„Myślę, że Pan Bóg ma poczucie humoru i chyba czasem się uśmiecha, słuchając rozmaitych modlitw czy praktyk religijnych i to zarówno ludzi najprostszych, jak i wyrafinowanych teologów” – mówi filozof i kosmolog.
Myślę, że tak samo jest z teologicznym obrazem świata. Nasza wiedza o Bogu jest zrelatywizowana i uzależniona od tego, co wiemy o świecie. Nieco trywializując: Zeus był od rządzenia piorunami. Ludzie przypisywali pioruny gniewowi Boga. Potem, w średniowieczu, trochę się to zmieniło, Pan Bóg już rządził ziemią i słońcem, które obracało się naokoło ziemi, a On sam gdzieś tam, na górze, w niebie empirejskim, miał mieszkanie. No a potem obraz świata się zmienił, świat robił się coraz większy i coraz bardziej skomplikowany. Jego Stwórca także musiał odpowiednio powiększać swoje wymiary, nie tylko geometryczne, ale w ogóle.
A dzisiaj, gdy mówimy, przynajmniej takie są hipotezy, że wszechświatów jest nieskończenie wiele, to wcale nie kompromituje Pana Boga, tylko czyni Go jeszcze większym, bo ewentualnie widzi się Go jako Stwórcę nieskończenie wielu wszechświatów.
Czy takie odkrycie nie zachwiałoby religią? Nie zatrwożyłoby wierzącego człowieka?
Tchórzów by zatrwożyło, a odważnych - ucieszyło.
Niemniej, skoro wierzymy, że człowiek jest bytem wyjątkowym, koroną stworzenia, którą Bóg uczynił na swój obraz i podobieństwo i że człowiek ma czynić ziemię poddaną sobie, to nasza wyobraźnia miałaby nie lada kłopot z takim odkryciem. Czy nie zburzyłoby to podstaw naszego myślenia w sprawach absolutnie podstawowych?
Myślę, że wielu ludziom by zburzyło. W teologii są rozmaite kierunki i na pewno odkrycie nowych wszechświatów zburzyłoby wyobrażenia takich “folklorystycznych” teologii, które mają bardzo ubogą teologię, podążają za najprostszymi wyobrażeniami i nie posuwają się dalej. Jakbyśmy chcieli szukać takich postaci w krajobrazie polskich teologów, to znaleźlibyśmy ich całkiem sporo. Dla nich to byłby szok.
Natomiast dla teologów otwartych szokiem by to nie było, bo jeżeli Bóg jest nieskończonością, to w zasadzie co my możemy powiedzieć? Wszystko, co wiemy o Panu Bogu, jeśli widzimy Go we właściwych proporcjach - ja i nieskończoność - można porównać, wyobrażając sobie perspektywę mrówki, która usiłuje ocenić postępowanie człowieka. Ale odległość między mrówką a człowiekiem jest zaniedbywalna w porównaniu z odległością moją do nieskończoności. No więc, odrobinkę pokory i wtedy, że tak powiem, wszystko da się przełknąć.
W cytowanej już książce powiada Ksiądz, że najlepszym określeniem Pana Boga jest nazwanie Go nieskończonością. Nasuwa mi się wobec tego bardzo osobiste pytanie: kiedy wypowiada Ksiądz słowa Ojcze Nasz, to jakie obrazy “podpowiada” Księdzu wyobraźnia. A może wówczas Ksiądz z niej “korzysta”?
Myślę, że nie da się wyprać człowieka z wyobrażeń.
A może, myśląc o Bogu, powinniśmy je porzucić?
Ale tego zrobić się nie da. Odwołałbym się tutaj do kwestii związanej z osiągnięciami nauki. Wspominałem już o porównaniu nauki dziewiętnastowiecznej z dzisiejszą. Otóż gdy powstała mechanika kwantowa czy teoria względności, wydawała się ona szokiem nawet dla uczonych. Wielu z nich nie było w stanie tego zaakceptować. Jest takie powiedzenie wśród fizyków, że nowe teorie akceptuje się nie przez to, że uczeni się do nich przekonują, tylko przez to, że starsze pokolenie wymiera, a dla nowych już jest wszystko w porządku.
O co chodzi? Wyobraźnia, którą fizycy też mają i bardzo się nią posługują - bardzo, bo bez wyobraźni nie się uprawiać nauki - otóż wyobraźnia też się kształci. Na początku XX wieku to, co mówiła mechanika kwantowa czy teoria względności, było nie do strawienia dla uczonych. Wielki badacz, Max Planck, od którego odkryć zaczęła się mechanika kwantowa, do końca życia starał się interpretować wszystko klasycznie, bo mu wyobraźnia przeszkadzała. A dzisiaj wyobraźnia naukowa wykształciła się do tego stopnia, że jak się przedstawia na trzecim czy którymś roku studiów fizycznych podstawy z mechaniki kwantowej, to studenci akceptują je bez większych kłopotów wyobrażeniowych.
