Gospodarka wojenna - biznes oparty na trwałym braku bezpieczeństwa geopolitycznego

Niewielu mówi o cenie, jaką płacą inni.

Od redakcji Wiara.pl: Czy Polacy, mając na wschodzie agresywnych sąsiadów mogą się z poniższym zgodzić? W każdym razie to ciekawe spojrzenie na rzeczywistość. 
 

Kto zyskuje, a kto traci na gospodarce nastawionej na wojnę? Ogromne zyski osiągają ci, którzy czerpią korzyści z sytuacji „systemowego” konfliktu. Największymi beneficjentami są przemysł techniki obronnej, sektor naftowy oraz przemysł zbrojeniowy. Niewielu jednak mówi o kosztach w postaci ofiar śmiertelnych, szkód dla środowiska, niestabilności stosunków międzynarodowych i ograniczenia swobód osobistych. Mówi o tym w wywiadzie dla mediów watykańskich Vittorio Pelligra, profesor ekonomii politycznej na Uniwersytecie w Cagliari.

Wojna generuje zyski i stwarza znaczne możliwości biznesowe. Korzystają na tym przede wszystkim niektóre kraje i sektory gospodarki, i to niekoniecznie te związane z szarą strefą. „Financial Times” przypomniał, że w ostatnich miesiącach, pomimo trwającego kryzysu na Bliskim Wschodzie – a może właśnie dzięki niemu – całość działalności produkcyjnej na poziomie globalnym nadal rosła w tempie przekraczającym 3 proc.  rocznie. Jednak o ile ożywienie gospodarcze, z którego korzysta gospodarka w przypadku konfliktów zbrojnych lub kryzysów różnego rodzaju, nie jest już wielką tajemnicą, to obecnie biznesem stał się strach, dzięki któremu i wokół którego kształtuje się nowy porządek świata oparty na niepewności i niestabilności. Nie jest to już coś materialnego, można by rzec, ale dobro, na którego wartość stawia się w przyszłości: swego rodzaju kontrakty terminowe, podobnie jak na rynkach finansowych, z tym jednak, że całkowicie brakuje ryzyka, które jest przecież nieodłączną cechą każdej inwestycji. Wniosek jest taki, że pokój sam w sobie nie jest już opłacalny.

„Nowa monarchia strachu”

Vittorio Pelligra, profesor ekonomii politycznej i dyrektor Centrum Nauk Behawioralnych i Statystycznych Uniwersytetu w Cagliari, ekspert w dziedzinie ekonomii obywatelskiej oraz badacz zajmujący się zastosowaniem modeli teoretycznych w dialogu z psychologią poznawczą i neuronaukami w serii swoich ostatnich wystąpień publicznych mówił o „nowej monarchii strachu”. „Dzisiaj model biznesowy podmiotów działających w tak zwanym sektorze techno-obronnym uległ głębokiej zmianie i nie opiera się już wyłącznie na produkcji uzbrojenia” – powiedział podczas wywiadu dla mediów watykańskich.

 A dzieje się tak dlatego, że nowe dominujące kryterium – nie funkcjonując już w ramach koncepcji odstraszania, „zgodnie z którą uzbrajamy się, aby wysłać potencjalnym przeciwnikom sygnał o kosztach, jakie poniosą w przypadku wywołania ataku” – jest tym, co eksperci nazywają „prewencją”, czyli swego rodzaju działaniem zapobiegawczym, w ramach którego przygotowuje się na coś, co może się wydarzyć, nawet jeśli jeszcze się nie wydarzyło i być może nigdy się nie wydarzy. W istocie należy utrzymywać stan ciągłego zagrożenia”. Właśnie w przejściu od odstraszania do prewencji „geopolityczna niepewność staje się podłożem, na którym ten rodzaj przemysłu kwitnie”, a jednocześnie czynnikiem sprzyjającym wzrostowi produkcji broni, jak również „formą kapitału, od której stajemy się zależni”. W związku z tym „cały przemysł obronny nie służy już zapewnieniu większego bezpieczeństwa”, ale rozwija się „w oparciu o stan permanentnej niepewności”, którego potrzebuje, „aby móc się rozwijać”. Powstaje „cykl przyczynowo-skutkowy”, dzięki któremu „niestabilność geopolityczna przyciąga nowe inwestycje, ale celem tych inwestycji jest utrzymanie niepewności”, mówi Pelligra.

