Dzieci „gorszego Boga”

I państwo, i Kościół w Kanadzie mają z czego robić rachunek sumienia w kwestii traktowania rdzennej ludności. Tyle że ten proces trwa już od wielu lat. Tymczasem medialna burza i płonące kościoły sprawiają wrażenie, jak gdyby Kanadyjczycy dopiero teraz zaczęli… „odkrywać Amerykę”.

Medialna burza wywołana informacjami o odkryciu „masowych grobów” dzieci indiańskich ze szkół rezydencjalnych, prowadzonych m.in. przez misjonarzy, spowodowała pożar, którego można było uniknąć.

Winnych brak?

Nie dlatego bynajmniej, że temat należy „wyciszyć”. Przeciwnie, bolesne rany domagają się nazwania po imieniu, by mogło dokonać się narodowe pojednanie. Tyle tylko, że w zalewie informacji o nowych odkryciach grobów (nie żadnych masowych, tylko pojedynczych, choć nieoznaczonych) można było usłyszeć na przemian kłamstwa i półprawdy. I choć odpowiedzialność za krzywdy wyrządzone dzieciom w tych szkołach spada zarówno na wspólnoty wyznaniowe, jak i na państwo, to w ostatnich tygodniach nastąpiła próba zrzucenia całej odpowiedzialności głównie na Kościół katolicki, w czym przodował premier Kanady Justin Trudeau. Co jest o tyle zadziwiające, że jeszcze w 2015 roku ten sam polityk zaakceptował państwowy raport Komisji Prawdy i Pojednania, z którego jasno wynika, że odpowiedzialność państwa kanadyjskiego za warunki panujące w szkołach rezydencjalnych i za sam system, w oparciu o który funkcjonowały, jest co najmniej taka sama (a z lektury wynika, że może nawet większa) jak zarządzających szkołami misjonarzy. Nie chodzi jednak o wyliczanie procentowo, kto bardziej, a kto mniej zawinił – krzywda dzieci pozostaje krzywdą niezależnie od okoliczności. Jeśli jednak Kanadyjczykom zależy na wyjściu z tej traumy, muszą zgodzić się na oparte na faktach – a nie półprawdach – wyjaśnienie całego kontekstu tej ciążącej nad nimi historii. Spróbujmy zatem uporządkować to, co naprawdę wydarzyło się „nie tak dawno temu na Dzikim Zachodzie”.

Celowe działanie państwa

Mówimy o ramach czasowych między drugą połową XIX wieku a rokiem 1996, a więc o wydarzeniach rozciągniętych na ponad 100 lat. Wiadomo, że w tym okresie w szkołach rezydencjalnych zostało umieszczonych (często przymusowo, na skutek odebrania rodzicom) ponad 150 tys. dzieci rdzennych mieszkańców Kanady. W sumie w 130 placówkach. Były to szkoły państwowe, ale w ok. 60 proc. z nich nadzór sprawowały różne organizacje i wspólnoty misyjne Kościoła katolickiego, pozostałymi zaś zarządzały wspólnoty protestanckie.

Idea przymusowej edukacji Indian kanadyjskich została opracowana przez rząd i to państwo również odpowiadało za finanse, a tym samym warunki panujące w szkołach. We wspomnianym raporcie Komisji Prawdy i Pojednania z 2015 roku autorzy piszą wprost, że „szkoły rezydencjalne zostały stworzone w celu oddzielenia dzieci aborygeńskich od ich rodzin w celu zminimalizowania i osłabienia więzi rodzinnych i powiązań kulturowych oraz indoktrynacji dzieci w duchu nowej kultury”. Wyjaśnijmy od razu, że terminem „aborygeni” określa się generalnie ludy rdzenne w różnych regionach świata (pisownię Aborygeni stosuje się zaś do ludów Australii), i wprawdzie w raporcie ten termin występuje, lecz zazwyczaj poprawność polityczna preferuje używanie terminu „First Nations” (Pierwsze Narody), choć sami zainteresowani nie mają nic przeciwko nazywaniu ich aborygenami czy Indianami. W raporcie, na potrzeby którego przesłuchano aż 6000 świadków, w tym osoby, które przeżyły pobyt w tych szkołach, przykuwa uwagę jeszcze mocniejsze sformułowanie odpowiedzialności państwa za charakter szkół rezydencjalnych: „Przez ponad sto lat głównym celem polityki Kanady wobec aborygenów było wyeliminowanie aborygeńskich rządów, ignorowanie praw aborygenów; proces asymilacji miał spowodować, że ludy aborygeńskie przestaną istnieć jako odrębne podmioty prawne, społeczne, kulturalne, religijne i rasowe w Kanadzie. Zakładanie i prowadzenie szkół z internatem było centralnym elementem tej polityki, którą najlepiej można opisać jako »ludobójstwo kulturowe« (…), czyli zniszczenie tych struktur i praktyk, które pozwalają grupie trwać jako grupa (…). I, co najważniejsze w omawianym problemie, rodziny są rozdzielane, aby zapobiec przekazywaniu wartości kulturowych i tożsamości z pokolenia na pokolenie”.