Wyobraźnia się kształci, teologiczna także. Wielcy teologowie za czasów ojców Kościoła, a więc w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, wiedzieli, że Pan Bóg jest nieskończonością. To oni stworzyli teologię apofatyczną, ale na pewno dysponowali mniejszą wyobraźnią niż dzisiejszy mądry teolog.
W jednej ze swoich książek zastanawia się Ksiądz Profesor, “czy współczesny obraz świata wypracowany przez nauki nie nasuwa jakichś nowych interpretacji tradycyjnych prawd religijnych”. Nie odpowiedział Ksiądz wówczas na to pytanie zaznaczając, że czeka ono na odważnych, ale odpowiedzialnych badaczy. Bardzo jestem jednak ciekaw, jaka byłaby Księdza odpowiedź…
Na pewno nasuwa. I myślę, że teologowie powinni się do tego dobrać, a częściowo pewnie już zaczynają to robić. Na przykład, jesteśmy wciąż blisko okresu Wielkanocy, a więc zagadnienia śmierci i zmartwychwstania. Myślę, że tutaj nauka ma bardzo dużo do powiedzenia, a teologia powinna to uwzględnić. Śmierć jest we wszechświecie czymś naturalnym, jest wynikiem praw fizyki, na których oczywiście bazuje biologia. Chodzi tutaj głównie o prawo wzrostu entropii, a więc o to, że przemiany we wszechświecie prowadzą do tego, że wzrasta bałagan, struktury się rozpadają. A miarą tego rozpadu jest wielkość, którą w fizyce nazywa się entropią i ona zawsze rośnie. I to jest prawo fizyki. Umieramy dlatego, że entropia naszego ciała rośnie. To jest prawo termodynamiki. Kiedy wyrównują się temperatury otoczenia i ludzkiego ciała, entropia osiąga maksimum i człowiek umiera.
Religia mówi nam o zmartwychwstaniu. Jak to skonfrontować z tym, co przed chwilą powiedziałem? Wniosek jest chyba dosyć prosty, a mianowicie, że zmartwychwstanie nie może być lokalnym wydarzeniem: są zwłoki, przychodzi jakiś cudotwórca, robi jakieś znaki czy też wdycha w nie powietrze i nagle człowiek ożywa. Tak to raczej nie może wyglądać. Przezwyciężenie śmierci wymaga zrobienia czegoś z prawem entropii, czyli wymaga jakiejś globalnej interwencji. Prawo wzrostu entropii rządzi całym wszechświatem i jego przezwyciężenie musiałoby nastąpić wskutek zmiany globalnej struktury świata. I coś takiego znajduje poparcie w obrazach biblijnych. Przy końcu Apokalipsy jest wyraźnie powiedziane, że gdy Pan Bóg przychodzi powtórnie na ziemię, mówi: “oto czynię wszystko nowe”, czynię nową ziemię, nowe niebo.
Oczywiście, to, co powiedziałem może być naiwne w porównaniu z rzeczywistością, która pewnie jest jeszcze bardziej wielka, apofatycznie inna, ale to jest to, co nauka może sugerować teologom, oni zaś powinni być na takie spekulacje otwarci. Jest to bowiem otwarcie pewnych perspektyw i pokazanie małości, ograniczoności, względności naszego poznania i naszych interpretacji.
Podkreśla Ksiądz często, że rozwój nauki spełnia wobec religii funkcję pozytywną, bo pozwala ona oczyszczać treści wiary z antropomorfizowania, jak przy interpretacji Biblii czy biologicznej teorii ewolucji. Czy w codzienności polskiego Kościoła dostrzega Ksiądz jakieś “wypaczenia” w tym względzie, to znaczy, coś - przekonania czy zachowania - które byłoby przejawem niedostatecznego przefiltrowania przez naukowy, racjonalny punkt widzenia i budowały fałszywą religijność?
Odwołam się do pewnego wydarzenia. Pewien filozof, ale również uczony, miał okazję być na wiejskim odpuście w pewnym miejscu związanym z kultem maryjnym. Opuszczał to miejsce zgorszony i z przekonaniem, że to nie jest religijność, tylko czczenie jakichś bajek w zabobonny sposób. Niestety, takich ludzi jest sporo, mimo, że może nie mówią tego tak wprost i wyraźnie. Tego człowieka nauka “wyczyściła” za bardzo, poszedł w jedną stronę, mówił, że to nie tak wygląda. Był zresztą człowiekiem religijnym, ale “zgorszył” się tym, co zobaczył.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Wzrasta poziom zagrożenia. Dziesięć krajów obawia się rozprzestrzeniania się wirusa.
Poświęcona trosce o człowieka w dobie sztucznej inteligencji.