Broń i obrona – główni beneficjenci

Zainteresowanie tym, by tak się stało, ma konkretnych adresatów. Przede wszystkim „ogromny aparat wielkich, tradycyjnych korporacji z sektora obronnego, zarówno w Europie, jak i w USA, które w ostatnich latach odzyskały nową energię. Wystarczy spojrzeć na ich notowania na giełdzie”. Według „The New York Times” w ciągu dwóch miesięcy wojny w Iranie Pentagon wydał więcej niż kwota przeznaczana co roku na amunicję, a w kolejnym budżecie federalnym Donald Trump zażądał, aby na pozycję obrony przeznaczono ogromną kwotę 1,3 biliona dolarów, co przyniesie znaczne zyski dla przemysłu zbrojeniowego. Najnowszy raport SIPRI wskazuje, że w latach 2021–2025 globalny wolumen zakupów broni wzrósł o 9,2 proc. W tym samym okresie Europa, dzięki dostawom na Ukrainę i projektom zbrojeniowym, potroiła import sprzętu wojskowego, co stanowiło 33 proc. światowej sumy, w porównaniu z 12 proc. w latach 2016–2020.

Kontrola technologiczna jako nieunikniona rzeczywistość

Istnieje też cały „ekosystem firm z branży nowych technologii, związanych z robotyką, sztuczną inteligencją oraz pozyskiwaniem i zarządzaniem danymi. Bezpieczeństwo postrzegane jest jako zdolność do przewidywania, prognozowania i reagowania z wyprzedzeniem na mniej lub bardziej realne zagrożenia”. To galaktyka, do której należą na przykład Palantir czy Anduril (ta pierwsza, dla przykładu, przedstawiła w zeszłym miesiącu raport kwartalny za początek roku, który odnotowuje wzrost przychodów o 85 proc. w porównaniu z tym samym okresem 2025 roku oraz prognozę wzrostu o 71 proc. na bieżący rok). Są to start-upy z branży hi-tech, które pracują dla wielu rządów i departamentów obrony, ale mają „cechy odróżniające je od dużych wykonawców państwowych, ponieważ wprowadzają innowacje i inwestują” tam, gdzie uważają to za najbardziej opłacalne: „Nie są one kierowane przez władze publiczne, ale to one kierują inwestycjami rządowymi i mogą liczyć na stały napływ kontraktów wartych miliardy. Ponadto należy wspomnieć, że związek między technologią a uzbrojeniem jest dziś wyraźnie teoretyzowany”.

W swojej najnowszej książce Alex Karp, dyrektor generalny firmy Palantir, „wyjaśnia przedsiębiorstwom z Doliny Krzemowej, jaki moralny obowiązek spoczywa na nich w zakresie współpracy z administracją rządową na rzecz zwiększenia bezpieczeństwa kraju” oraz obrony Zachodu przed zagrożeniami z zewnątrz. Technologia nie jest siłą neutralną, pisze Karp, ale geopolityczną i musi stać się sojusznikiem demokracji w walce z autokracjami, takimi jak Chiny, które już ją wykorzystują do umacniania swojej pozycji na świecie. Dzisiaj znaczenie mają – zgodnie z tym założeniem - nie państwa i armie, a przynajmniej nie tylko one, ale przede wszystkim algorytmy, dane, oprogramowanie i wykorzystanie sztucznej inteligencji.

„Kapitalizm nadzoru”

Jest to „kapitalizm nadzoru”, który jako jedna z pierwszych potępiła socjolog Shoshana Zuboff w swoim eseju o tym samym tytule z 2019 roku. I nieliczni są ci, którzy uważają, że świat poddany większej kontroli, w którym życie ludzi znajduje się pod lupą jakiegoś „wielkiego brata” - instytucjonalnego czy nie - może być w sumie lepszy. Od George'a Orwella po Dave'a Eggersa, literatura dystopijna przedstawiająca pesymistyczne wizje przyszłości dostarczyła niezwykłych, proroczych opowieści o tym, co dziś jest rzeczywistością, z oczywistymi zagrożeniami dla wolności osobistych i prywatności. U podstaw leży również mit, budowany przez lata, dotyczący przejrzystości za wszelką cenę. „Problem – podkreśla Pelligra – polega zawsze na tym, kto kontroluje kontrolerów. Jednak narzędzia te znajdują się w rękach nielicznych osób, które całkowicie wymykają się mechanizmom demokratycznej kontroli. Dlatego pytania „dla kogo, dlaczego i jak” przeprowadzane są określone operacje pozostają całkowicie niejasne, a debata publiczna nie jest w stanie ich uchwycić, a polityka straciła ambicję przewodzenia”. Bezpośrednią konsekwencją jest to, że „gdy `stan wyjątkowy` staje się regułą, wybór polityczny z kolei staje się zbędny: jeśli potrzeba ponownego uzbrojenia jest przedstawiana jako konieczność, nie ma już miejsca na nic innego, a obywatele nie mogą zrobić nic innego, jak tylko dostosować się do rządzących”, którzy z kolei są podporządkowani „narracji” narzuconej z zewnątrz, która „przedstawia niebezpieczeństwo jako nieuchronne i nie do wyeliminowania”. W ten sposób legitymizuje się, usprawiedliwia i akceptuje jawne naruszenia przestrzeni wolności i prywatności osobistej „dla rzekomego większego dobra”.

