Jak własną rodzinę

xwl

Krynki i Lampedusa. Oddalone od siebie przeszło dwa tysiące kilometrów punkty graniczne. Mimo to bliskie. Skalą problemu, ludzkich reakcji, stawianymi uczestnikom dramatu wyzwaniami.

Dramatu. Bo mimo wszelkich politycznych i biznesowych kontekstów, w tle zawsze będzie dramat konkretnego człowieka. Bez względu na to, czy ucieka przed politycznymi represjami, za chlebem, czy po prostu w poszukiwaniu lepszego świata. Każda z tych trzech kategorii ląduje na Lampedusie lub staje przed płotem z drutu kolczastego. Na każdej z tych trzech kategorii ktoś próbuje zarobić. Ktoś, to znaczy konkretnie politycy i handlarze. Czasem pierwsi są drugimi. Jedni i drudzy tak samo bezwzględni. Gotowi terroryzować wojskiem, niszczyć łodzie na morzu, wywozić do lasu. Dla jednych zyskiem są rosnące słupki poparcia. Dla drugich tysiące dolarów w kieszeni.

Przed kilkoma laty Jarosław Mikołajewski odwiedził Lampedusę. Owocem spotkania z mieszkańcami wyspy była książka „Wielki przypływ”. W jednym z końcowych rozdziałów autor zamieszcza rozmowę z proboszczem tamtejszej parafii. Don Mimmo, pytany, co mówi mieszkańcom wyspy, odpowiada: „Mówię im, że to, co teraz się dzieje, to dla nich wielka szansa (…) Że ci ludzie z Afryki przychodzą, żeby powiedzieć nam, jak nas odbierają, kim dla nich jesteśmy. I po to, żebyśmy sprawdzili, czy znajdujemy w sobie tę łaskę, którą oni w nas dostrzegają, i czy potrafimy jej sprostać. Kiedy ludzie milionami uciekają z Afryki do Europy, mówią nam, że dla nich jesteśmy bogaci i szczęśliwi. Inaczej by się tu nie zjawiali (…) I tutaj, żeby skonfrontować się z tymi ludźmi, zanim odpowiemy sobie na ich pytanie, musimy odpowiedzieć na inne. Na to, które zadał święty Jan Chrzciciel, kiedy spotkał Jezusa: czy ty jesteś Tym, który ma przyjść, czy też innego mamy oczekiwać?...

Tyle proboszcz, którego pierwszym duszpasterskim zadaniem był pochówek trzystu sześćdziesięciu sześciu ofiar katastrofy, jaka miała miejsce zaledwie osiemset metrów od brzegu wyspy, 3 października 2013 roku. A jej mieszkańcy?

Kilka lat później Matteo Salvini postanowił zadbać o Włochów za pomocą słynnych dekretów o bezpieczeństwie. W czasie ich obowiązywania zamknięto porty dla statków, ratujących na Morzu Śródziemnym rozbitków. W przestrzeni publicznej zaczęto mówić o największym współczesnym cmentarzu Europy. Redakcja Avvenire wysłała na wyspę reportera. Pytał, czy mimo to są ratowani i przybywają na wyspę uchodźcy. „Nie jesteśmy mordercami. Jesteśmy rybakami” – usłyszał w odpowiedzi. W tym samym czasie prezydent Włoch, Sergio Mattarella, rozmawiał o nowym prawie ze studentami w Neapolu. Gdy ci zauważyli, że dekrety o bezpieczeństwie są po prostu nieludzkie, głowa państwa zauważyła: „na całe szczęście mamy jeszcze konstytucję”.

Nieludzkimi dekretami nie przejmowali się zbytnio mieszkańcy Lampedusy. Wędrujący po wyspie dziennikarze zauważyli sporą dziurę w ogrodzeniu ośrodka (nie obozu!), w którym migranci oczekują na załatwienie formalności. Publiczna tajemnica. Dziura służy przede wszystkim najmłodszym gościom tego miejsca. Wychodzą nią, by pograć w piłkę ze swoimi rówieśnikami. Od tego zaczyna się trudna integracja.

Wbrew tego, co myśli wielu, integracja uchodźców nie jest wymysłem Franciszka. O jej roli pisał w Orędziu z 2005 roku święty Jan Paweł II. Odwołując się do opublikowanej w Watykanie Instrukcji „Erga migrantes caritas Christi” (3.04.2004) papież zauważył, że „integracja nie jest asymilacją, prowadzącą do stłumienia lub zapomnienia własnej tożsamości kulturowej. Kontakt z drugim prowadzi raczej do odkrycia jego ‘tajemnicy’, do otwarcia się na niego, do zaakceptowania jego ważnych aspektów i tym samym do lepszego poznania każdego z przybywających (…) W naszych dotkniętych globalną migracją społeczeństwach konieczne jest poszukiwanie równowagi między poszanowaniem własnej tożsamości a uznaniem tożsamości innych. Niezbędne jest bowiem uznanie słusznego pluralizmu kultur obecnego w kraju, zgodnie z ochroną porządku, od którego zależy pokój społeczny i wolność obywateli. W rzeczywistości musimy wykluczyć zarówno modele asymilacyjne, mające tendencje do kopiowania samych siebie, jak i modele marginalizacji migrantów, których podstawy mogą sięgać nawet wyboru apartheidu” .

W tym kontekście łatwiej zrozumieć wczorajszą odpowiedź Prymasa Polski, abpa Wojciecha Polaka, na apel skierowany do niego przez grupę polskich lekarzy, w którym pisze między innym: „Fakt, że uchodźcy są tak brutalnie wykorzystywani w walce politycznej nie zwalnia nas i nigdy nie może zwolnić z myślenia o nich jako o naszych siostrach i braciach. Jestem przekonany, że zachowując prawo i obowiązek państwowych granic, troszcząc się o wspólne bezpieczeństwo, jesteśmy w stanie nieść pomoc  migrantom, którzy znaleźli się w dramatycznej sytuacji. Dlatego nawiązując do Państwa apelu, pragnę przypomnieć o wynikającym właśnie z godności ludzkiej prawie każdego człowieka do uzyskania niezbędnej pomocy medycznej. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której chory i cierpiący byłby tego pozbawiony. Proszę, aby żadna ze stron o tym nie zapominała”.  

Wróćmy na Lampedusę. Don Mimmo do Jarosława Mikołajewskiego: „Kiedy myślimy o przybyszach mających inny kolor skóry, inną religię, inne obyczaje, którzy do naszych problemów dorzucają własne, a przy tym wyrywają nas ze świętego spokoju, łatwo jest myśleć o nich z nieprzyjaźnią. A kiedy widzisz tonącą matkę z dzieckiem na rękach, nie masz w sobie miejsca na rasizm. Stajesz się nimi. Współczujesz, czyli czujesz tak samo jak oni. Ratujesz ich jak własną rodzinę”.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11