Współudział Kościoła

Trzeba przyznać, że raport jest dość surowy wobec własnego państwa – i pewnie można by dyskutować, czy nie jest to nieco naiwna próba zakwestionowania wszystkiego, co wniosła kultura europejska na ziemie dzisiejszej Kanady. Ale im dalej z lekturą, tym bardziej widać, że to cywilizowanie odbywało się z pogwałceniem godności tych, którzy mieszkali na tych ziemiach „od zawsze” (dotyczy to m.in. łamanych przez kanadyjskie rządy umów z rdzennymi plemionami dotyczących ziemi itp.). W tym kontekście trzeba też spojrzeć na działalność misjonarzy, którzy de facto stali się wykonawcami projektu rządu mającego na celu stworzenie „nowych Kanadyjczyków”. – Trzeba założyć, że w punkcie wyjścia była dobra wola, chęć przekazania wiedzy i wiary, bo przecież ci misjonarze opuszczali swoje kraje i przybywali na nowe ziemie, gdzie poświęcali całe życie tamtejszym ludziom, choć ich działania nie zawsze były najszczęśliwsze. Oblaci w Kanadzie stoją dziś na stanowisku, że te szkoły nigdy nie powinny były istnieć w takim kształcie, a przynajmniej Kościół nie powinien był się angażować w ich prowadzenie, kiedy już zobaczył, że dochodzi do nadużyć, szczególnie do znęcania się nad dziećmi czy różnego rodzaju wykorzystywania. Cała sprawa wygląda bardzo źle. Wypada nam tylko bić się w piersi, choć to nie nasze pokolenie jest za to bezpośrednio odpowiedzialne – mówi o. Andrzej Jastrzębski OMI, profesor na Uniwersytecie św. Pawła w Ottawie.

W stolicy Kanady również znajduje się siedziba kanadyjskiej prowincji Misjonarzy Oblatów Maryi Niepokalanej. Zgromadzenie założone w 1816 roku przez św. Eugeniusza de Mazenoda we francuskim Aix-en-Provence do Kanady przybyło już w 1841 roku. Misjonarze bardzo szybko zaangażowali się w pracę m.in. w szkołach rezydencjalnych i wkrótce to oblaci zarządzali większością tych placówek, które prowadził Kościół katolicki (48 z 80). – Wtedy państwo i Kościoły były ze sobą w bardzo bliskich relacjach, wielokrotnie państwo musiało opierać się na misjonarzach. Misja była często jedyną formą cywilizacji, tutaj zaś mieliśmy ludzi wędrujących po wielkich obszarach. Stąd odbierano im dzieci, często na siłę, po to, aby umieścić je w szkołach. I tego nie da się usprawiedliwić. Po ustaleniach komisji były wypłacane odszkodowania, oblaci i inne zgromadzenia i Kościoły też się składały na to, żeby chociaż w symboliczny sposób wynagrodzić cierpienia tym, którzy jeszcze żyją, a przeszli przez te szkoły. Chcemy pojednania, prawdy, sprawiedliwości, a niestety ostatnio rozwijana narracja medialna przedstawia nasze działania jako zbiorowe morderstwo – dodaje o. Jastrzębski.

Ofiary bez imion

I tu trzeba się na chwilę zatrzymać. Media obiegły bowiem informacje, że odkryto „masowe groby” indiańskich dzieci. Po pierwsze – nic na razie nie wiadomo o „masowych grobach”, rozumianych jako miejsca w ziemi, do których miano by wrzucać (!) ciała dzieci, które zmarły w niewyjaśnionych okolicznościach. Odkryte groby to miejsca pochówku pojedynczych osób – tyle że (i to należy wyjaśnić) nieoznaczone, bez nazwisk, imion i śladów upamiętnienia na przykład krzyżem. Pierwsze pytanie – co było przyczyną śmierci tych dzieci, drugie – dlaczego nie są to groby oznaczone, choć to nie mieści się w tradycji Kościoła.

