w świecie.

Gdy dziś oglądam moje zdjęcia z Damaszku, nieco inaczej przeżywam tamten teologiczny wstrząs. Bardziej boję się o to, czy Kościół (a więc i ja) dość wyraziście jest świadkiem dobra i prawdy - jak tego chciał Jezus.

15. Teraz jest tutaj Asia

Jechałem do Bambergi. Moja poczciwa škoda sunęła gładko. Przede mną granatowe BMW. Jedzie zbyt wolno, stary gruchot - pomyślałem. Lusterko, kierunkowskaz w lewo, nie dodaję gazu, škoda wyprzedza sama. I w tym momencie odczułem, że w samochodzie jest ze mną Asia, która umarła kilka lat temu, moja mała, kochana Asia, której przynosiłem komunię do domu. Teraz jest tutaj, jakby upominając mnie. Zerknąłem na szybkościomierz. Prawie 170! Zwolniłem przestraszony szybkością, której fabryka dla mojego favorita nie przewidziała. Nie szybkość, ale ta obecność była czymś niesamowitym a zarazem uspokajającym.

Powie ktoś, że sobie zmyślam. Wiem, to było moje odczucie, zresztą zupełnie dla mnie zaskakujące, bo jakoś długi czas o Asi nie pamiętałem. Opowiadając o tym, nie mam zamiaru udowadniania tezy, że istnieje “życie po życiu” lub - jak to formułuje Katechizm - że dusza ludzka jest nieśmiertelna. Tak naprawdę to cała sprawa ma się wręcz odwrotnie. Takie przeżycia, jak opisane, nie obudzą w człowieku przeświadczenia o istnieniu “innego świata”. Najpierw jest wiara w wieczne trwanie życia, dopiero na jej gruncie może mieć spotkanie, a raczej muśnięcie nas przez kogoś, kto żyje “po tamtej stronie”.

Wiara w wieczne życie… Nie my ją wymyśliliśmy i nie nasze pokolenie pierwsze ma wątpliwości. Przypomnę scenę z Ewangelii: Jezus wywołuje Łazarza z grobu. Sprawa i nieprawdopodobna, i niesamowita zarazem. Znamienna jest reakcja arcykapłanów: postanowili Jezusa, Łazarza także, zabić (J 11,53; 12,10). Właśnie wiara w to, że nie ma żadnego życia wiecznego skłoniła ich do takiej decyzji. Bo skoro nie ma wiecznego życia, to przy grobie Łazarza miało miejsce jakieś oszustwo. Bo trzeba uwierzyć: albo w to, że jest życie wieczne, albo trzeba uwierzyć, że tego życia nie ma. Tak czy owak, trzeba uwierzyć, bo dopóki człowiek żyje ziemskim życiem, niczego doświadczalnie udowodnić się nie da. Saduceusze, z kręgu których wywodzili się arcykapłani, wierzyli, że nie ma (por. Dz 23,6-9).

Dla nas, którzy wierzymy, że życie nie kończy się, lecz tylko zmienia, niebagatelną sprawą jest powszechne przekonanie pokoleń. Wiem, że i wątpliwości są powszechne. Ale nie byłoby wątpliwości, gdyby najpierw nie było przekonania. Rozmaicie ludzie swą wiarę wypowiadali. Człowiek jaskiniowy przez rysunki, nasi pradziadowie Słowianie przez obrzędy grzebalne, starożytni Egipcjanie przez monumentalne piramidy, w Palmyrze i innych miastach powstały rozległe nekropolie. Wszystko zbiega się w jednym: wypowiadano nie tylko żal rozstania, ale wyposażano odchodzącego na dalsze życie. Owszem, wyobrażenia tego życia bywały prymitywne. Ale zawsze w proporcji do prymitywizmu życia każdej z epok. Może i moje przeżycie ktoś zakwalifikuje jako prymitywne. Nie szkodzi. Wiem, że mówiąc o życiu sięgającym “poza grób”, mogę posłużyć się tylko odczuciami, wyobrażeniami, słowami człowieka uwięzionego w czasie i przestrzeni. Jak więc sięgać poza czas i poza przestrzeń?

Wróćmy do sprawy Łazarza. Arcykapłani postanowili zabić Łazarza i Jezusa, którego udało im się zgładzić w ciągu kilku dni. Wiemy, co było dalej. Na płaszczyźnie doświadczalnych faktów: zniknął z grobu. Dla wierzących w nieistnienie życia wiecznego sprawa była jasna: kolejne oszustwo. Dla przyjaciół Jezusa - zwycięstwo zmartwychwstania. Jedni i drudzy uwierzyli. Choć treść wiary jednych jest przeciwstawna treści wiary drugich. Chyba nikt inny nie doświadczył tego, co kilkanaście lat później przeżył pewien młody człowiek imieniem Szaweł. Przekonany, że postacią Jezusa i jego rzekomym zmartwychwstaniem manipuluje się, by oszukiwać ludzi, spotyka kogoś, kto mówi “Ja jestem Jezus, którego ty prześladujesz” (Dz 26). Prymitywne przeczucie? Ale na tym “prymitywnym przeczuciu” Szawła (czyli św. Pawła) i dwunastu przyjaciół Jezusa zbudowany został gmach chrześcijaństwa. Takie sprawy nie mogą trwać na fundamencie oszustwa lub pomyłki (por. Dz 5,33-39). Dlatego ja też wierzę w życie wieczne, choć póki nie przeniosę się “na drugą stronę”, nie bardzo wiem, jak o tym życiu mówić. A na grobie Asi znowu zapaliłem lampkę.

