Cud św. Faustyny

Pił, ćpał, a pewnego ranka obudził się na śmietniku… W więzieniu zaczął czytać Biblię i powoli wewnętrznie się zmieniać. Grzegorz Czerwicki, dziś szczęśliwy mąż i tata, dzielił się w płockiej parafii na Górkach swoim świadectwem, które opisał w książce "Nie jesteś skazany".

Grzegorz Czerwicki obecnie i wewnętrznie, i zewnętrznie nie przypomina osoby, którą był jeszcze kilka lat temu - człowieka, który spędził 12 lat za kratkami i nie widział nadziei. Dziś o Bogu mówi "Przyjaciel". "Przyjaźni się" też ze św. s. Faustyną, bo to ona dokonała w jego życiu wielkiego cudu. Ma swojego kierownika duchowego. Pracuje w wydawnictwie RTCK (Rób To, Co Kochasz) i opowiada o swojej drodze z totalnej ciemności do światła, m.in. podczas spotkań w zakładach karnych.

Tę drogę spoza krat opisał dość dokładnie w książce, którą pomogła mu zredagować żona, Renata. W kolejne dwie niedziele maja tę niezwykłą biografię można było kupić w płockiej parafii św. Maksymiliana Kolbego, u misjonarzy klaretynów, gdzie jej autor gościł z inicjatywy Centrum Psychologiczno-Pastoralnego "Metanoia" w Płocku. Dochód ze sprzedaży książki "Nie jesteś skazany" będzie przeznaczony na leczenie pochodzącego z naszej diecezji Macieja Nowickiego, młodego mężczyzny chorego na mukowiscydozę i przekazany na konto www.siepomaga.pl/maciej-nowicki. Panowie się nie znali, ale Maciej, tak jak Grzegorz jest młodym tatą dwulatka. W ten sposób jeden tata wspiera drugiego tatę.

Sam Grzegorz Czerwicki zostawił płocczanom również mocne przesłanie nadziei, że Bóg ratuje z najgorszej ciemności. U niego ciemność zaczęła się w domu rodzinnym, gdzie przede wszystkim brakowało wzoru prawdziwego ojca. Nie było okazywanej sobie miłości, był za to alkohol. - Nie miałem na czym budować swojego poczucia wartości. Ojciec był alkoholikiem, często ciągnął mnie po melinach. Gdy już byłem nastolatkiem, dowiedziałem się, że został potrącony przez samochód. Ale ja miałem w sobie tyle nienawiści, złości do niego, tyle braku przebaczenia i obwiniania o wszystko, co się w życiu naszej rodziny stało, że nawet nie poszedłem na jego pogrzeb - opowiadał wczoraj podczas spotkań w parafii u ojców klaretynów.

Nałóg alkoholowy zaczął w jego rodzinie zataczać coraz szersze kręgi. Dziś wspomina, że w jego życiu brakowało wsparcia, prawdziwej rodziny. Po prostu - normalności. - Nie wiedziałem nawet, jaka jest ta normalność, choć o niej marzyłem. Pragnąłem, żeby mnie ktoś przytulił, powiedział, że mnie kocha, żebym miał przyjaciela - przyznał. Dlatego zaczął od najmłodszych lat wsiąkać w świat przestępstw, kradzieży, pornografii, alkoholu i coraz cięższych narkotyków.

Jasnym punktem w tamtym czasie w jego życiu były narodziny jego siostry. Jednak, z powodu sytuacji rodzinnej, dziewczynka trafiła do adopcji. Grzegorz, jak wspominał, był wtedy w więzieniu, gdzie trafił po raz pierwszy w wieku 18 lat. - Pamiętam moją siostrę, która miała 3 lata, jak przyjechała z mamą do mnie na widzenie. Pamiętam, jaką miała w oczach radość, jak bawiłem się z nią na podłodze. Jak się do mnie uśmiechała, przytulała. Dotykała mojego palca swoim paluszkiem i mówiła: "Gogo". Mama powiedziała wtedy, że jest źle, że się wszystko sypie, że nie mają pieniędzy. Już wiedziałem, co się może stać. Wróciłem pod celę i byłem totalnie załamany. Po pewnym czasie dowiedziałem się, że siostra została odebrana mamie i jej partnerowi i trafiła do adopcji. Myślałem, że jej nigdy nie zobaczę - opowiadał Grzegorz Czerwicki, który w swojej książce opisuje też, że po 15 latach, cudem, "niczym w brazylijskiej telenoweli" doszło do spotkania z utraconą siostrą.