Jeśli chodzi o przyczyny śmierci, to z ustaleń wynika, że ok. 50 proc. zgonów miała miejsce na skutek gruźlicy, pozostałe dzieci umierały na inne choroby, które w tamtym czasie (mówimy głównie o XIX i początku XX wieku) dziesiątkowały ludność, a także z powodu niedożywienia, niedogrzania itp. Mówimy o mieszkaniu w warunkach, w których brakowało ubrań, żywności i lekarstw. I tu z pewnością wina leży po stronie państwa – po wspomnianym już raporcie rząd przyznał się do tego, że nie przekazywał wystarczająco dużo środków na te szkoły, że dzieci były stłoczone w dużych salach, niedożywione, niedogrzane, źle ubrane. Misjonarze również padali ofiarami tych chorób, również przymierali głodem, ale jednocześnie – i to przyznają dzisiaj oblaci – ich groby się zachowały, są oznaczone, z nazwiskami. Dlaczego tak samo nie postąpiono z pochówkami dzieci? Możliwe, że były na ich grobach jakieś drewniane krzyże, ale pożary i inne nawałnice mogły je zniszczyć i później nikt już o nie nie dbał.

Na czym polega „nowość” informacji o odkrytych grobach? Nowością jest liczba odkrytych szczątków. Do tej pory znaleziono 1148 grobów, ale mówi się, że może ich być nawet 3200. Nowością jest to, że potwierdzają się przekonania Indian, że dotychczasowe dane były niepełne. Na przykład przy szkole w Kamloops dotąd oficjalnie było pochowanych 51 dzieci, teraz okazało się, że jest ich co najmniej 215. – Indianie prosili, by rząd wyasygnował pieniądze na badania radarem ziemnym. Chcieli wiedzieć, czy ich przekaz o większej liczbie pochowanych dzieci jest prawdziwy. Nie potraktowano ich poważnie. My też jako zgromadzenie nie mogliśmy nic zrobić, bo tych szkół od dawna już nie prowadzimy. Indianie sami zorganizowali pieniądze, przeprowadzili badania i to był dla wielu szok, że tych ciał rzeczywiście jest więcej niż w oficjalnych danych – ciągnie opowieść o. Andrzej.

„Byliśmy naiwni”

Oblaci kanadyjscy, ale też inne zgromadzenia katolickie i wspólnoty protestanckie, zrobili już wiele, by chociaż symbolicznie zadośćuczynić ofiarom tamtego systemu. W lipcu 1991 roku w obecności mediów i ok. 20 tys. rdzennych mieszkańców Kanady w Lac Ste. Anne na dorocznej pielgrzymce przełożeni kanadyjskiej prowincji oblatów przeprosili Indian „za pewne aspekty ich misyjnej obecności i posługi”. Już wtedy wychodziły na jaw różne formy przemocy, której dopuszczano się w tych szkołach, ale misjonarze przeprosili również za coś innego: „Przepraszamy za rolę, jaką odegraliśmy w kulturowym, etnicznym, językowym i religijnym imperializmie, który był częścią mentalności, z którą narody Europy przybywały do rdzennych ludów i która legła u podstaw sposobu traktowania rdzennych mieszkańców Kanady przez władze cywilne i kościelne. Byliśmy, naiwnie, częścią tej mentalności i często odgrywaliśmy w tym kluczową rolę” (przeprosiny do dziś można znaleźć na stronie internetowej misjonarzy).

Nie jest to bynajmniej przepraszanie za ewangelizację – przeciwnie, to raczej uznanie, że głoszenie Ewangelii nie może się odbywać na siłę i z całkowitym odrzuceniem kultury ludzi, którym jest ona głoszona. – Nasi misjonarze ciągle są z tymi ludźmi, wielu z nich to bardzo wierzący katolicy. Ale Indianie kanadyjscy są dziś tak samo dotknięci sekularyzacją jak całe społeczeństwo. Wszyscy mają telewizję, internet, nie są odizolowani. Jednak nawet jeśli więcej świątyń spłonie, nie znaczy to, że rezerwaty odrzucają Kościół – mówi o. Jastrzębski (warto zaznaczyć, że liderzy tych wspólnot potępili ataki na kościoły). W całej tej burzy medialnej trzeba dodać, że w Kanadzie szkoły katolickie ciągle są bardzo popularne, a nawet uznawane jako lepsze od publicznych (poza Quebekiem, gdzie od lat 60. istnieje całkowite oddzielenie państwa od Kościoła, także w wymiarze edukacji). Kanadyjczycy potrzebują pojednania i uzdrowienia pamięci. Nie pomoże w tym wzajemne przerzucanie odpowiedzialności za niechlubną przeszłość. I państwo, i Kościół powinny wspólnie znaleźć drogę, która przyniesie pokój zainteresowanym.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9