Tępawa brzytwa Ockhama

Uznać, że istnieją dwa światy to głupota, a uznać, że istnieje ich nieskończenie wiele to mądrość?

Oj, nie spodobał się niektórym czytelnikom mój ostatni komentarz. Nie spodobałby się też pewnie wielu innym, podobnie myślącym, ale - na moje szczęście - nie przeczytali go :) Nie spodobał się, bo cud wydaje mi się możliwy. Nie spodobał się, bo naukowiec, który twierdzi, że coś co było Hostią zamieniło się w mięsień musi być pseudonaukowcem: nie ma innego wyjścia, taka przemiana nie jest przecież możliwa. A ja? Cóż... Nie dziwię się. Przecież ten sposób myślenia jest w zasadzie dość powszechny. Sam na przykład nie bardzo wierzę „naocznym świadkom“, którzy twierdzą, że widzieli UFO.

Komu jednak bardziej wierzyć? Naukowcom, którzy owe tajemnicze skrawki materii badali i wiedząc, na co się w swoim środowisku narażają, powiedzieli co powiedzieli, czy tym, którzy nie mając z nimi do czynienia, zakwestionowali wyniki badań kolegów? „Nie mieści się w głowie“ to dość słaby merytorycznie argument. Podobnie zresztą jak argument, że „mieści się w głowie“. Często zresztą używany w naszej publicznej przestrzeni. Dzięki niemu najpodlejsze nawet oskarżenia pod adresem bliźnich stają się (pseudo)faktami.

Tak naprawdę wszyscy mamy tendencję do uznania za prawdę tego, co nam pasuje. Konsekwentnie zaś odrzucamy to wszystko, co tę nasza uporządkowaną wizję świata burzy. Ot, w światopoglądowych dyskusjach na temat istnienia Boga przeciwnicy poglądu, że istnieje, dość często powoływali się na tzw „brzytwę Ockhama". Zacny ów filozof sformułował zasadę, która każe preferować prostsze rozwiązania problematycznych zagadnień, a za podejrzane uznawać te, które sprawy komplikują. Jej echem jest znana w nauce zasada „elegancji“. Czyli jeśli np. jakieś równanie matematyczne jest „ładniejsze“, „zgrabniejsze“, to lepiej takiego użyć do opisania rzeczywistości, niż czegoś koszmarnie skomplikowanego. E=mc2 jest „ładne“, prawda? Bóg wobec takich pięknych równań nie mógł przejść obojętnie - twierdził jeden ze znanych nowożytnych naukowców.

Ową „brzytwę Ockhama“ stosowano więc w światopoglądowych dyskusjach i twierdzono (i twierdzi się nadal), że Bóg jest „niepotrzebną hipotezą“; że świat, jego istnienie, kierujące nim prawa, wystarczająco dobrze można wytłumaczyć odwołując się tylko do materii; nie potrzeba do tego istnienia świata duchów, Boga. Zawsze zastanawiałem się, jak można przy tym ignorować pytanie, dlaczego ten materialny świat istnieje, choć równie dobrze mógłby nie istnieć; przecież tego, że nie ma wielkiego nic, a istnieje świat, nie da się wytłumaczyć prawami natury. Szybko jednak odkryłem, że to pytanie przez zwolenników materialistycznej wizji świata jest albo ignorowane, albo problem wyjaśnia się właśnie szukając rozwiązań koszmarnie wszystko komplikujących.

Wiadomo na przykład, że wyewoluowanie pierwotnej materii do świata w takiej formie, w jakiej go dziś znamy, jest skrajnie nieprawdopodobne (pisałem o tym w artykułach z cyklu „Dla pytających o uzasadnienie wiary w Boga“). I na poziomie fizyki i chemii i biologii istnieje tyle różnych „nieprawdopodobności“, czyli skrajnie mało prawdopodobnych możliwości, które jednak w tym świecie zostały zrealizowane, że ich zsumowanie prowadzi do stwierdzenia, że ten świat nie miał prawa powstać. Na podstawie tego co wiemy dziś o mechanizmach rządzących światem materii nieożywionej i ożywionej to skrajnie nieprawdopodobne. Jak „materialiści“ poradzili sobie z tym problemem?

Odpowiedzią jest teoria „wieloświatów“. Istnieje nieskończenie wiele różnych wszechświatów, więc to, że w jednym - naszym - te wszystkie możliwości zostały zrealizowane, nie jest niczym nadzwyczajnym. Istnieje zresztą też (nieskończenie) wiele światów do naszego podobnych - twierdzą. Zapominając dodać, że także nieskończenie wiele światów „niefunkcjonujących“, w których z powodu niespełnienia któregoś z tych mało prawdopodobnych warunków nie doszło albo do powstania życia albo w ogóle gwiazd i planet. Rozwiązanie - każdy to przyzna - bardzo mało eleganckie. I zastępujące stwierdzenie o istnieniu świata  materii i świata duchowego (jedno jest nam znane, drugie nie) stwierdzeniem o nieskończonej ilości światów, z których znamy jeden, a nieskończona ich liczba jest nam nieznana.

Fantazja ta popularyzowana jest zresztą w kulturze - bohaterowie powieści czy filmów nieraz przez różne bramy przechodzą do innych światów. Dlaczego mieści się to ludziom w głowie, a za niemożliwe uznają przemianę Hostii w Ciało? Dlaczego tylu nie ma oporów przed powtarzaniem „niemożliwe, żebyśmy w kosmosie byli sami“, choć nie ma na to żadnych dowodów, a za bajkę uznają zmartwychwstanie Jezusa, który to fakt - prawda że bardzo dawno temu - widziała całkiem spora grupa świadków?

Złośliwi twierdzą, że gdyby 2x2 równało się nie 4, ale „żyj dobrze“ wielu taką oczywistość by kwestionowało. I chyba tak to właśnie jest. Nie przeszkadzają nam nawet najbardziej nieprawdopodobne pomysły, gdy nie zmuszają nas do zmiany życia. Więcej nawet" kochamy je, bo są uzasadnieniem, dlaczego można żyć jak się chce: Bóg chrześcijan jest tylko hipotezą, jedną z wielu na dodatek. No cóż wolni jesteśmy. Możemy wybierać jak chcemy. Tylko nie wmawiajmy sobie, że to podejście naukowe....

 

 

 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9