O więzieniu, szczególnie pierwszej odsiadce, gdzie doświadczył znęcania fizycznego i psychicznego od współwięźniów, mówił, że tam poczuł, czym jest prawdziwa samotność. Pamięta dobrze moment, gdy już po tej pierwszej odsiadce, "na wolności", w wieku 24 lat, obudził się pewnego ranka w śmietniku. - W tamtym momencie przypomniałem sobie moją babcię, którą często obrażałem, a która była bardzo pobożna, i zacząłem wołać: "Panie Boże mojej babci! Musi się coś zmienić w moim życiu, bo jak nie, to umrę". To była moja pierwsza modlitwa, ale to jeszcze był "Bóg mojej babci", nie mój. Ale potem o tym zapomniałem. Wróciłem do zakładu karnego, za napad z bronią w ręku - opowiadał.

Paradoksalnie, to właśnie tam, dzięki koledze ateiście, z którym rozmawiał o tym, czego pragnął jako dziecko: o przyjaźni, nadziei, miłości, zaczęła się jego droga do przemiany. To kolega ateista podsunął mu pomysł czytania Biblii. Zdobył ją od innego więźnia, za dwa papierosy. - Zacząłem poznawać życie Jezusa, kim był, do kogo wychodził. Ja to wszystko brałem do siebie. Pamiętam sytuację z paralitykiem, którego kumple przynieśli do Jezusa, a On uzdrowił go i kazał zabierać nosze i zmykać do domu. Pomyślałem: "Ja też tak chcę. Ja chcę być wolny". Tu, w głowie - mówił.

Po drugim przeczytaniu Ewangelii zrozumiał, że najpierw trzeba poukładać to, co ma się w sercu. Przebaczyć sobie, a potem bliskim. - Zaplanowałem, że jak wyjdę, to pojadę na grób ojca i poproszę o przebaczenie - wspominał Grzegorz podczas wczorajszego spotkania w Płocku. W więzieni "założył" kółko różańcowe - po prostu, gdy modlił się na różańcu, z czasem zaczęli do niego dołączać inni więźniowie. W więzieniu też przystąpił, po 21 latach, do spowiedzi św. Po wyjściu rozpoczął nowe życie. Na rekolekcjach ignacjańskich poznał dziewczynę - Renatę, która dziś jest jego żoną. - Dzisiaj wszystko robimy razem. Czasem się kłócimy, spieramy, ale nie zostawiamy tego, tylko pokazujemy Kubie, że potrafimy się też pogodzić - mówił.

Dla Grzegorza Czerwickiego mały synek, Kubuś jest dziś często największym motywatorem do modlitwy. - On mi pokazuje: "tata tak…", że mam klęknąć. I ja, mimo że jestem wieczorem zmęczony, klękam razem z nim - dzielił się podczas wczorajszych spotkań w Płocku.

Wspomniał też o "cudzie św. Faustyny" w swoim życiu, o którym szerzej opowiada w książce. Już po nawróceniu, założeniu rodziny, przekonał się, że tę drogę zawdzięcza modlitwie swojej babci, mamy taty. To ona, gdy był za kratkami, w poczuciu całkowitego opuszczenia, przychodziła pod więzienie i modliła się za wnuka. Gdy spotkał ją po latach, na 4 miesiące przed jej śmiercią, babcia pokazał mu duży medalik z wizerunkiem św. Faustyny, do której modliła się nieustannie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10