Różniymy się piyknie

– W sprawach pierwszorzędnych – jedność, w drugorzędnych – wolność, a we wszystkich – miłość – mówi o. Grzegorz Siwek, franciszkanin.

Marcin Jakimowicz: Znajomy posługujący na wsi proboszcz gorzko zażartował: „To wiara, której nie da się wykorzenić, ale… nie da się też pogłębić”. Przesadził?

O. Grzegorz Siwek: Przesadził, choć rozumiem jego tok myślenia. (śmiech) Jeśli mówimy, że coś jest niemożliwe, stawiamy granice samemu Panu Bogu. Ludzie w takich parafiach są do jakiejś rzeczywistości mocno przywiązani i nie ma w tym niczego złego. Chodzi o to, by pokazać im, że wiara jest relacją. Oni często zmieniają swe twarde stanowisko, gdy czegoś doświadczą. Wiem, co mówię, bo wyrosłem w tradycyjnej rodzinie, gdzie nie było żadnych duszpasterskich nowinek czy ewangelizacyjnych „hopsasów”. Uczono mnie podstaw: pacierza, chodzenia do kościoła. Jestem proboszczem w parafii w Rychwałdzie pod Żywcem i ktoś może powiedzieć, że posługuję w dwóch duszpasterskich światach. Z jednej strony granie na trąbitach, z drugiej Kurs Alpha (właśnie obchodziliśmy jego czterdziestą edycję). Co trzecią niedzielę jest Msza z oprawą góralską, podczas której kościół pełen jest wiernych w strojach regionalnych, a w czwarty poniedziałek miesiąca Msza z modlitwą o uzdrowienie.

Te duszpasterskie światy muszą się rozjeżdżać, wykluczać?

Absolutnie nie! Takie myślenie jest ślepą uliczką. W Kościele jest miejsce i dla jednych, i dla drugich. Rzadko się zdarza, by te dwie wspomniane rzeczywistości odpowiadały tym samym ludziom. I to jest normalne.

Główny zarzut, jaki spotykam w mediach społecznościowych, brzmi: oni modlą się inaczej niż my.

I co z tego? Czy to znaczy, że gorzej? Nie interesują mnie mądrości z Facebooka. Wiem, że Duch Święty kocha różnorodność. W tym roku przeżywamy w województwie śląskim Rok Górali. 19 września odbył się u nas wielki góralski festyn pod hasłem: „Różniymy się piyknie”. Kiedyś znałem górali jedynie z Janosika, dziś zaczynam odróżniać tych z Podhala, Beskidu Żywieckiego czy Śląskiego. Łączą ich góry, korzenie, etos, ale jest między nimi mnóstwo różnic: stroje, gwara, pieśni, zwyczaje. Różniymy się piyknie – to genialna intuicja i zachęta. Różnorodność, której tak bardzo się boimy, jest przecież naszym bogactwem! Na festyn zjechało mnóstwo ludzi. Tego samego dnia manifestację pod kościołem zapowiedzieli antyszczepionkowcy. Zadzwonił wójt, mówiąc, że zgłosiła się grupka, która będzie manifestować przy punkcie szczepień.

Znalazł się Ojciec między młotem a kowadłem.

Co miałem zrobić? Dopuścić do pyskówki, przepychanek? Zaczęło się robić nerwowo, awantura wisiała w powietrzu. Postanowiłem rozwiązać to w duchu franciszkańskim. (śmiech) Podszedłem do tych ludzi i powiedziałem: „Mam inne zdanie, ale ponieważ mamy różnić się pięknie, możecie wyrazić swoje. Powiedzcie przez megafon, co macie do powiedzenia”. Tak zrobili. Na koniec przybiliśmy sobie piątkę i wszystko rozeszło się po kościach.

