Chrześcijanie mają szczególne zadanie – przemienić naturalne uczucie gniewu w odwagę

Arcybiskup większy kijowsko-halicki i zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego Światosław Szewczuk w wywiadzie dla ukraińskiego portalu HB.

 „Nie możesz powstrzymać swoich emocji, gdy widzisz młodego chłopca z przestrzelonym tyłem głowy. No jak? Czy trzeba mieć serce z kamienia, aby inaczej zareagować na tę zbrodnię. Myślę jednak, że my, chrześcijanie, mamy szczególne zadanie: naturalne uczucie gniewu, dzięki Bożej mocy i modlitwie, przekształcić w odwagę. . . Odwaga nie polega na tym, że natychmiast kogoś znienawidzisz i pobijesz. Odważny człowiek jest tym, który wie, jak wygrać, który wie, jak przetrwać” – powiedział arcybiskup większy kijowsko-halicki i zwierzchnik Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego Światosław Szewczuk w wywiadzie dla ukraińskiego portalu HB.

HB: W ubiegłym tygodniu Ukraińcy byli oburzeni opublikowanym przez Watykan scenariuszem Drogi Krzyżowej, w którym Ukrainka i Rosjanka miały nieść krzyż razem do jednej ze stacji. Reakcję społeczeństwa ukraińskiego na to przekazał Watykanowi nuncjusz apostolski na Ukrainie, a także Ksiądz Arcybiskup za pośrednictwem sekretarza stanu Stolicy Apostolskiej. Mimo to odbyła się Droga Krzyżowa z tym symbolem "pojednania" narodów. Co Ksiądz Arcybiskup sądzi o decyzji Watykanu?

Światosław Szewczuk: Było to dla nas zaskoczeniem. Być może także reakcja zarówno grekokatolików, rzymskich katolików, jak i ukraińskiego społeczeństwa i państwa była nieoczekiwana dla Watykanu. Oczywiście, zaczęliśmy intensywnie komunikować się w ciągu ostatniego tygodnia z różnymi strukturami watykańskimi. Okazało się, że tego typu wydarzenia są przygotowywane z dużym wyprzedzeniem. Tekst rozważań i idea Drogi Krzyżowej zostały przygotowane i napisane przed rozpoczęciem wojny rosyjsko-ukraińskiej. Oczywiście, gdyby te teksty i gesty były nam znane przed wojną, zareagowalibyśmy na nie w nieco inny sposób.

Ale kiedy zobaczyliśmy to w kontekście tej gorącej fazy wojny, po tych wszystkich strasznych faktach ludobójstwa na naszym narodzie, po tym, jak odwiedziłem nasze miasta i wsie, które były pod krótkotrwałą, ale morderczą okupacją, stało się dla mnie jasne, że coś jest nie tak. I zaczęliśmy się bardzo intensywnie komunikować i próbować coś zmieniać. Coś się udało się zmienić, a coś nie.

HB: Ale najważniejszą rzeczą, która stanęła w centrum dyskusji w ukraińskim społeczeństwie, jest kwestia samej idei pojednania. Czy ten pomysł w ogóle może mieć miejsce? Jak możemy dziś mówić o pojednaniu? Jeśli nie dzisiaj, to kiedy?

- Przede wszystkim chcę powiedzieć, że sama idea pojednania jako takiego należy do sedna wiary chrześcijańskiej. Krzyż jest symbolem pojednania między Bogiem a człowiekiem. I stąd przychodzi pojednanie między ludźmi. Apostoł Paweł powiedział, że za podstawową misję swojej apostolskiej pracy kaznodziejskiej uważa głoszenie pojednania między Bogiem a człowiekiem. Dlatego idei pojednania jako takiej, my, chrześcijanie, nie możemy odrzucić.

