„Myślę, że Pan Bóg ma poczucie humoru i chyba czasem się uśmiecha, słuchając rozmaitych modlitw czy praktyk religijnych i to zarówno ludzi najprostszych, jak i wyrafinowanych teologów” – mówi filozof i kosmolog.
Światu zagraża irracjonalność, a teraz jesteśmy w punkcie zwrotnym – podkreśla w rozmowie z KAI ks. prof. Michał Heller, dodając, że nauka i religia mogą się zjednoczyć w obronie racjonalności. „Myślę, że Pan Bóg ma poczucie humoru i chyba czasem się uśmiecha, słuchając rozmaitych modlitw czy praktyk religijnych i to zarówno ludzi najprostszych, jak i wyrafinowanych teologów” – mówi filozof i kosmolog.
W obszernej rozmowie ks. Heller odnosi się też m.in. do hipotez mówiących o nieskończonej liczbie wszechświatów oraz o tym, jakie konsekwencje dla teologów oraz religijności i wiary człowieka mogłoby mieć takie odkrycie. Odpowiada też na pytanie o to, czy współczesny świat przeżywa dziejowy regres i o perspektywy wykorzystania sztucznej inteligencji. Ponadto dzieli się refleksjami o współczesnym Kościele w Polsce oraz zdradza, co... chciałby robić w wieczności.
„Wszystko, co wiemy o Panu Bogu, jeśli widzimy Go we właściwych proporcjach - ja i nieskończoność - można porównać, wyobrażając sobie perspektywę mrówki, która usiłuje ocenić postępowanie człowieka” – zauważa uczony.
Tomasz Królak (KAI): “Komu przybędzie wiedzy, przybędzie boleści” - powiada Kohelet. Jest coś na rzeczy?
Ks. prof. Michał Heller: Pierwszy komentarz, jaki nasuwa mi się po usłyszeniu tej myśli, bardzo skądinąd pięknej, to taki, że wśród ludzi o usposobieniu hurraoptymistycznym, zwłaszcza religijnych (ale płytko religijnych), dominuje przekonanie, że wszystko zawsze jest wspaniale, a Pan Bóg wszystkiemu zaradzi.
Niewątpliwie, gdy wiedzy trochę przybywa - wiedzy o świecie, a zatem wiedzy naukowej, ale i wiedzy teologicznej - to wówczas ów tani optymizm okazuje się zbyt tani. Wtedy on odchodzi, a przybywa cierpienia. Poza tym, gdy się więcej wie - podkreślam: nie tylko chodzi o wiedzę naukową, świecką, ale również, a nawet może jeszcze bardziej, teologiczną - to nasuwa się więcej pytań, więcej wątpliwości, a każde pytanie, na które nie ma wprost oczywistej odpowiedzi, każdy problem do rozwiązania, przysparza cierpienia władzom poznawczym człowieka.
Chciałbym jednak niejako zrównoważyć ten cytat inną myślą. Otóż jeden z wielkich filozofów, Hume, powiedział, że ignorancja jest cierpieniem umysłu. A więc niejako odwrotnie - i to też jest bardzo głęboka prawda. Z tym cierpieniem jest tak, jak z nieuświadomioną chorobą: wówczas jest jeszcze groźniejsza, bo się jej nie leczy. Wydaje mi się, że to jest jeden z ważnych problemów dzisiejszego świata w ogóle: ignorancja, która jest cierpieniem umysłu.
Kohelet przestrzega, że “pisaniu wielu ksiąg nie ma końca”, a i to - podobnie jak wszystko - jest “marność nad marnościami”. Można to chyba rozumieć i tak, że próbując rozwiązać jakiś problem, człowiek odkrywa kolejne pytania i w gruncie rzeczy skazuje się na dożywotnie i nigdy niezaspokojone poszukiwania. Czy ta świadomość jest dla Księdza jakoś dojmująca?
To dość skomplikowany problem, bo filozofia nauki miesza się tu z psychologią człowieka. Kohelet powtarza, że “wszystko jest marność”. Rzeczywiście, jeżeli popatrzymy na otaczający nas świat, łącznie z nauką i porównamy to na przykład z wiecznością czy z nieskończonością Bożą, to wydaje się to malutkie i marne.
Zapytał pan, czy osobiście miałem odczucie, że im więcej się poznaje, tym wzrasta rodzaj niepokoju. To prawda, że im więcej się wie, to tym więcej pytań w człowieku się rodzi.
