Ciche szczęście

– Ludzie wyobrażają sobie, że do zakonu przychodzą śnięte ryby. A my temperamenty mamy żywe. Ale staramy się żyć w ciszy – mówi s. Weronika (Halina Sowulewska), przeorysza kamedułek.

U furty witają nas uśmiechnięte s. Weronika, s. Montini, s. Helena i s. Urszula. To imiona zakonne. Każda otrzymuje nowe przy obłóczynach. W Złoczewie sióstr jest 19. – Skąd my tu? To tajemnica Boża. Do różnych stanów Pan Bóg wybiera. A czas leci szybko w klasztorze. Bardzo szybko... – mówi s. Weronika (od 30 lat w zakonie), obecna przełożona wspólnoty. – A w ogóle to mi prababcia przepowiedziała. Mówiła: „Halżunia, nie wychodzisz za mąż, ale to nic, pójdziesz do zakonu”. A ja się w głowę pukałam. „Babcia chyba zwariowała”. Ale babcia była świątobliwa. Dziś wiem, że jak jest się w życiu tam, gdzie Pan Bóg nas chce, to właśnie to jest źródłem radości – zapewnia.

Równie pełna entuzjazmu od 48 lat w zakonie pozostaje s. Montini, która przed laty, jako przełożona, przyjmowała s. Weronikę. – To wielkie szczęście, że nas Pan Bóg tu umieścił. Choć przechodzenie z życia świeckiego do zakonnego to walka na śmierć i życie – przyznaje. – Ośmioro nas było rodzeństwa. Dwóch braci do kamedułów poszło, jeden do kapucynów, a ja z siostrą do kamedułek. Pozostali się ożenili. I tak to Bóg prowadzi. Jego miłosierdzie... – dodaje. – Ale, ale... herbata wam wystygnie. I ciasta weźcie, domowy wypiek... – zachęcają siostry.

Ubecja i klauzura

Kamedułki przybyły do Polski z Francji w 1948 r. Najpierw osiadły w Szczecinie. Rok później otrzymały pobernardyński klasztor w Złoczewie koło Sieradza. – Matka Gemma i s. Teresa przyjechały jako pierwsze. Klasztor był w strasznym stanie. W czasie wojny stacjonowało tu Hitlerjugend, a w kościele był magazyn zbożowy – opowiada przełożona. Z pierwszych złoczewskich sióstr niedawno zmarła ostatnia, 103-letnia s. Magdalena. Seniorką jest dziś s. Nelly, która wstąpiła do klasztoru w 1953 r. – W tamtych latach siostry mocno biedowały. Za komuny nalatywali tu ubowcy. Chcieli zdobyć klasztor i pole na PGR-y. Ale myśmy się broniły. Powiedziałyśmy, że mamy klauzurę papieską i nie możemy wpuszczać. Słyszałyśmy, że wywieźli inne siostry do stodoły. „Radźcie sobie!” – mówili, a oni zagarniali dom. A myśmy na pole szły i kosiły. Żadna się nie oszczędzała – opowiada.

– Siostra Nelly to nasza misjonarka. Jak miała 60 lat, pojechała do Francji na 12 lat. Bo tam nie było powołań – dodaje s. Weronika. – Tak... Ale potem młodsze siostry przyjechały, a ja się wycofałam. Bo wiek i ból kręgosłupa – uśmiecha się s. Nelly.

Siostry oprowadzają po labiryncie wąskich korytarzy. Klasztor znajduje się przy ruchliwej ulicy Sieradzkiej. – O zupełną ciszę trudno, bo za oknem samochody. Ale my same sobie stwarzamy pola ciszy – mówi s. Weronika.

Zanim wstąpiła do zakonu była... muzykologiem w Akademii Teologii Katolickiej (dziś UKSW). – Byłam gotowa zaprzestać całej tej działalności. Ale Pan Bóg ma humor, akurat pojawił się w klasztorze antyfonarz benedyktyński. I byłam potrzebna.

Również s. Helena (12 lat w zakonie), ekonomistka, zajmuje się za klauzurą tym, z czego zrezygnowała. – Pracowałam w urzędzie miejskim, sprawy budżetowe. Myślałam, że w zakonie koniec z tym. A tu powrót do tego samego. Wyobraźnia musiała się oczyszczać. To normalne życie – uśmiecha się.