Ale rozumiemy, że jeśli chodzi o pojednanie, w szczególności w kontekście wojny, otwartej agresji Rosji na Ukrainę, to naprawdę chodzi o pojednanie nie między niektórymi ideami, dobrymi życzeniami, ale między żywymi poranionymi ludźmi. I ten pomysł jest bardzo delikatny. Nadużywanie go może przynieść zupełnie odwrotny skutek – ludzie odrzucą sam pomysł jako taki, a to doprowadzi do nieodwracalnych konsekwencji. Dlatego bardzo ważne jest, abyśmy wyjaśnili sobie, światu, nawet teologom watykańskim czy liturgistom, że pojednanie między ludźmi jest długotrwałym procesem gojenia się ran. Aby się to zaczęło, konieczne są pewne warunki.

Pierwszą rzeczą jest przestać nas zabijać. Nie możesz mówić o leczeniu ran, gdy wróg bezlitośnie je ci zadaje. Aby się podnieść, musisz żyć. Nazwałem więc ten pomysł przedwczesnym, nie złym czy fałszywym, ale przedwczesnym. Bo na taką, że tak powiem, nagrodę w przyszłości wszyscy musimy bardzo ciężko pracować. Dlatego dzisiaj nie możemy dyskutować o gestach czy innych wymownych aktach pojednania, zwłaszcza między narodami ukraińskim i rosyjskim, a nawet myśleć o nich emocjonalnie.

Drugim punktem, bez którego nie będzie początku pojednania, jest osądzenie przestępcy. To sprawiedliwość dla ofiary. Na przykład nie byłoby pojednania z narodami polskim i niemieckim, które zostało zainicjowane przez episkopat katolicki w latach 1960., gdyby nie odbyły się procesy norymberskie, gdyby nazizm jako ideologia nie został potępiony, gdyby naprawdę nie było takiego nawrócenia w łonie narodu niemieckiego po II wojnie światowej.

W naszej sytuacji jakikolwiek początek dialogu na temat pojednania między Ukraińcami i Rosjanami może nastąpić tylko wtedy, gdy odbędą się procesy norymberskie tej morderczej ideologii, która została uznana za podręcznik ludobójstwa na Ukraińcach przez oficjalne publikacje Rosji, w szczególności RIA Novosti. Nie można mówić o sprawiedliwości, chyba że toczy się proces karny.

Tak więc w procesie pojednania być może będziemy musieli najpierw pomodlić się o to, a pewnego dnia może nawet mieć odwagę o tym pomyśleć. Ale dzisiaj nie możemy czynić gestów pojednania, ponieważ je fałszujemy, one będą fałszywe. Być może jest to interesujący idealizm liturgistów, którzy chcieliby mieć znak w imię "pojednajmy się wszyscy". Ale dla ludzi, którzy są ofiarami tej nieludzkiej, krwawej, ludobójczej wojny, ten rodzaj gestu jest bardzo obraźliwy i bolesny. I to właśnie powiedziałem otwarcie.

HB: Dlaczego Ukraina nie została w pełni wysłuchana przez Watykan?

– Ten gest obu kobiet pozostał w procesji Drogi Krzyżowej. Najwyraźniej nie można go było całkowicie znieść, ponieważ zostało już ogłoszone, a społeczeństwo próbowało zobaczyć, kim były te kobiety. Myślę, że reakcja społeczeństwa ukraińskiego pokazała, że nie mogą one reprezentować całego narodu i państwa. Być może naprawdę chodzi o przyjaźń dwóch osób, które już dawno opuściły swoje kraje (jedna – Rosję, druga – Ukrainę) i pracują razem, komunikują się. Ale ich prywatna osobista przyjaźń nie może stać się symbolem wyimaginowanej, upragnionej przyjaźni między narodami. Oznacza to, że istnieje taka różnica, i trzeba było o tym pamiętać. Tak zinterpretowałbym gest, który wszyscy wtedy widzieli. Był to gest osób prywatnych, które nie reprezentowały ani narodu, Kościoła ani państwa.