16. W którą stronę płynie czas?

Siedziałem kiedyś nad rzeką. Wysoki brzeg, drzewa, słońce. Rzekę miałem pod stopami. Tuż nad wodą, na kamieniach siedział starszy pan z małym chłopcem. Malec zabawiał się rzucaniem na wodę patyczków, kawałków kory, dużych liści. Uważnie przy tym obserwował, jak płyną. Jedne prąd wody porywał szybciej, inne, bliżej brzegu, jakby czekały na swą kolej. Wreszcie chłopiec się zmęczył, a może znudził zabawą. Siedział wymachując długim patykiem. Nagle spazmatycznym głosem krzyknął: “Dziadku! Dlaczego ona płynie taaam?” Pokazywał dół rzeki, a patyk wypadł mu z rączki. A pod prąd mozolnie posuwała się spora łódź popychana uderzeniami trzech par wioseł. Dziadek nachylił się do wnuka, coś mu tłumacząc. Mały powoli opuszczał rączkę. Przytulił się do dziadka i zaczął płakać. Wszystkie jego patyczki-łódeczki płynęły w jedną stronę. A ta ogromna łódź płynie w drugą!

A w którą stronę płynie czas? Pomijam bardziej niepokojące pytanie: co to jest czas? Zajmując się katechizmem, choćby “inaczej”, nie sposób nie dotknąć tego problemu. A to dlatego, że musi paść pytanie o Boga. Bóg - i czas… Czy Bóg też istnieje w czasie? Mówimy nieraz: Bóg był zawsze. Zawsze - to znaczy od kiedy? Czy tak, jak dla człowieka matka lub ojciec, którzy są zawsze? Z perspektywy jednego życia ich obecność zasługuje na określenie zawsze. A przecież jest to uproszczenie, jako że perspektywa jednego życia to tak niewiele. To Boże zawsze musi więc znaczyć coś innego, choćbyśmy mieli na uwadze perspektywę nie jednego życia, ale perspektywę, powiedzmy, naszej galaktyki. Myślenie o Bogu w takiej upraszczającej konwencji zaowocowało znanymi nam dobrze obrazami Boga-Ojca: starzec z długą, siwą brodą. Był zawsze, jest więc stary, bardzo już stary. Oczywiście - albo poetycki obraz, albo naiwność.

Można porównać życie do podróży łodzią czy statkiem. Płyniemy wiosłując lub siedząc na pokładzie i podziwiając przesuwające się widoki. Zaraz, zaraz, co się tu właściwie przesuwa? Widoki? Czy łódź? Jak łatwo poddajemy się zasadzkom naszego języka. Zwykliśmy mówić o “przesuwających się widokach”, choć to nie widoki lecz łódź z nami na pokładzie przesuwa się. W każdym razie coś względem czegoś się przesuwa. Istnieje jakiś ruch. Coś było w tym miejscu (i w tej chwili), a już jest w innym miejscu (i chwila też jest już inna). Przesuwa się czas? Czy to raczej my i nasz świat przesuwamy się na tle… Właśnie, na tle czego? Nasza przemijalność musi być “na tle” czegoś. I nasza przemijalność upływa w jednym kierunku. Jak owe patyczki-łódeczki malca nad rzeką. Nie możemy popłynąć pod prąd czasu. I jeśli ktoś zjawia się na świecie, zjawia się z przeszłości. Nigdy z przyszłości. Oj, gdyby się zjawił ktoś z przyszłości, przerazilibyśmy się, jak ów malec na widok łodzi płynącej pod prąd.

Co to ma wspólnego z Bogiem? A no ma. Bo nasza przemijalność staje się zrozumiała dopiero “na tle” Bożej nieprzemijalności. Bo Boże “zawsze” to nie niekończący się upływ czasu. Boże “zawsze” to fundament, podstawa, podłoże istnienia wszystkiego. Fundament, który nie podlega zmianom. Podstawa, która nie przemija. Podłoże, bez którego “cała reszta” jest nie do pomyślenia. Innymi słowy, gdy mówię “Bóg jest wieczny”, myślę: “Bóg jest ponad czasem”. Jeszcze inaczej to samo: dla Boga nie ma jakiegoś “przedtem” czy “potem” - jest nieustanne “teraz”.

Dlatego Bóg przychodzi do człowieka “z przeszłości”, gdy towarzyszy jednostkom i całym społecznościom w ich historycznej drodze. Ale Bóg przychodzi do człowieka także “z przyszłości”, gdy w proroczych wizjach ukazuje to, co ma się stać. Dlatego z takim niepokojem człowiek reaguje na wszelkie proroctwa. Zupełnie jak ów malec płaczem zareagował na łódź płynącą pod prąd. I jeszcze coś: człowiek od wieków ulega pokusie (tak, dziś także tej pokusie ulega) poznawania przyszłości. Stąd rodzi się cała mnogość “technik” wróżenia, przepowiadania ludzkich losów. A ludzie traktujący Bożą wieczność z całą powagą, zawsze mówili i mówią: to grzech! Sięgać po znajomość zakrytego jutra, to uzurpować sobie pozycję ponadczasowego Boga! “Z przyszłości” może przychodzić tylko Bóg.