– Jest wspaniałą ekonomką. Pan Bóg nic nie odbiera. A robi się to, czego nie chciało się robić w życiu – dodaje matka przełożona.

Groszek i pustynia

Siostry mieszkają w dwóch budynkach, każda w swojej celi. Mają wspólne posiłki i modlitwy. Śpiewają oficjum. Z czego żyją? – Przede wszystkim z Opatrzności – żartuje matka przełożona. – Mamy dom rekolekcyjny na 20–30 osób. Piszemy ikony, mamy pracownię stolarską, robimy różne dekoracje na zamówienie.

Niektóre prace wykonują w samotności. Razem pracują na polu. – Borówki, buraki, marchewka, pietruszka, groszek, fasolka, kabaczki, dynie, ogórki. Jest i staw z rybami ­– pokazuje s. Helena.

Na co dzień mniszki żyją w ciszy. – Nie jest to łatwe życie, bo temperamenty mamy żywe. O ciszę trzeba walczyć, świadomie, jak o inne duchowe dobra. Takie życie za klauzurą przemienia – przyznaje s. Weronika.

Siostry nie opuszczają murów klasztoru. – Wychodzimy jedynie do lekarza i w sprawach zgromadzenia. Urlopu nie mamy, natomiast są indywidualne rekolekcje, taki czas pustyni. Jest też możliwość rekluzji, czyli całkowitego odcięcia się od wspólnoty, aby żyć w samotności. Miałyśmy jedną rekluzę w Tyszowcach, gdzie w 1997 r. pojechały nasze siostry – mówi zakonnica.

„Jest samotnoścć taka, co do Ciebie zbliża” - to z kolei zapisze s.Rut. Wiarę wyraża poezją. „Nic więcej tu (...) Dopełnia nas milczenie”.

W klasztornej bibliotece spotykamy s. Irenę (28 lat w zgromadzeniu). Wcześniej pracowała w laboratorium analitycznym w szpitalu. – Bardzo kochałam tamto miejsce. To kocham jeszcze bardziej – mówi. Dziś kataloguje zbiory, czasem kontaktuje się z wydawnictwami. – Bo książka żyje i pachnie. Książka mówi.

Pośród książek na półce pod krzyżem dostrzegamy czaszkę. – Dostałyśmy ją od kamedułów z Krakowa. Przez pewien czas stała w jednej z cel. W nocy słyszę stuk. Ząb jej wypadł, przeraziłam się, dałam do miejsca publicznego – mówi półżartem s. Weronika. I dodaje poważnie:­ – Czasem wzdycham o wieczny odpoczynek dla właściciela. To symbol, że wszyscy idziemy w kierunku wieczności, że życie tutaj jest tylko etapem przejściowym.

Siostra Weronika zapewnia, że kamedułki nie powtarzają w kółko Memento mori. – Niestety, takie postrzeganie naszej duchowości zawdzięczamy „Panu Wołodyjowskiemu”. Kameduli nie śpią też w trumnach. Posłania mieli po prostu w kształcie skrzyni. I takie znajduje się do dziś w celi założyciela, św. Romualda.

Drewno i kamień

W klasztornej stolarni zastajemy s. Faustynę (od 13 lat w zakonie). Pochodzi z Beskidów. – Kocham drewno. Wychowałam się w lesie. Otaczały mnie drzewa – siostra pokazuje pracownię. – Ramki do obrazków, deski do ikon, zabytkowe rzeczy z ołtarza. Naprawiamy, co potrafimy. Z tatą takie rzeczy robiłam i smykałka została.

– Wszystko potrafi. Tu naprawdę objawiają się talenty – chwali siostrę matka przełożona. Siostra Faustyna wzbrania się przed pochwałami. Przed wstąpieniem udała się do Łagiewnik. – Zawierzałam się św. Faustynie. Nie wiedziałam, że mnie tak ochrzczą tutaj. I jestem zadowolona.

Przyznaje, że w stolarni, poza czasem na modlitwę, mogłaby spędzać całe dni. – To jak druga kaplica ten warsztat. Może to mało kobiece zajęcie, ale... drzewo jest ciepłe. Drewno żyje własnym życiem. Co kawałek to inny. Lubię jesion. Raz się wzięłam za dąb, ale łatwiej pracować z lipą... – mówi.