HB: Nie są to jedyne działania Stolicy Apostolskiej, które powodują nieporozumienia. Na przykład 17 kwietnia papież przyznał, że Ukraina jest ofiarą "szalonej wojny, w którą została zaangażowana". Nie było jednak żadnej wzmianki o inwazji Rosji na Ukrainę. Jak wytłumaczyć takie niejasne stwierdzenia?

– Jeśli prześledzimy osobistą retorykę, język, terminologię Papieża od początku wojny – to widzimy pewną ewolucję. I to jest dobre. Ponieważ jest pewien ruch, zmiana. Powiedziałbym, że to ewolucja w kierunku Ukrainy.

Na przykład Rosja twierdzi, że nie ma wojny. Za to słowo ktoś może zostać uwięziony w Rosji. A Papież powiedział: nie ma specjalnej operacji, jest szalona wojna, która jest klęską ludzkości, szaleństwem. Użył nawet słowa „świętokradztwo”. Kolejnym bardzo mocnym elementem jest to, że widzieliśmy, kogo Papież obwinia za tę wojnę. Oprócz opowiadania o ofierze - Ukraińcach, którzy zostali niesłusznie zaatakowani, okazuje osobiste gesty i współczucie. Pamiętacie, jak podniósł flagę Buczy, ucałował ją i wzywał do nieustannej modlitwy za Ukrainę?

Wracając z Malty, udzielając wywiadów dziennikarzom, Papież wymienił wszystko, co Watykan próbował zrobić dla Ukrainy w ciągu tych kilku tygodni: misję dwóch kardynałów, wezwanie i pewne działania w celu przyjęcia naszych uchodźców. Papież poszedł dalej i powiedział, kto jest sprawcą tej wojny. Chociaż nie wymienił z nazwiska: w Europie Wschodniej jest ktoś, kto grozi światu III wojną światową i rozpoczął wojnę z Ukrainą. Wszyscy zrozumieliśmy, o kim mowa, chociaż ty i ja chcielibyśmy usłyszeć, kto to dokładnie jest. Ponieważ wszyscy znamy imię ofiary. Chcę usłyszeć nazwisko przestępcy.

Być może ewolucja w tym kierunku nadal będzie postępować. Chciałbym jednak powiedzieć, że Stolica Apostolska stara się obecnie być ponad stronami konfliktu. To po to, aby być pośrednikiem, pomostem między nimi. Jest to cecha dyplomacji watykańskiej: tylko wtedy, gdy strona watykańska jest ponad konfliktem, może być pośrednikiem między obiema stronami. I to jest często używane dzisiaj dla ratowania życia Ukraińców. W szczególności mówimy o prośbie o zorganizowanie korytarzy humanitarnych. Teraz jest prośba o uratowanie Mariupola. Nawiasem mówiąc, rozmawiamy o tym od 55 dni. I były już różne inicjatywy dyplomatyczne w kierunku Rosji w celu odblokowania tego miasta i ratowania ludzi. Powiedziałbym, że już odczuwamy owoce takiego podejścia.

Ale bycie ponad stronami konfliktu czasami wiąże ręce Kościoła w jego proroczym głosie. Ponieważ głos wskazujący na przestępcę jest proroczy. A tego proroczego głosu trochę nam brakuje. Ale w tym wszystkim my, biskupi Ukrainy, mamy okazję być tym proroczym głosem, aby jasno i zgodnie z prawdą mówić, kto jest przestępcą, a kto ofiarą. Mam nadzieję, że ta ewolucja retoryki i wypowiedzi Papieża będzie kontynuowana w kierunku stanowiska strony ukraińskiej i kiedyś zbrodniarz zostanie wyraźnie potępiony.

HB: Jakie są dziś perspektywy wizyty Papieża na Ukrainie? Czy nadal jest ona tak pożądana?