Niebezpieczeństwo technologii bez granic

Podsumowaniem powyższych rozważań jest myśl założyciela firmy Palantir, Petera Thiela, zgodnie z którą technologia decyduje, a polityka wykonuje. W przeciwieństwie do społecznego nauczania Kościoła, jest to triumf poglądu, że „wszystko, co jest technicznie możliwe, jest słuszne i należy to zrobić. Jest to idea postępu technologicznego, który nie może i nie powinien być regulowany, wolna od ograniczeń wynikających z zasad etycznych, moralnych, a nawet demokratycznych” – potępia profesor. Thiel twierdzi, że dzięki technologii „możliwe jest budowanie konsensusu z pominięciem wszystkich tradycyjnych procedur”.

Zyski sektora energetycznego i naftowego

Na gospodarce wojennej zyskują jednak nie tylko sektory technologiczny i obronny, ale także energetyczny: przede wszystkim surowce i ropa naftowa. Według Bloomberga operatorzy i pośrednicy na rynku ropy naftowej odnotowują najwyższe zyski od 2022 roku, czyli od czasu rosyjskiej inwazji na Ukrainę. Firmy takie jak Vitol, Trafigura, Gunvor, Mercuria Energy osiągną astronomiczne zyski, w niektórych przypadkach przekraczające 2–3 miliardy dolarów. Obecnie cena ropy Brent utrzymuje się stale powyżej 100 dolarów za baryłkę. Wśród krajów odnotowujących największe korzyści znajdują się Stany Zjednoczone i Rosja, a także inne, takie jak Indonezja (w przypadku węgla) i Norwegia. „Jeśli chodzi o Waszyngton – podkreśla – wzrost cen ropy naftowej jest konsekwencją długofalowych decyzji i tendencji, przygotowywanych z wyprzedzeniem. Polityka wierceń i szczelinowania hydraulicznego, a także odrzucenie zasad transformacji ekologicznej, były punktami programu politycznego obecnej administracji”. Zyskują na tym rafinerie, które mogą w ten sposób pozyskiwać ropę na rynku wewnętrznym lub co najwyżej importować ją z Meksyku i Kanady, a także z Wenezueli, z której pochodzenie „czarnego złota” potroiło się w ciągu ostatniego roku, według danych amerykańskiej Agencji Informacji Energetycznej (EIA). Zyskują na tym wielkie koncerny, takie jak ExxonMobil i Chevron, których akcje wzrosły o ponad 20 proc., ale także europejskie BP, Shell i TotalEnergies, które znacznie zwiększyły zyski. Moskwa czerpie natomiast korzyści z zablokowania kanału dostaw z Cieśniny Ormuz i krajów Zatoki Perskiej, dzięki złagodzeniu sankcji. „Środek ten stał się w rzeczywistości konieczny. Ale dlaczego tak się stało? Ponieważ konkretny przepływ został przerwany w wyniku jednostronnej decyzji, a mianowicie decyzji USA i Izraela o zbombardowaniu Iranu. A teraz przedstawia się to jako nieuniknioną konieczność”.