Bo dopuścił ich Ojciec do głosu... Może to jest problem Kościoła, że nie rozmawiamy ze sobą? Zamiast ukazywać światu zwycięstwo Jezusa, zajęliśmy się lokalnymi gierkami i zajęciami w podgrupach. Dwóch Polaków to cztery opinie. Jaką wolność miał Jezus, gdy usłyszał o tych, którzy w Jego imię wyrzucają złe duchy…

Odpowiedział: „Nie zabraniajcie im”. Opowiem ci o moim doświadczeniu różnorodności. Doświadczyłem jej jeszcze jako kleryk, gdy zaczęliśmy z braćmi jeździć na spotkania do Lanckorony. Andrzej Sionek (niedawno świętował pięćdziesięciolecie swej służby w Kościele) zapraszał ludzi z „różnych bajek”. Katolicy, protestanci, księża, pastorzy. I my: bracia z trzynastowiecznego przebudzenia. (śmiech) Pamiętam zwłaszcza spotkanie z ks. Peterem Hockenem, Siedzieliśmy na werandzie. Początkowo patrzyłem na to wielobarwne towarzystwo trochę nieufnie: dzieliłem, kto jest skąd, z jakiej wspólnoty, kościoła, zboru. Było miło, ale kurtuazyjnie. Wieczorem rozpoczęło się uwielbienie. Gdy po godzinie podniosłem oczy, nie widziałem już zielonoświątkowców, katolików, protestantów. Widziałem ludzi wznoszących ręce i uwielbiających Jezusa.

Nie było Żyda ani Greka.

Nie było. Byli czciciele Jezusa. Wyszliśmy z okopów, piaskownic. Staliśmy razem, uwielbiając Boga, skupieni na tym, co najważniejsze. Przestałem widzieć ogrodzenia, zobaczyłem, Kto nas tu zwołał. To doświadczenie na trwałe zmieniło moje patrzenie.

Pamiętam pewną Paschę urządzaną w Wielkim Poście w naszym krakowskim kościele. W czasie celebracji jeden z żydów mesjanistycznych poprosił nagle o miskę z wodą. Klęknął u stóp ks. Hockena i na oczach kilkuset ludzi… umył mu nogi. Miałem wrażenie, że zawstydzony ksiądz Peter chce zapaść się pod ziemię. A ten żyd powiedział, że nie widzi innego sposobu, by podziękować za to, co ten skromniutki kapłan uczynił dla budowania mostów, jedności, dialogu…

Najważniejsze w nim są relacje?

Tak! Po doświadczeniu modlitwy w Lanckoronie zaczęły tworzyć się między nami więzi. Rozmawialiśmy szczerze. Część pastorów, którzy byli kiedyś katolikami, opowiadała o swych doświadczeniach. Gdy w klasztorze w Dąbrowie Górniczej przeżywałem bardzo trudny czas (czułem się niezrozumiany, wypalony, zmęczony mnóstwem zajęć, zacząłem włazić w stare grzechy), zadzwonił do mnie jeden z pastorów. „Co u ciebie słychać?” – rzucił. „Wszystko dobrze” – odpowiedziałem na odczepnego. „Naprawdę?” – nie dał za wygraną. „Bywa różnie” – odparłem. „Jeśli chcesz, przyjadę do ciebie”. Jeszcze jego mi tu brakuje – pomyślałem, ale odpowiedziałem grzecznie: „Tak? A kiedy?”. „Jutro”. Zamurowało mnie. „Obcy” pastor z Kalisza ma przyjechać do franciszkanina w Dąbrowie? Przyjechał. Rozmawialiśmy i modliliśmy się do późna w nocy. Do dziś pamiętam jego słowa: „Gdy jesteś w duchowym paraliżu, potrzebujesz czterech, którzy przyniosą cię przed oblicze Jezusa. Mnie już masz, znajdź jeszcze trzech”. Jestem mu do tej pory wdzięczny, że rzucił wszystko i przyjechał, by mi pomóc.

Często słyszę zarzut, że wchodząc w dialog ekumeniczny, muszę głęboko ukryć swój katolicyzm.