Matka przełożona prowadzi do kolejnej pracowni, do s. Marianny. – Przy kamieniach ją spotkacie. Ma na ich punkcie małego bziczka­ – żartuje przeorysza. W pracowni s. Marianny pełno jest kamieni, różnych wagą i kształtem. – Nanosiłam tego. Po dwa, trzy i są. Z pola zbieram. Po zaoraniu najwięcej się odkrywa – s. Marianna przerywa pracę. Zdobi kamienie metodą decoupage. – A jak kamień rosochaty, to trochę podmalowuję.

Przed klasztorem skończyła etnografię. Pierwszą książką, jaką wtedy kupiła, była „Ludowa rzeźba kamienna w Polsce”. Studiowała również filozofię w Krakowie.

– Koleżanka namówiła, aby iść na dzień otwarty na Bielany do kamedułów. Z ciekawości. Nawróciłam się dopiero potem, podczas spowiedzi. Odkryłam, że chciałabym tak żyć. Dlatego ten sakrament jest tak dla mnie ważny. Dał trwałe owoce na całe życie.

Siostra Marianna przyznaje, że gdy odkryje się powołanie, to „potem już jest łatwo”. – Jasne, że pewne rzeczy są wymagające. Ale trzeba od siebie zaczynać. Pan Bóg może być szczęściem. Odkrywa się to stopniowo. Nie mówię, że jest łatwo pod każdym względem. Ale jestem na swoim miejscu. A te kamienie? To tak od trzech lat...

Obecnie s. Marianna jest mistrzynią nowicjatu, a swoje doświadczenia oraz wiedzę przekazuje młodym siostrom i adeptkom życia monastycznego.

Ikona i święto

Jest też s. Hiacynta. Pisze ikony, szyje, nawleka różańce. – To ze łzawnicy, czyli łzy Matki Bożej, bo mają właśnie taki kształt łezki – siostra wręcza nam różańce. Z zawodu jest krawcową. – Chodziłam do szkoły krawieckiej. Tam był rysunek, taki żurnalowy. A w klasztorze skończyłam kurs ikonopisania. – Czyli od żurnala do ikony? – podpytuję siostrę. – Od modlitwy do ikony – podkreśla siostra. – Rysunek to podstawa, ale bez modlitwy ikony nie ma. Modlitwa to istota życia. Naszego i w ogóle – dodaje.

W kolejnej pracowni zastajemy s. Anielę. Pracuje nad dwoma ikonami jednocześnie. – Staram się malować lekko. Tylko twarze to pełne krycie. – A która ikona jest Siostrze najbliższa? – Matki Bożej Częstochowskiej. Bo związana z moim powołaniem. To Matka wszystkich powołań – odpowiada.

W tej samej pracowni s. Marta, introligatorka, wyrabia pudełka do ikon. – Obkleja materiałem i powstają cuda – pokazuje matka przełożona. – Cuda, jakie życie dyktuje i warunki pozwolą – śmieje się s. Marta. – Tato był introligatorem. A ja tu zaczęłam na zasadzie czystego posłuszeństwa i nieznajomości rzeczy.

Kolejna mniszka, s. Józefina, tworzy szkatułki z kawałków drewna. – Przed zakonem uczyłam plastyki.

Opuszczamy pracownie sióstr. W każdej z nich doświadczamy piękna, pokoju, harmonii. To bez wątpienia duch modlitwy i ciszy, które wypełniają mury klasztoru w centrum Złoczewa. Matka Weronika z siostrami prowadzą nas z powrotem do furty, gdzie zza otwartej kraty rozpoczęły swoją opowieść o ich życiu ukrytym. – A jak siostry spędzą święta? – W Wielki Czwartek opuszczamy welony na znak żałoby. W piątek leżymy krzyżem i odmawiamy pięć pacierzy na uczczenie pięciu ran Pana Jezusa. W Wigilię Paschalną zapalamy ognisko w ogrodzie. Liturgia kończy się w nocy. A potem przez całą oktawę radujemy się ze zmartwychwstania Pana Jezusa i... dużo rozmawiamy. Czytamy też wszystkie listy, jakie otrzymujemy – mówi s. Weronika. – A teraz, jak to wszystko napiszecie, cała tajemnica pryśnie... – uśmiecha się mniszka.

Nie pryśnie. Słowa opiszą spotkanie, lecz nie wyrażą ducha miejsca.

Nasze wejście za klauzurę klasztoru było możliwe za zgodą biskupa miejsca – bp. Edwarda Janiaka. Dziękujemy. Strona sióstr kamedułek: www.kamedulki.eu

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9