Korzyści dla giełd i akcji

Lista beneficjentów jest jednak dłuższa. Również na rynkach finansowych i giełdowych obserwuje się gwałtowny wzrost cen niektórych akcji. Indeks S&P500, który mierzy wyniki koszyka akcji 500 amerykańskich spółek o największej kapitalizacji, zyskał ponad 3 proc. w okresie od lutego do kwietnia 2026 r. (atak USA i Izraela na Iran rozpoczął się 28 lutego), odnotowując wzrost o 30 proc. w ujęciu rocznym. Wzrosty te dotknęły również dużych inwestorów. „Niepewność i strach są dla niektórych formami kapitału, które przynoszą ogromne zyski. Jednak wiele innych sektorów przemysłowych boryka się z poważnymi trudnościami”: zarówno dlatego, że dla nich obecna sytuacja stanowi bagno, w którym trudno jest planować i realizować programy, jak i „ponieważ przemysł wojenny pochłania większość dostępnych inwestycji”.

 Na kogo spadają koszty

Nigdy, a przynajmniej prawie nigdy, nie mówi się jednak o kosztach gospodarki wojennej, poza suchymi komunikatami, które z dnia na dzień podają aktualne liczby ofiar. Jednak obok tych, którzy osiągają oszałamiające zyski, są wszyscy ci, którzy ponoszą znaczne straty. „Przede wszystkim te sektory, które odczuwają trudności w znalezieniu inwestorów preferujących inwestycje w dziedzinie pokoju, transformacji energetycznej i rozwoju”. „Do tego dochodzą koszty związane z niestabilnością stosunków międzynarodowych” – dodaje Pelligra a system organizacji wielostronnych, pomimo swoich wad, przestał funkcjonować. Relacje między tymi, którzy kiedyś byli sojusznikami, wyparowały, a obecnie mamy do czynienia z logiką hobbesowską, wojny wszystkich przeciw wszystkim. Kiedyś zimna wojna opierała się na delikatnej równowadze strachu, dziś nawet ta logika, choć przewrotna, już nie istnieje i żyjemy w ciągłym zamęcie”. A to w konsekwencji „prowadzi do blokady handlu i wojen celnych jako narzędzi perswazji i odwetu”. Jest też kwestia demokracji. „Przestrzeń w debacie publicznej na niektóre tematy jest bardzo ograniczona. Gdy tylko ktoś zajmie krytyczne stanowisko w debacie, która już sama w sobie jest spolaryzowana i polaryzująca, zostaje zaszufladkowany jako przedstawiciel jednej ze skrajności. Takie podejście niweluje złożoność problemów, z którymi musimy się zmierzyć”. Wreszcie, konsekwencje dla wolności osobistych i prywatności, „która już nie istnieje i której ochrony zrezygnowaliśmy już wraz z pojawieniem się mediów społecznościowych”.

„Whatever it takes” dla dobra wspólnego

W obliczu tak problematycznej sytuacji mogłoby się wydawać, że nie ma już szans na rozwiązanie. W rzeczywistości tak nie jest – podsumowuje analityk. Pierwsza kwestia ma charakter kulturowy. W ostatnim czasie doświadczyliśmy „przekształcenia sposobu myślenia i narracji” – wyjaśnia. „Jeśli jeszcze kilka lat temu mówienie o wojnie nuklearnej było tematem tabu, to dziś zalicza się ją do możliwości. Powrócono do postrzegania odstraszania jako podstawy pokoju. Ale to nie jest pokój, to brak konfliktu oparty na strachu. Jak powiedział nam papież Leon XIV, pokój jest wynikiem całkowitej zmiany perspektywy. Należy zatem przede wszystkim pracować nad uniknięciem retoryki wojennej, która wcale nie jest normalna”. Również w miniony czwartek na Uniwersytecie La Sapienza w Rzymie Papież podkreślił, że nie można nazwać obroną tego, co jest jedynie zbrojeniem i wzbogaca elity. „Istnieje też presja, jaką obywatele mogą wywierać na przedstawicieli politycznych, na przykład w kontekście odbudowy prawdziwego sojuszu europejskiego. Sankcje nałożone przez Unię Europejską na agresywnych osadników z Zachodniego Brzegu to mały sygnał: choć nie są one zbyt znaczące pod względem ilościowym, mają jednak duże znaczenie polityczne”. Wreszcie, jako konsumenci „zawsze mamy możliwość głosowania portfelem, kierując nasze inwestycje i zakupy w stronę wyborów etycznych” – podsumowuje Pelligra. Krótko mówiąc, cokolwiek trzeba, by nie stracić nadziei, ponownie postawić w centrum ochronę wolności osobistych, sprawiedliwość i dobro wspólne oraz przywrócić polityce rolę, która jej się należy.

tom, Vatican News

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11