Często wyobrażam sobie, że całość ludzkiej wiedzy naukowej - być może włącznie z wiedzą filozoficzną - można porównać do koła: to, co wiemy znajduje się w jego wnętrzu; to, czego nie wiemy jest na zewnątrz, a obwód tego koła to linia, gdzie się nasza wiedza styka z niewiedzą - a więc to są pytania, które z wnętrza wiedzy kierujemy do tego, co nie wiemy. Ten obraz jest dość dobrą metaforą. Uzmysławia on, że tego, czego nie wiemy - a więc to, co pozostaje na zewnątrz - jest dużo więcej, to jest wręcz nieskończone. To zaś, co jest wewnątrz, jest ograniczone tymi pytaniami. Wyobraźmy sobie teraz, że nasza wiedza pęcznieje i rośnie. Wówczas koło się powiększa, ale jednocześnie obwód się robi większy, czyli pytań przybywa. To, że rozrasta się to, czego nie wiemy, jednych może boleć, ale drudzy się cieszą, że otwierają się nowe horyzonty.
Przyznam, że raczej nie miewam jakichś negatywnych odczuć, konfrontując się z naukowymi pytaniami, na które nie ma odpowiedzi. Te horyzonty mnie wzywają, co budzi we mnie raczej filozoficzną zadumę, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu.
Co innego, że niekiedy zauważam - ale do tego nie trzeba nierozwiązanych pytań nauki, wystarczą dawno już rozwiązane problemy, z którymi się konfrontuję, usiłując je zrozumieć - że brak mi wiedzy. I to czasem boli. Bo człowiek jest zarozumiały i chciałby wszystko wiedzieć, dysponować środkami do rozwiązywania wszystkich problemów, tymczasem tak nie jest. Nasza wiedza pozostaje bardzo ograniczona. Z natury rzeczy nie możemy przeczytać wszystkich książek, ani rozwiązać wszystkich problemów, a z wiekiem coraz bardziej dają o sobie znać ograniczenia wynikające właśnie z upływania czasu, zwłaszcza zapominanie. Niekiedy trzeba się uczyć na nowo czegoś, co już dawniej było przyswojone.
Są to więc skomplikowane zagadnienia, ale ogólnie rzecz biorąc, przynajmniej dla mnie, ta przygoda z myśleniem jest przygodą bardzo pozytywną, chociaż wymaga trudu, czasem cierpienia w potocznym tego słowa znaczeniu. Przy pracy naukowej szybciej niż kiedy indziej przychodzi zmęczenie. Można je odczuwać jako rodzaj cierpienia, swojego rodzaju przemijającej choroby (bo jak się wypocznie to przemija).
W pięknej książce “Siedem ważnych słów”, złożonej z rozmów jakie przeprowadził z Księdzem Wojciech Bonowicz, jest mowa m.in. o zmieniającym się w poszczególnych epokach obrazie Boga. Można chyba powiedzieć, że na przestrzeni wieków próbujemy się do Niego zbliżyć, ale pomimo postępu w naukach przyrodniczych i rozwoju teologii jesteśmy niewolnikami swoich czasów. Czy nie uważa Ksiądz, że może to skłaniać do pokory, ale też przysparzać cierpienia?
Po prostu z definicji jesteśmy więźniami czasu i nie tylko w nauce, ale we wszystkim: w tym jak się ubieramy, co robimy na co dzień, jak się leczymy, co myślimy. Zwłaszcza teraz, kiedy mamy do dyspozycji media społecznościowe, jesteśmy niewolnikami tego, co tam ktoś inny nadaje. Chociażbyśmy nie wiem jak się przed tym bronili, to wciska się to jakoś do naszego umysłu. Najskuteczniejszym środkiem przeciwko temu, bo całkowicie zabezpieczyć się nie da, jest po prostu świadomość zagrożeń.
Nie tak dawno ludzie sądzili, że to, co wiedzą, jest już ostateczne. Dobrym tego przykładem jest nauka w XIX wieku. Od czasów Newtona nastąpił ogromny postęp, nauki przyrodnicze bardzo się rozwinęły i ludzie w XIX wieku trochę wbili się w pychę: już wszystko wiemy, w zasadzie pozostaje tylko dopracowanie paru szczegółów, musimy zmierzyć pewne wielkości fizyczne do iluś tam miejsc po przecinku, bo już tylko tym nauka będzie mogła się zajmować, ponieważ wszystkie zasadnicze prawa nauki są już odkryte. Na tym polegała zarozumiałość XIX wieku. A pochodną filozoficzną tej zarozumiałości był pozytywizm z jego przekonaniem, że oprócz tego, co się da zmierzyć i co wiemy na pewno z nauk przyrodniczych, wszystko inne jest bez sensu. A potem, na przełomie XIX i XX wieku, nastąpiła rewolucja i w nauce, w fizyce wszystko się zmieniło: przyszła teoria względności, mechanika kwantowa, nauki poszły naprzód. Ale ten XIX-wieczny, mechanistyczny obraz świata całkiem się jednak nie zdezaktualizował. Jego wyraźne ślady do dziś pokutują wśród ludzi.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Przypomnienie o wielkim jasnogórskim zawierzeniu papieża z Polski.
Jaką będzie udzielenie święceń biskupich bez mandatu papieskiego.