Rety, Gwiżdże idą!

– Kiedyś to dopiero była bieda, ale nikt nie narzekał. Święta też obchodziło się skromniej, ale radośniej – mówi z nostalgią 76-letnia Urszula Skołyszewska.

Celebracja Bożego Narodzenia rozpoczynała się już w Adwencie, obowiązkowo codzienną Mszą świętą roratnią. I to nie jak dziś – popołudniową, lecz poranną. Wydawałoby się, że dla dzieci taka pobudka była przykrym obowiązkiem. – Uwielbiałam chodzić na Roraty! Jak mama czasem zabraniała, bo był mróz, wiał silny wiatr i mogliśmy się pochorować, to aż płakałam – wspomina Władysława Kreft z Czeczewa. – Chodziliśmy bez lampionów, nie znaliśmy tego zwyczaju. A po mszy grzaliśmy się w szkole przy kaflowych piecach. Dzieci wiedziały, że czekają na przyjście Boga. Za dobre uczynki kładły źdźbła słomy pod figurką Jezuska.

Dwanaście potraw? Gdzie tam!

Na wigilijnym stole pojawiały się barszcz lub zupa owocowa, ziemniaki i ryby, głównie śledzie. Gospodynie piekły różne ciasta, jedne pierniki, inne makowce, ale prawie wszędzie była drożdżówka. – I wielki przysmak dzieci – „orzechy” z ciasta i marchwi. Często dodawało się do nich syrop z buraków lub pieprz, najsmaczniejsze były po kilku dniach – opowiada 84-letnia Zofi a Gusman z Rębu. Na co dzień Kaszubi jadali chleb i ziemniaki, więc każda odmiana cieszyła. Nawet jeśli świąteczne menu było skromne. – W Wigilię dwanaście potraw? Gdzie tam! Na święta piekło się gęś, a jeśli była drożdżówka, to się każdy cieszył – opowiada Rafaela Piełowska, która wychowała się w małej wiosce Żuromino.

Dawniej, gdy brakowało pieniędzy, każdy sam robił świąteczne prezenty. Dziś na widok tamtych upominków pewnie niejedne dziecko pokręciłoby nosem. – Raz mama uszyła mi bluzeczkę, potem zrobiła lalkę czy misia. Ja też miałam zawsze dla mamy jakiś drobiazg – wspomina Urszula Skołyszewska, rodowita wejherowianka. Ozdoby choinkowe robiły dzieci: gwiazdy z papieru, aniołki z włóczki. One też dekorowały drzewko, wieszały orzechy, jabłka, pierniki. Szklane bombki można było spotkać tylko w bogatszych domach – Byliśmy dość majętni, ojciec kupował różne ozdoby. Mieszkaliśmy w Gdańsku i po szkole chodziliśmy z chłopcami do fabryki bombek. Pracownicy zawsze dawali nam po kilka sztuk – opowiada Andrzej Adamski z Wejherowa.

Dawniej na choince paliły się świeczki, co groziło pożarem. Kiedyś w domu państwa Kreftów z Czeczewa od płomienia zapaliła się wata na gałązkach – gospodarz musiał drzewko przewrócić i zadeptać ogień.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    29 30 1 2 3 4 5
    6 7 8 9 10 11 12
    13 14 15 16 17 18 19
    20 21 22 23 24 25 26
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9