Przejście przez most

O przywracaniu strapionych do życia z dr. Jackiem Kurkiem rozmawia Jacek Dziedzina.

Jacek Dziedzina: Życie wywraca się do góry nogami, a ktoś, klepiąc nas po ramieniu, mówi: „Nic się nie martw, wszystko będzie dobrze”. Nie drażni to Pana?
Jacek Kurek: – W bezradności wobec cierpienia wykonujemy, najczęściej zresztą w dobrej woli, najrozmaitsze gesty, które są trochę jak zaklinanie rzeczywistości: czuję, że coś powinienem powiedzieć, ale nie bardzo wiem co. Ja staram się unikać takich gestów. Oduczyłem się mówienia, że będzie dobrze.

A co Pan mówi?
– Byłem raz na pogrzebie ojca swojej byłej uczennicy. Stałem daleko od tłumu, nawet nie byłem pewny, czy ona mnie widzi. W pewnym momencie dziewczyna otwarła ten tłum ramionami, podbiegła do mnie i rzuciła mi się na szyję. I to było wszystko.

Ja jej nic nie powiedziałem i ona mi nic nie powiedziała. Człowiek szuka obecności. Dawniej zamiast słowa „obecność” w języku polskim używano pojęcia „przytomność”. I ja, ku zdumieniu moich znajomych, używam często tego słowa: „przecież w mojej przytomności brałeś tę książkę”. Przytomność zakłada, że ja jestem świadom tej obecnej chwili. Obecność nie jest zajmowaniem miejsca. Obecność nie jest koniecznością nieustannego jej zaznaczania, nie jest poklepywaniem po ramieniu i powtarzaniem: „będzie dobrze”, „damy radę”. Obecność-przytomność najczęściej wydarza się bez słów.

Nawet najbardziej współczujący towarzysz czyjegoś cierpienia nie jest w stanie zrozumieć bólu drugiego. Czy w gruncie rzeczy nie jesteśmy skazani na samotność w sytuacjach granicznych?
– Mój ból jest tylko moim bólem, to prawda. Ale prawdą jest również to, że człowiek bardzo często nie jest w stanie unieść swojego cierpienia sam. Człowiek pod wpływem cierpienia może utracić wiarę, nadzieję i zwątpić w miłość. I tym, który nie pozwoli mu wówczas zgubić Boga z horyzontu, może być tylko drugi człowiek. Czy to dlatego, że o tym przypomni, czy poniekąd sam „przejmie” Jego funkcje. Jestem z tobą, czyli nie jesteś sam, a z nami jest jeszcze Ktoś. Trędowaci, widząc dookoła siebie zdrowe ciała, wiedzieli, że są sami, że nikt ich nie zrozumie. I dlatego w „Ukrzyżowaniu Chrystusa” z ołtarza z Isenheim Matthias Grünewald dał Jezusowi ciało trędowatego. I chorzy, dla których malowany był ten obraz, zobaczyli, że sami nie są.

Przy chorzowskim hospicjum współtworzy Pan Centrum Afir-macji Życia. W miejscu kojarzonym z „umieralnią” powstaje… „pocieszalnia”. To celowa prowokacja?
– Tak, to jest na swój sposób prowokacja. Ktoś powie: jak mówić o afirmacji życia, kiedy widzimy tu życie, które przegrywa? Tyle że w hospicjum życie nie przegrywa! To nie jest miejsce, w którym się umiera, tylko w którym życie trwa do końca. W tym życiu dzieje się jeszcze mnóstwo rzeczy. Ludzie przyjmują chrzest, spowiadają się po 20 latach, zdarza się, że wychodzą za mąż i żenią się. Ludzie podejmują swoje codzienne decyzje. Wolontariusz idzie w piątek wysłać totolotka dla jednego z chorych. Bo on przez 40 lat wysyłał, więc dlaczego dzisiaj ma nie wysłać? Potem rozmawiają. Życie zwycięża tam także dlatego, że ci ludzie nie są sami. Afirmacja życia jest potrzebna zwłaszcza tam, gdzie wiara w sens życia jest zagrożona, gdzie ono okazuje się najbardziej kruche. Nawet jeśli w takich miejscach trudniej jest zachwycić się życiem niż podczas koncertu Mszy h-moll Bacha, kiedy wszyscy jesteśmy podekscytowani pięknem i rozlewa się ono w nas życiodajnym blaskiem. Ale ja mogę płakać ze wzruszenia i na koncercie, i dotykając piękna w hospicjum. Poza tym uważam, że nie trzeba oddzielać tych rzeczy. Dlatego chcemy, żeby w centrum odbywały się nie tylko spotkania z psychologami i duchownymi, ale też wykłady ze sztuki, wieczory z poezją, muzyką. W gruncie rzeczy żałoba to owoc utraty nie tylko kogoś najbliższego, ale także ważnej wartości, np. wiary, nadziei, wolności. Naród polski wielokrotnie był w żałobie wobec utraty ojczyzny…

Myśli Pan, że ludzie, którzy przeżywają odchodzenie bliskich, będą chcieli słuchać kawałków Barclay James Harvest czy wykładów o światłocieniach Rembrandta?
– To propozycja dla tych, których bliscy już odeszli. Wielu z nich przychodzi do hospicjum na comiesięczną Mszę za swoich zmarłych. I widać wyraźnie, że byłoby dobrze, gdyby mogli przyjść jeszcze przy innych okazjach. Chodzi o to, żeby osoby zmagające się z problemem żałoby mogły znaleźć przestrzeń, w której uczyłyby się ją przeżywać. Ja celowo nie używam słowa „przezwyciężać”, bo nie można przezwyciężyć żałoby. Trzeba ją przeżyć i znaleźć w sobie, w otoczeniu wszystko to, co pomaga powrócić do życia.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9