17. Stworzyłeś góry…

Lubię włóczyć się po górach samotnie. Cisza, choć nie całkiem cicha: tu pszczoły brzęczą w kwieciu, tam ptak wyśpiewuje, a wszystko na tle mruczenia wody w potoku. Ale lubię zabrać w góry dzieci. Nie wszystkie, tylko te ciekawe świata. Dzieci o widzących oczach i słyszących uszach. Kiedyś na włóczęgi po Pieninach wziąłem Gośkę i Ankę. Poszliśmy z Krościenka na Czertezik. Długi kawał idzie się pod górę, mrocznym i nieco nudnym lasem. Było duszno i dokuczały muchy. Po godzinie wszyscy mieliśmy “muchy w nosie”: źli, niecierpliwi, zmęczeni i znudzeni. Dzieci były tu pierwszy raz. A wiecie, jak to na Czertezikach. Dochodzisz do skałek na szczycie, droga urywa się przepaścią, w której szumi potok, a przed tobą odsłania się rozległy widok, aż po Tatry. A wtedy świeciło promienne słońce. I tym ciemniej było w lesie. I tym jaśniej się zrobiło, gdy doszliśmy do skalnego grzbietu. Z dziecięcych, szeroko otwartych buź wyrwało się przeciągłe, zdumione “Ooooo!” Humory, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, odmieniły się. Obie dziewczynki zaczęły szczebiotać, pokazywać co widzą, pytać, coś tam sobie nucić. Jedna po chwili usiadła zadumana na skałce, podparła główkę rękami i zapatrzyła się w dal. Druga, jak ptaszek uwijała się wśród kosodrzewiny szukając chyba wczorajszego dnia. Dla takiej chwili warto mieć przy sobie dzieci…

Góry! Cząstka, chyba najpiękniejsza, naszego świata. I mimo woli myśl wtedy ulatuje gdzieś w niekończącą się przestrzeń. I nie ma już pytania “skąd to się wzięło?” Jest pewność: to wszystko ON stworzył. I chciałoby się śpiewać. O Nim, o świecie, o górach, gwiazdach, ptakach i o tych dzieciach, na które patrzyłem siedząc na korzeniu krzywej pienińskiej sosny.

Nie ja pierwszy. Przed kilkoma tysiącami lat ktoś wyśpiewał pieśń ku chwale Stwórcy. Ktoś zdumiony kształtem, pięknem, dobrem tego świata. I mocą Stwórcy. Strofy swej niezwykłej pieśni - może śpiewanej, a może tylko recytowanej? Kto to wie? - ujął w ramy sześciu dni. Każda strofa - to krótka opowieść o jednym dniu. W każdym z tych dni, w każdej z tych strof Bóg wypowiada swą wolę. Rozkazuje. “I rzekł Bóg: Niech się stanie… I stało się tak… I widział Bóg, że to było dobre…” I wyśpiewał autor tego hymnu pochwałę Boga i pochwałę stworzonego przezeń świata: i światła, i sklepienia niebios, i wód wypełniających przestrzenie, i suchej ziemi, i roślin na niej, i słońca, księżyca, gwiazd, i ryb, i ptaków, i zwierząt. I człowieka także. Człowieka, który jest “mężczyzną i kobietą”. Pochwała Boga i stworzonego przezeń świata. Tyle. Tylko i aż tyle. Kto pierwszy nazwał to “opisem stworzenia świata”? Nie wiem. W każdym razie ten ktoś nie miał poetyckiego zmysłu. A potem inni próbowali godzić ów “opis” z tym, co można “szkiełkiem i okiem” mędrca zbadać w świecie. I tu zaczęły się spory: czy Pismo św. ma rację - czy nauki przyrodnicze. Zupełnie fałszywie postawiona antyteza. Na dwóch szalach wagi kłaść poezję i fizykę? Pieśń i matematyczny wzór? Owszem, i poeta, i fizyk (czy biolog, czy chemik…) mogą dojść do tych samych, tak, do tych samych konkluzji. Ale poezja i fizyka nie. Poeta pieśnią, fizyk ciągiem równań będą próbowali mówić o tym samym. Nie wolno jednego sposobu mówienia mieszać z drugim. Tak, jak nie zmieszasz wody z olejem.

Pismo święte to księga wiary, w dużej mierze pisana językiem poezji. Poezji trudnej, bo powstałej w innej kulturze i w innej epoce. To księga zamyśleń człowieka stawiającego sobie ostateczne pytania. I urzeczonego tym, co widzi wokół siebie. Jak Gośka i Anka przed godziną. Wracając z Czertezików okrężną drogą, wiedliśmy długą dyskusję. Temat był jasno postawiony: skąd to wszystko się wzięło. Próbowałem geologią - Pieniny to cudowne miejsce na wykład z geologii. W pewnym momencie te argumenty się skończyły. Trzeba było przejść na grunt chemii - minerały, zasolenie mórz itd. Gdy i tego brakło, zacząłem się gimnastykować na polu fizyki. Gdy i to okazało się niewystarczające, Gośka powiedziała: “Niech już wujek da spokój, my wiemy, o co chodzi. Jakby nie było ‘Jego’, to i Pienin, i nas by nie było, i wujka także”. Anka wręczyła mi bukiecik białych kwiatuszków ze słowami: “Dziękujemy za wykład. Lepiej pośpiewamy”. I zaczęła: „Gdy szukasz Boga, popatrz na kwiaty, popatrz na góry i ciemny las”… Szliśmy trzymając się za ręce. Pieniny były tego dnia zbyt śliczne, by gadać zbyt wiele. Wiedzieliśmy, że jest Ktoś, kto stworzył góry, mnie, Gośkę, Ankę i cały świat. On tego chciał, rozkazał - czy jak mówi Biblia “rzekł” i wszystko się stało. Jak w tym “sześciodniowym” poemacie z „Księgi Rodzaju”.
 