– Myślę, że taka wizyta byłaby bardzo przydatna dla Ukrainy. My w Kijowie jesteśmy bardzo szczęśliwi, kiedy wracają ambasady do Kijowa. Oznacza to, że społeczność międzynarodowa i jej dyplomaci zaczynają coraz bardziej wierzyć, że Ukraina wygra. Takie wsparcie jest dla nas bardzo ważne. Wizyta papieża na Ukrainie byłaby oznaką kolosalnej uwagi całego świata. Po drugie, wsparcia i solidarności. Papież w końcu stanąłby po stronie Ukrainy. Nawet bez słów i stwierdzeń. Wiemy, że czasami ten Papież nie mówi zbyt zręcznie. Bo nie jest kimś, kto dużo mówi. Wyraża to gestami. To jest jego sposób komunikowania się, jego sposób wyrażania swoich myśli i postaw. Zapewnił mnie w listopadzie ubiegłego roku, że chce przyjechać na Ukrainę. Oczywiście ten pomysł nabiera teraz innego kontekstu.

Już podczas wywiadu z Papieżem w samolocie (podczas powrotu z Malty) również został o to zapytany przez dziennikarzy. Powiedział tak, ma tę wizytę na swoim biurku. Oznacza to, że pracują nad tym bardzo poważnie. Nikt nie włożył tego do szuflady ani pod obrus. Ale o ile rozumiem, ostateczna decyzja nie została jeszcze podjęta. Papież powiedział o tym prezydentowi Ukrainy Wołodymyrowi Zełenskiemu podczas ostatniej rozmowy telefonicznej. Ponieważ zarówno państwo, jak i my pracujemy nad tym, aby ta wizyta się odbyła. Musimy więc nad tym popracować, pomodlić się o to, a potem musimy zwyciężyć. Jeśli wygramy na polu bitwy w Donbasie, to wszystko będzie: odbudujemy nasze miasta i wsie, a Papież na pewno przyjedzie na Ukrainę.

HB: Jaka jest rola Kościoła w dzisiejszej wojnie?

- Zadaję sobie to pytanie każdego dnia. Słowo "wojna" jest również bardzo niejednoznaczne. Istnieją różne wojny i ich etapy, różne przejawy, różne formy. Dlatego nie ma jednoznacznej odpowiedzi na wszystkie przypadki wojny. Podzielę się z wami nie tylko kilkoma pomysłami, ale także doświadczeniem, które dziś mamy. Kiedy pierwsze rakiety poleciały na Kijów rankiem 24 lutego, czy wiecie, co zaczęliśmy robić spontanicznie? Wszyscy nasi biskupi, księża, czy to w Kijowie, Charkowie, Czernihowie, Sumach, Odessie czy Zaporożu, wszyscy pospieszyli, by ratować ludzkie życie. Wszystko inne zostało podporządkowane temu imperatywowi - ratowaniu i ukazywaniu wartości ludzkiego życia.

Wraz z rozwojem wydarzeń warunkowo podzieliliśmy różne sytuacje, okoliczności i terytorium Ukrainy na trzy strefy. Pierwsza - aktywne działania wojenne. Potem wkroczył w to Kijów i region. Reakcja i konkretne rzeczy, które należało tu zrobić, różniły się od tego, co wydarzyło się na zachodniej Ukrainie. Druga strefa sąsiaduje z miejscami, w których toczą się walki. A trzecia - spokojniejsze centralne i zachodnie regiony Ukrainy.

I w każdej strefie my, jako Kościół, działaliśmy inaczej. W strefie działań wojennych jednogłośnie postanowiono pozostać na miejscu, być ze swoim narodem. Byliśmy tam i pomagaliśmy innym. Staraliśmy się wyposażyć schrony przeciwlotnicze, nakarmić tych ludzi, ubrać i dostarczyć niezbędną pomoc. Ale jednocześnie pomóc tym ludziom, którzy chcą się przenieść - transport, porady, kontakty i tak dalej. Ustanowiliśmy logistykę dostarczania pomocy humanitarnej do tych gorących punktów.