A czy twoja żona, wchodząc w małżeństwo, musiała zakwestionować swą płeć? Ukrywać przed tobą swą kobiecość i udawać kogoś innego? To idiotyczny, często powtarzany zarzut. Nie muszę nikogo udawać. Mam być sobą. Niezwykle ważne jest zdanie, które powiedział św. Augustyn (jest taka zasada w życiu duchowym, że gdy nie wiesz, kto coś powiedział, to powiedz, że był to Augustyn, jest wielkie prawdopodobieństwo, że trafisz): „W sprawach pierwszorzędnych – jedność, w drugorzędnych – wolność, a we wszystkich – miłość”. Są kwestie fundamentalne, nie do ruszenia: Syn Boży stał się człowiekiem, umarł za nasze grzechy na krzyżu, zmartwychwstał, a teraz czekamy na Jego powrót. Tu nie ma dyskusji. Tę maksymę Augustyna trzeba by przyczepić przy wejściu do każdego kościoła…

Nasz problem polega na tym, że wiele drugorzędnych spraw traktujemy jako priorytety?

My, katolicy, mamy pretensje o to, że inni nie przyjmują różnych objawień, nie kopiują naszych form modlitwy. Często wydaje się nam, że wszystko, w co wierzymy, ma tę samą wartość i stoi na jednej półce. Jest jednak ogromna różnica między wiarą w zmartwychwstanie i w oddziaływanie święconej wody. To inny ciężar gatunkowy, inna hierarchia prawd. Często o tym zapominamy i spieramy się o sprawy drugorzędne.

Dorośli ludzie opowiadają mi o tym, że katują się, bo „nie zmówili pacierza”. „To jak się pani modliła?” – pytam. „Odmówiłam Różaniec”. Kobieta zmówiła cały Różaniec, ale zadręcza się tym, że nie odmówiła paciorka, jak ją nauczyli rodzice. Zapewniam cię: to nie jest przykład wyssany z palca. Mamy tendencje do wykluczania ludzi z Kościoła. Pamiętajmy jednak, że zanim podamy ludziom kotlety, trzeba zaserwować kaszę mannę.

Słyszałem jak przed laty poprosił Ojciec przełożonego, by zwolnił go z postu ścisłego.

Podszedłem do niego ze śmiertelnie poważną miną: „Ojcze, nie mogę zachować postu ścisłego; trzech posiłków dziennie, w tym jednego do syta”. „Dlaczego?” – zafrasował się. „Bo ja nie jestem w stanie najeść się do syta” – wypaliłem. (śmiech)

Nie serwujmy od razu kotletów. Dajmy ludziom czas. Stwórzmy przestrzeń, w której się odnajdą: Mszę z modlitwą o uzdrowienie dla charyzmatyków, a z oprawą ludową dla górali. Arcybiskup Grzegorz Ryś, który był u nas niedawno na nabożeństwie fatimskim (gdybyś widział, jakie oblężenie przeżyliśmy!), powiedział mi: „Nie wolno ci tego popsuć. Szanuj tę formę! Doceniaj wiarę tych ludzi”.

Łatwo wylać dziecko z kąpielą. Przyjeżdżają na wieś ewangelizatorzy i zaczynają: „To i tamto robicie źle. Nie znacie nawet czterech prawd duchowego życia”…

A chodzi o to, by głosząc Dobrą Nowinę, nie podeptać niezwykle cennej formy ludowej pobożności, zwyczajów, dziedzictwa: tego, co jest przekazywane z dziada pradziada. Zresztą w przypadku górali nie da się tego rozłączyć. Oni mają przekazywaną w „pakiecie” nie tylko muzykę czy gwarę, lecz także wiarę i szacunek do Kościoła. Nie wykluczajmy tych, którzy „modlą się inaczej”. „Przygarniajcie się nawzajem, bo i Chrystus was przygarnął” – przypomina Biblia.•

o. Grzegorz Siwek

franciszkanin, proboszcz sanktuarium pw. Matki Bożej Rychwałdzkiej, wieloletni duszpasterz akademicki zaangażowany w dzieło nowej ewangelizacji.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5