18. O grzechu w tych czasach?

Byłem kiedyś z dziećmi na wakacyjnej wycieczce. Dzieciaki bawiły się na łące, ja siedziałem sobie i patrzyłem… Dwie dziewczynki zaczęły się bić. Okładały się całkiem serio. Jeden z chłopców podbiegł, złapał bardziej agresywną koleżankę z krzykiem: “Co robisz! Nie wiesz, że to grzech?” To było dawno, ze dwadzieścia lat temu. Dziś też mam wiele sposobności obserwowania dzieci. Także bijących bez litości swoich kolegów. Od lat nie usłyszałem z ust dziecka argumentu “bo to grzech”. Ale usłyszałem kiedyś taki zarzut: “Bo wy (czyli księża) to tylko o grzechach potraficie mówić”. Zapytałem: “A jak pani myśli, czy ludzie już przestali grzeszyć?” Zaperzyła się i powiada: “Nawymyślaliście różnych zakazów, tego nie wolno, tamto grzech, z tego się spowiadaj, a jeszcze za to Bóg cię skarze”. Długo trwał spór z ową damą. Nie doprowadził do niczego. Ją samo słowo “grzech” doprowadzało do białej gorączki. Nie tylko ja dostrzegam niepokojącą ewolucję ludzkich sumień. Jakby robiły się coraz mniej wrażliwe. Jakby zło nie bolało tak bardzo, jak kiedyś. Jakby samego grzechu człowiek już nie dostrzegał.

A jednak w ludzkim życiu istnieje rzeczywistość, którą od pokoleń nazywamy grzechem. Podkreślam: w ludzkim życiu. Bo tylko człowiekowi, który zachowuje się jak człowiek, możemy przypisać zasługę lub winę. “Jak człowiek” - czyli wiedząc, co robi i zdając sobie sprawę z oceny swego czynu: dobro lub zło. Katechizm nazywa to czynem świadomym. A po drugie: można komuś przypisać zasługę lub winę tylko wtedy, gdy działa dobrowolnie, czyli sam chce tego czynu. Jakby nie patrzeć na człowieka, jakby nie usprawiedliwiać i tłumaczyć jego zachowania, jakby nie starać się oczyszczać go od odpowiedzialności, trzeba przyznać, że każdy z nas od czasu do czasu w świadomy i dobrowolny sposób decyduje się na czyn zły.

Ucząc dzieci religii, co roku obserwuję pewną prawidłowość w klasie I i II. Temat: grzech. Nieodmiennie zaczynam od opowiastki o Witku (bohater moich historyjek), potem staram się dzieci doprowadzić do refleksji nad sobą: Może i ty zrobiłeś coś złego? (Nie wprowadzam jednak jeszcze pojęcia “grzech”). Pierwszaki chórem krzyczą: “Nieee!” Próbuję drugi raz: A może jednak? Kto przyjdzie i powie mi na ucho? Po drugiej, trzeciej próbie podchodzi jedno, dwoje dzieci. Ta sama grupa za rok. Temat realizowany prawie identycznie. Już nie ma chóralnego “Nieee”. Podchodzi pierwsze, drugie dziecko. Potem całe kolejka. W dzieciach obudziło się poczucie odpowiedzialności za czyny. Obudziła się świadomość moralna. Gorzej, jeśli ktoś pod tym względem zostaje pierwszakiem do końca życia. Znam takich. Są niebezpieczni dla siebie i otoczenia. Jeszcze gorzej, jeśli ktoś zatraci w życiu poczucie grzechu, które w naturalny sposób dojrzało w nim w dzieciństwie. Taki człowiek staje się potworem bezwzględnym dla wszystkich i wszystkiego wokół siebie.

Jest jeszcze jeden problem. Napisałem, że każdy z nas od czasu do czasu decyduje się na czyn zły. Ale: który czyn na taką ocenę zasługuje? Co jest miarą zła? Kto nakreśla granicę pomiędzy dobrem a złem? A może takiej granicy nie ma? Jest. Sienkiewiczowskie “jak ktoś Kalemu ukraść krowy” jest, niestety, jednym z najbardziej oczywistych ludzkich doznań. Nie mów więc, że nie ma zła. A granica? Prawo stanowione przez ludzi nakreśla taką granicę - ale dotyczy ona tylko ograniczonego wycinka naszych spraw, reguluje tylko to, co zewnętrzne, co poddaje się dowodom. Nie mówiąc o tym, że nakreślana przez człowieka granica między dobrem i złem zawsze jest jakoś ułomna. Dla przykładu: w Polsce eutanazję prawo ocenia jako przestępstwo, w Holandii zaś dopuszcza. Aborcja raz była wręcz pochwalana, to znów zdecydowanie odrzucana, a wreszcie dopuszczana. Taka granica między dobrem i złem nie jest żadną granicą. Bo to nie człowiek może tu decydować - problem polega na poznaniu tej granicy i jej uznaniu, nie na jej stanowieniu. Tym różni się moralność od prawa. Jako chrześcijanie (zresztą nie jedyni) twierdzimy: granicę dobra nakreślił sam Bóg. Bo, jak mówi Jezus, “nikt ni jest dobry tylko sam Bóg” (Mk 10, 18). Człowiek czyniąc samego siebie arbitrem dobra, dokonuje zamachu na autorytet samego Boga. Zresztą - opowieść o grzechu Adama i Ewy, posługując się obrazem, o tym właśnie mówi. Granica między dobrem i złem zanika także tam, gdzie ginie wiara w obecność Boga wśród nas, czy wręcz w Jego istnienie. Tam nie ma moralności, zostaje co najwyżej prawo. A człowiek prędzej czy później przestaje być człowiekiem. Mimo wszystko wolę mieć do czynienia z grzesznikiem, choćby wielkim, ale człowiekiem.

