Świat powinien się zmienić? A może zmienić powinienem się ja sam?
Już piąty dzień czerwca. Wczorajsza rocznica przeszła prawie niezauważona. Prawda, nie jakaś okrągła. Trzydziesta siódma. A może powodem tego jest to, że z tą naszą wolnością nie tak różowo, jak jeszcze kilka lat temu? Gdy śpiewam „Boże coś Polskę” zmieniam już ostatnią frazę. Na „W Ojczyźnie wolność racz nam wrócić, Panie”... Bo póki co...
A może nie celebrujemy tej wczorajszej rocznicy, bo mieliśmy ważniejszą uroczystość? Fakt, ważną tylko dla katolików. Wolne jednak było „demokratyczne”. Dla katolików, dla wierzących inaczej i dla niewierzących. Kolejne wolne, kolejne „święto grilla”....
Zirytował mnie wczoraj wpis pewnego człowieka w mediach społecznościowych. „Jestem tolerancyjny” – pochwalił się. „Jestem tolerancyjny, ale” – dodał. Ale co? Nie podobały mu się procesje Bożego Ciała. Ateiści nie organizują takich manifestacji – przekonany o moralnej wyższości takich jak on sklerotycznie stwierdził. A może nie sklerotycznie, bo „takich” rzeczywiście nie. Ateiści do spółki z mało konsekwentnymi katolikami nad „białe” wolą „czarne marsze”. I zamiast śpiewów wielbiących Chrystusa ukrytego w Najświętszym sakramencie wolą krzyczeć „wyp...”. Najbardziej zirytował mnie jednak ten fragment jego wpisu, w którym skarżył się, jak to dzieci (jego?) muszą słuchać zachęty do... kanibalizmu. Taki światły racjonalista niby, a wiedząc, że w praktyce katolicy jedzą kawałek niekwaszonego chleba (dla niego to przecież nic więcej) nagle gada, jakby wierzył, że faktycznie jedzą ludzkie ciało... Ateista niekonsekwentny znaczy się. W poszukiwaniu kija na katolików nagle staje się częściowo wierzący...
Nie przepadam za ostentacją w okazywaniu wiary. Nie wstydzę się jej, nie mam np. oporów, by pomodlić się przed jedzeniem w jakieś publicznej jadłodajni. W ciszy oczywiście, ale żegnając się dwa razy. Mam jednak opory przed kłuciem innych swoją wiarą w oczy. Przed wymuszaniem na innych jakieś reakcji na demonstracje religijności. Tyle że w procesjach Bożego Ciała tego nie widzę. Te, w których niemal co roku uczestniczę, nie są „demonstracjami”, mającymi coś pokazać niewierzącym (choć nie wykluczam, że gdzieś tak może być). Są po prostu publicznym czczeniem Jezusa. I są dla mnie – proszę wybaczę, że to może niezbyt poprawne teologiczne – pokazywaniem Chrystusowi tego świata, w którym na co dzień żyjemy. Z prośbą, by wszystkim – i wierzącym i niewierzącym – błogosławił. Pola, warsztaty pracy.... I to przeszkadza? Przeszkadza, że w ten wolny od pracy dzień, katolicy przejdą się ulicami zostawiając po sobie płatki kwiatów?
Dziwna ta „tolerancja ale”. W zasadzie niczym nie różniąca się od zamordyzmu. Przecież najgorszy nawet despota nie ma nic przeciwko temu, by ludzie robili to, co on chce, prawda?
Grunt to samozadowolenie. Nieobce i wierzącym, także katolikom. No cóż... A rekolekcjonista, którego niedawno słuchałem powiedział, że działanie Ducha Świętego rozpoznajemy po pokorze. I mocno mi się wydaje, że miał rację.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Nadal rośnie liczba diecezji, w których nie pojawi się żaden nowy prezbiter.