19. Była taka bajka!

Ten okrzyk dzieci w klasie pierwszej, a bywa że i w drugiej, katecheci znają doskonale. Opowiadam o wydarzeniach z Ewangelii, dzieci zasłuchane… “Ooo! Była taka bajka w telewizji!” Masz babo placek! Ja się tak starałem, a tu “taka bajka”! Wiem, wiem, dziecko… Ale nie mogę się zgodzić na to, by opowieść o Smerfach zestawić z relacjami ewangelistów. Wnikliwy czytelnik obeznany z Ewangeliami odpowie, że są w nich elementy nieomal bajkowe. I zacznie wyliczać: anioł przychodzi do Maryi w Nazarecie, aniołowie wyśpiewują nad Betlejem, jakaś gwiazda “prowadzi” mędrców. Nawet ich dary złożone dziecku biedaków to tak trochę jak z bajki.

Oglądaliście film Zefirellego o Jezusie? Zwiastowanie. Reżyser chce być wierny tekstowi, a boi się wpaść w bajkowość obrazu. Na ekranie anioła nie widzimy! Jest Maryja, jest jej pełne napięcia zachowanie: Ona kogoś “widzi” (czuje? dostrzega? słyszy?), jesteśmy świadkami spotkania z kimś, kto bez wątpienia jest - i bez wątpienia nie można go zobaczyć. Jak było? Jakkolwiek by nie przebiegło to spotkanie, brak słów, które byłyby zdolne wypowiedzieć niecodzienną rzeczywistość.

Tak, rzeczywistość. Historyczną rzeczywistość - bo Jezus z Nazaretu po prostu był, istniał, żył kiedyś. Historyczne źródła mimochodem go wspominają - czy to rzymski kronikarz Tacyt, czy żydowsko-rzymski historyk Józef Flawiusz. Same zresztą pisma chrześcijańskie, które my, wierzący traktujemy jako święte, są najpierw i przede wszystkim dokumentami historycznymi. Żadne inne źródła tamtej epoki nie mają tak bogatego udokumentowania, jak te: ilość i pochodzenie odpisów z różnych miejsc, ich starożytność, bardzo dawne przekłady. Te oraz wiele innych argumentów to cząstka historii. A że działy się w tej historii rzeczy niecodzienne? Działy się. I dlatego tamta historia do dziś oddziaływa na człowieka. Po rzymskim imperatorze Juliuszu Cezarze zostały historyczne dokumenty w znacznej ilości. Ale cóż, dzisiaj “Cezar” to albo zawołanie jamnika moich znajomych, albo nazwa firmy handlującej kafelkami, a w najlepszym wypadku tytuł “cesarz”, który nie wszyscy kojarzą ze słynnym Juliuszem. Imię “Jezus” inaczej - jest żywą cząstką dzisiejszego świata. Bo Jezus, był historyczną postacią o zupełnie wyjątkowym znaczeniu.

Kim był? Jeśli by pozostać na płaszczyźnie tylko historycznej, odpowiedź mogła by być taka: Jezus żył w Palestynie na początku I wieku ery nowożytnej. Był ubogim, wędrownym kaznodzieją, który padł ofiarą własnego uporu w głoszeniu radykalnych poglądów religijno-społecznych. Miał tak silny wpływ na część społeczeństwa, że mimo skazania go na śmierć, jego poglądy szerzyły się dalej.

Chłodna odpowiedź historyka. A przecież rodzi ona pytania i wątpliwości. Co było tak radykalnego w głoszonych przez niego poglądach, że sięgnięto aż po karę śmierci? Dlaczego zawiązana przez niego grupa nie rozpadła się po wykonaniu wyroku? Jakim sposobem gromada ludzi prostych, bez wykształcenia, wywodzących się z narodu mającego skłonności do izolowania się od innych, zyskała w krótkim czasie wpływ tak szeroki i głęboki zarazem? Czy rzeczywiście wyrok śmierci był końcem wszystkiego, czy to, co mówią jego zwolennicy o zmartwychwstaniu, jest jakąś niepojętą prawdą i rzeczywistością?

Nie ma “chłodnej odpowiedzi historyka”. Jezus jest postacią tak niezwykłą, tak niepokojącą, tak fascynującą, że albo jest się jego wyznawcą, albo jego wrogiem. Jak odpowiadają na pytanie o Jezusa jego wyznawcy? Pierwsza warstwa odpowiedzi jest wskazaniem na jego realne człowieczeństwo. Choć już i tu dotykamy czegoś niezwykłego. Mówimy: miał ziemską matkę, ale nie miał ziemskiego, w biologicznym sensie, ojca… Że był człowiekiem? To takie przejrzyste: urodził się, dorastał, bywał głodny i zmęczony, płakał nad grobem przyjaciela, a nawet uniósł się gniewem, gdy dotknięto go do żywego handlem w świątyni. No - i umarł. Krzyż okazał się biologicznie skutecznym narzędziem. Druga warstwa odpowiedzi wskazując na niezwykłość jego postaci, prowadzi do stwierdzenia: On mówił, że jest Synem Bożym - i naprawdę nim jest. W końcu wrócił do swoich, mimo śmierci. Psychologicznie bardzo ważnym argumentem jest przekonanie jego przyjaciół, apostołów. Byli Żydami. Dla wyznawców religii żydowskiej Bóg jest jeden, Bóg jest duchem, Bóg jest inny od świata - dlatego zdanie “Bóg stał się człowiekiem” jest dla nich po prostu kwadraturą koła i bluźnierstwem. A oni uwierzyli! Mało tego - poszli za swe przekonania na śmierć. A i tego mało - wspólnota, którą zapoczątkowali trwa do dzisiaj. To już nie jest bajka.

Że aniołowie śpiewali nad Betlejem? A co, nie mogli śpiewać aniołowie, jeśli rodził się Bóg?
 

20. Czy nie mógł?

Wpadły mi w ręce zdjęcia lipcowej powodzi z roku 1997. Odszukałem w stosie kartek wiersze, które wtedy napisałem. Wróciły pytania, nie te moje, lecz pytania ludzi nad miarę doświadczonych przez żywioł: Czy Pan Bóg nie mógł nas ocalić? To już nie jest pytanie o dobroć Boga czy o jego miłość. “Czy nie mógł?” To pytanie o Bożą moc, w konsekwencji o Bożą wszechmoc - bo tak to nazywa Katechizm. A nie są to pytania banalne. I były stawiane zawsze, bo zawsze istniał (i będzie istniał) problem cierpienia. A nie ma tu łatwych odpowiedzi. Bo przecież nie mówimy “wiem”, mówimy “wierzę”. Ale pytania stawiać i wolno, i trzeba. A pytanie brzmi: Czy Pan Bóg nie mógł nas ocalić? Może nie jest tak dobry, jak zapewniają teologowie? A może nie jest tak potężny? A może jest inna, trzecia droga postawienia problemu?

Kilka dni temu omawialiśmy w kl. V temat “stworzenie świata”. Przy tym mówi się zwykle o wszechmocy Boga. Podsunąłem dzieciom stare, podchwytliwe pytanie filozofów: Czy Pan Bóg może stworzyć taki ciężki kamień, którego nie mógłby sam podnieść? Kilku dwunastoletnich filozofów wdało się w spór, którego nie mogli rozstrzygnąć. Bo gdy odpowiedzieć: Tak, Bóg może taki kamień stworzyć, w odpowiedzi kryje się zdanie, że Bóg nie może podnieść tego kamienia. A więc nie jest wszechmocny. Gdyby zaś odpowiedzieć: Bóg nie może takiego kamienia stworzyć, od razu pada stwierdzenie, że nie może. A więc nie jest wszechmogący? A może całe rozumowanie jest błędne? Otóż tak jest w rzeczy samej - rozumowanie zawarte w postawionym pytaniu jest bardziej niż błędne. Jest wewnętrznie sprzeczne. Takie postawienie problemu jest albo pomyłką albo celowo spreparowanym zakłamaniem. To coś tak, jak z “problemem kwadratowego koła”. Nie ma takiego problemu, bo oba pojęcia: “koło” oraz “kwadrat” wzajemnie się wykluczają. Moi filozofowie z kl. V usiłowali rysować na tablicy “kwadratowe koło”, każda próba budziła jednak salwę śmiechu. Zrozumieli, że zadanie może być bezsensowne. I że nie ten, jest niemądry kto tego zadania nie może rozwiązać, lecz ten, kto je stawia…

Co jednak znaczy katechizmowa teza mówiąca, że Bóg jest wszechmogący? Pierwsza część odpowiedzi brzmi: Bóg w swych działaniach nie jest ograniczony prawami materii, czasu i przestrzeni. To znaczy nie potrzebuje tworzywa, z którego miałby coś czynić. W konsekwencji nie jest ograniczony możliwościami tego tworzywa. Inaczej niż człowiek. Wie o tym każdy, kto bierze się za gotowanie: nie z każdego mięsa da się zrobić smakowity kotlet i nie z każdej mąki wyśmienity tort. Człowiek, by czegokolwiek dokonać, potrzebuje czasu: uczeń by rozwiązać zadanie, krawiec by uszyć spodnie. A Bóg i temu ograniczeniu nie podlega. Człowiek tworzy w przestrzeni, i jest nią (i z nią) związany. Bóg jest ponad przestrzenią, albo można rzec inaczej: Bóg istnieje i działa w przestrzeni wielowymiarowej, o nieskończonej ilości wymiarów, podczas gdy “nasza” przestrzeń ogranicza się do trzech. Człowiek w swym działaniu jest skrępowany możliwościami narzędzi, jakimi się posługuje - i choć konstruuje wciąż doskonalsze, zawsze będzie to granica nieprzekraczalna. Bóg narzędzi nie potrzebuje. Człowiek tworząc potrzebuje energii - Bóg sam jest źródłem wszelkiej energii.

Zauważyć wypada, że w tym “opisie” wiele razy powtórzyło się słowo nie. To jedna z dróg mówienia o Bogu - droga negacji, zaprzeczania temu, co obserwujemy w naszym świecie. Inaczej nie potrafimy. Można jednak, i trzeba, pokusić się o spróbowanie innej drogi - drogi pozytywnej. Bardzo trudno nam to przychodzi. Bo znowu musimy zaczynać od siebie: obserwuję pracę mądrego twórcy, na przykład inżyniera, myślę o Bogu i powiadam, że Bóg jest najmądrzejszy. Oglądam dzieło artysty, przypatruję się, jak lekko, harmonijnie, nieomal bez wysiłku tworzy - myślę o Bogu i powiadam: najwspanialszy Artysta. Podziwiam genialną zdolność przewidywania jakiegoś stratega, myślę o Bogu i mówię: On jest wszechwiedzący. Bardzo niedoskonałe, ułomne to nasze mówienie o Bogu i Bożej wszechmocy. Ale czy potrafimy inaczej?

Wraca jednak pytanie: Czy On nie mógł nas uratować? Nie ma prostej, łatwej i zadowalającej odpowiedzi. Bo nasze pytanie wyrasta z ograniczonego widzenia i świata, i naszego losu. W tej naszej perspektywie ważne wydają się sprawy osobiste, jednostkowe, na dziś lub jutro. Gdybyśmy mogli spojrzeć na samych siebie, na ten nasz mały światek z oddali, z perspektywy wieczności, nie postawilibyśmy pytania “Czy On nie mógł nas uratować?” Ale nie możemy. I dlatego bywa nam tak trudno. I dlatego nie mówimy “wiem”, lecz “wierzę”. A trzeba by jeszcze dodać “ufam”.

21. Ja tam nie jestem rasistką, ale…

Lekcja religii w klasie IV, byłem jeszcze wikarym. Nowy Testament, życie Jezusa, Betlejem, Maryja, Józef, pasterze, osiołek i aniołowie. Pytanie z klasy: “Proszę księdza! Po jakiemu oni śpiewali?” Zdumiałem się. Jako dziecko widziałem w naszym kościele anioła trzymającego nad szopką wstęgę z łacińskim napisem: Gloria in excelsis Deo! Wiedziałem (skąd?), że to po łacinie. Nigdy się więcej nad tym nie zastanawiałem. Marginesowy drobiazg. Ale dzieciakowi odpowiedzieć trzeba. Ale co? Śpiewali po hebrajsku? A może po aramajsku? Dzieciak był dociekliwy: “Proszę księdza, to kto oni byli? Hebrajczycy, czy Aramajczycy?” Odpowiedziałem: Oni byli Żydami. “To i Pan Jezus był Żydem?” Tak, On, Jego Matka, św. Józef - to byli Żydzi. Lekcja się skończyła. Ale nie sprawa! Na drugi dzień wpadła na plebanię jakaś niewiasta. “Jak ksiądz nie przestanie dzieciom takich bredni opowiadać, to ja pojadę do biskupa! To ja, to ja!!!!” Nie mogłem dojść do głosu, a chciałem potulnie zapytać o jakie “brednie” chodzi. “O to, że ksiądz dzieciom mąci w głowie i mówi, że Pan Jezus był Żydem”. Bo był - odpowiedziałem. Całkiem zwyczajnie: Pan Jezus był Żydem. “Ja tam nie jestem rasistka, ale wypraszam sobie!” Nie wiem, czy owa nie-rasistka pojechała do biskupa, czy nie, ale Pan Jezus na codzień mówił po aramajsku, urodził się w Judei - czyli w krainie żydowskiej z Matki Żydówki. A jaki ma wspaniały rodowód! Św. Mateusz właśnie od tego zaczyna Ewangelię: “Rodowód Jezusa Chrystusa, syna Dawida, syna Abrahama…” (Mt 1,1).

A potem cały, długi, monotonny ciąg imion. Niektóre brzmią swojsko, niektóre obco. Po co to od czasu do czasu czytać we Mszy? A jednak trzeba. Rzecz w tym, że “Syn Boży stał się człowiekiem…” Tak, to jedna z głównych prawd wiary. I ta właśnie prawda wyróżnia nas chrześcijan. Syn Boży stał się człowiekiem - a kto to jest człowiek? Czy istnieje “człowiek jako taki”? Czy istnieje ktoś, kto byłby człowiekiem w oderwaniu od konkretnych uwarunkowań ludzkiej egzystencji? Ktoś, kto nie byłby ani mężczyzną, ani kobietą - lecz “po prostu człowiekiem”? Ktoś, kto nie byłby ani młody, ani stary - lecz “po prostu człowiek”? Ktoś, kto nie byłby ani Polakiem, ani Francuzem, ani… Żydem, ani żadnej innej narodowości - lecz “po prostu człowiekiem”? Nie, takiego “uproszczonego” człowieka nie ma. Gdy biblijny autor pisze o stworzeniu człowieka, powiada, że “Bóg stworzył ich jako mężczyznę i niewiastę” (Rdz 1,27). Każdy człowiek istnieje, żyje, mówi, pracuje, umiera “jako KTOŚ”. “Gdy nadeszła pełnia czasu, - słowa Apostoła Pawła - Bóg zesłał Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem…”. To drugie określenie jest ciekawe. Otóż “Prawo” w tym kontekście oznacza prawo mojżeszowe! Oprócz teologicznego wydźwięku tego sformułowania, jest wydźwięk całkiem zwyczajnie ludzki: Jezus przychodzi na świat jako dziecko, jako syn konkretnego narodu - narodu poddanego prawu mojżeszowemu, czyli Żydowskiego.

W rodowodzie Jezusa jednym tchem wymieniane są postacie wielkie, ludzie wspaniali, także święci oraz ludzie mali, przyziemni, grzeszni, podli. Nie czas, by o każdej z tych postaci pisać. Ciekawych odsyłam do lektury Starego Testamentu. A dla nas niezwykle ważne jest to przemieszanie - takie bardzo ludzkie, takie zwyczajne, takie nasze. Bo i w naszych rodowodach znajdziemy tak samo bohaterskich pradziadów, jak i - bywa - zwykłych rzezimieszków. I nie umniejsza to godności nikogo z nas. Bo nie zawsze “człowiek brzmi dumnie”. Czasem podle. Nasz Katechizm uczy o grzechu pierworodnym, o tej tajemniczej i tak bardzo dojmującej skazie na naturze człowieka. Ale właśnie dlatego, że ta skaza jest, potrzebne było zejście Boga pomiędzy ludzi. Stał się “jednym z nas” nie tylko przez to, co wielkie - ale był “doświadczony we wszystkim na nasze podobieństwo, grzech wyjąwszy” - powiada Apostoł (Hbr 4, 15). Nie oszczędzono Mu (czy raczej: nie oszczędził sam sobie…) ani łez dziecka, ani trudu pracy, ani zmęczenia, ani opuszczenia przez przyjaciół, ani bólu biczowania, ani krzyżowego konania, ani wołania z pogranicza rozpaczy “Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił”. Dobrze, że nasz Zbawiciel był (był? Czy raczej: jest?) człowiekiem prawdziwym, zwyczajnym, zakorzenionym w swej epoce, w swym narodzie. Dobrze, że nie był “człowiekiem jako takim”, oderwanym od czasu i przestrzeni, od tego wszystkiego, co rzeźbi los każdego z nas. A że wybrał właśnie tamte czasy i tamten naród? Dla mnie to nigdy nie stanowiło problemu. Zupełnie jak kwestia języka, w jakim śpiewali aniołowie nad Betlejem. Tam urodził się Człowiek. Taki konkretny, jak ja. Tam Bóg stał się człowiekiem. I to jest najważniejsze.

22. Wielowymiarowy świat

Nie ma cudniejszej rzeczy, jak po trudzie podejścia, usiąść na szczycie. Wokół bezkres dolin i szczytów - jak ocean ciszy i światła. Myśl ulatuje gdzieś daleko, daleko… Siedziałem tak sobie kiedyś na piramidzie Starorobociańskiego, po wędrówce granią Tatr. Nad doliną Gaborową krążył orzeł, nieopodal całe stadko kozic zachwycało widokiem. Od strony Kończystego szedł ciężko niemłody już człowiek. Utykał, był wyraźnie sfatygowany. Przysiadł obok. “Dzień dobry. Dzień dobry”. Pomilczeliśmy chwilę na temat wspaniałej panoramy Tatr. Po chwili zapytałem, trochę nietaktownie, dlaczego trudzi się włażeniem na męczący przecież Starorobociański. “Wie ksiądz (po czym on to poznał? Chyba nie po fajce?), nie lubię tego dwuwymiarowego życia na równinach. Tam wszystko jest płaskie. Nawet życie tam jest płaskie. A przecież ono jest wielowymiarowe”. Przytaknąłem, popisując się znajomością matematyczno-fizykalnej terminologii: Tak, tak, długość, szerokość, wysokość. No, i czas. Czwarty wymiar. Ale przecież, pan wybaczy, w Nysie wcale nie przypominam płaskiego trójkąta. A jeden z moich kolegów to osiągnął kształt nieomal kulisty! Mój rozmówca roześmiał się. “Widzę, że ksiądz zna elementarz fizyki. Proszę więc sobie wyobrazić płaski, matematycznie płaski, dwuwymiarowy świat: wszystko dzieje się na płaszczyźnie. Koła, elipsy, trójkąty i przeróżne ich kombinacje. Z odrobiną fantazji można sobie wyobrazić, że żyją one jakimś swoim życiem. I co te istoty wiedzą o przestrzeni? Czy elipsa wie, że jest ukośnym przekrojem walca? Trójwymiarowej bryły? Czy trójkąt wie, że jest przekrojem ostrosłupa? Czy punkt wie, że jest fragmentem nieskończonej prostej? Nie-skoń-czo-nej!”

Popatrzył na mnie. Znowu pomilczeliśmy czas jakiś, ale już na inny, niż przedtem temat. Po chwili zaczął dalszy wywód: “My, ludzie jesteśmy trój-, wliczając czas cztero-wymiarowi. A przecież rzeczywistość jest wielo-wymiarowa. Wie-lo!” Pan chyba jest matematykiem albo teoretykiem fizyki? - zapytałem. “W rzeczy samej. Jestem fizykiem. Dlatego mam swoją wizję Boga, nieba, no i… zmartwychwstania”. Znowu zapadło milczenie. W międzyczasie zgasła mi fajka, przypaliłem ją, on podjął wątek: “Gdybyśmy mogli z naszej trójwymiarowej przestrzeni przejść w kolejne wymiary - a jest ich wiele - dostrzeglibyśmy całe bogactwo rzeczywistości. Nie możemy. Na razie - podkreślił. Jesteśmy uwięzieni, jak te koła, elipsy i trójkąty na płaszczyźnie. To, co mówię, to już nie matematyka i fizyka. To już moja wiara. Wierzę, że czeka nas wyzwolenie z tego trójwymiarowego istnienia. Wy, teologowie, nazywacie to zmartwychwstaniem. Ja nazywam przejściem do istnienia wielowymiarowego. Myślę, że chodzi nam o to samo…”

Dobrze! - zawołałem, a jak wobec tego odczytuje pan relacje Ewangelii o zmartwychwstaniu? “Bardzo prosto i, jak sądzę, prawomyślnie. To są rzeczywiste wydarzenia. Tyle, że apostołowie, uwięzieni w trójwymiarowej przestrzeni, dostrzegli tylko to, co dostrzec mogli. A więc to, co było trójwymiarowe. Ale to tylko mały wycinek całej, niepojętej rzeczywistości. I to właśnie jest wiara: być przekonanym o ogromie bogactwa rzeczywistości na podstawie tego, co jest dostępne naszemu, niedoskonałemu, ograniczonemu poznaniu. - A góry? To dla mnie ślad Boga, otwierają przede mną nieskończoność wymiarów świata. Dlatego drapię się tutaj, choć mi już ciężko”.

Rozmawialiśmy długo wracając w doliny. Gdy zanurzyliśmy się w ciemny bór Doliny Starej Roboty, zapadł zmrok. Latarek, oczywiście, nie mieliśmy. Bałem się nieco spotkania z niedźwiedziem, który ostatnimi czasy wałęsał się tędy. Napotkany w ciemnościach miś mógł pomóc nam obu przenieść się do wielowymiarowego świata… Tak, tak. Mimo wiary w niezwyciężoność życia, lękamy się tego osobliwego (to wyrażenie fizyków) momentu przejścia “na drugą stronę”. Jedni nazywają to śmiercią, inni - narodzinami do nowego życia. Zbliżając się w świetle gwiazd do Hucisk, doszliśmy do uzgodnienia stanowisk: nie wszystko rozumiemy, jednak uwierzyliśmy. I nieważna jest terminologia - i fizyk, i teolog, każdy posługując się swoim językiem, chcą wypowiedzieć to samo.