Na terenie przylegającym do gorących punktów stworzyliśmy centra logistyczne i centra pomocy uchodźcom, którzy są w drodze. Na przykład w pierwszych tygodniach jedyną drogą życia, z której korzystały miliony ze wschodu na zachód, była droga z Humania do Winnicy i dalej do Chmielnickiego (ponieważ zamknięto autostradę kijowsko-żytomierską). Trasa nie była przystosowana do jednoczesnego ruchu tak wielu osób. Z Humania do Chmielnickiego lub Lwowa można było dostać się w co najmniej 27 godzin. Wyobraź sobie masę ludzi, którzy są w drodze przez te wszystkie dni! A potem próbowaliśmy pomóc zatankować samochód, nakarmić tych ludzi, ogrzać ich, ubrać. Kiedy ktoś chciał, stwarzaliśmy mu możliwość spędzenia nocy.

Z drugiej strony zrobiliśmy wszystko, co możliwe, aby umożliwić przemieszczanie się ciężarówek z zachodu na wschód. Zdarzały się sytuacje, w których kierowcy czasami nie mieli odwagi ruszyć dalej na wschód – docierali na południe obwodu kijowskiego, żytomierskiego, czy winnickiego. A potem konieczne było rozładowanie tego dużego ładunku na mniejsze samochody i skierowanie ich po polnych drogach tam, gdzie było to najbardziej potrzebne. To była ogromna praca. Takie centra logistyczne sprawdziły się. Odwiedzałem je, byłem po prostu zdumiony pomysłowością naszych kapłanów, a także wielką aktywnością wolontariuszy. Bez wolontariuszy i spontanicznej reakcji ludzi z różnych Kościołów, którzy włączyli się w misję naszego Kościoła, trudno byłoby to wszystko zrobić.

A trzecia strefa to spokojniejsza Zachodnia Ukraina, która gościła uchodźców. Trzeba było ich gdzieś umieścić, znaleźć dach nad głową, zapewnić warunki, w szczególności dla kobiet i dzieci.

We wszystkich trzech strefach nasz Kościół szybko się zorganizował. Musieliśmy przestawić się na naprawdę wojenne tory naszych działań.

HB: Jak wygląda sytuacja wspólnot UKGK na terenach czasowo okupowanych? Jak traktują ich najeźdźcy?

- Nie chcę wam tego mówić i nie mogę tego zrobić dla bezpieczeństwa tych ludzi. Ale powiem, że staramy się utrzymywać kontakty ze wszystkimi kapłanami. Dzięki Bogu wszyscy żyją. Szukamy sposobu, aby im pomóc. Nikt nie opuścił swojego miejsca służby.

Jestem naprawdę dumny z naszych kapłanów w Chersoniu. Wspaniała Czarnobajówka znajduje się 7 km od ich klasztoru. Jestem naprawdę dumny z naszych kapłanów w Melitopolu i innych miastach, które zostały zajęte na południu Ukrainy. Tak, są wzywani do rozmowy, tak, są odwiedzani i tak dalej. Ale nadal służą, karmią ludzi, są dla ludzi prawie jedynym wsparciem i przewodnikiem w tych trudnych czasach.

Moim osobnym bólem jest Mariupol. Nasz ksiądz w Mariupolu był jednym z ostatnich, którzy wyjechał korytarzem humanitarnym. A w zeszłym tygodniu nasz dom Caritas w Mariupolu został ostrzelany przez czołg i zginęły dwie osoby. Czyli Caritas Ukraina, jako kościelna struktura pomocy, nawet w tak ekstremalnych warunkach pracowała tam do końca. Nie jesteśmy teraz w pełni poinformowani. Możliwe, że placówka humanitarnej służby Kościoła jest nadal sparaliżowana. Ale robimy, co w naszej mocy.

Co do terytoriów, które były okupowane, ale zostały już oczyszczone, wspomnę tylko o dwóch ośrodkach. Czernihów, gdzie nasi ojcowie redemptoryści i księża żyli nieustannie pod bombami z naszym ludem. Dzięki Bogu, że wszyscy są bezpieczni i zdrowi. W końcu Czernihów był pod okupacją taktyczną. Były chwile, kiedy nie mogliśmy się z nimi skontaktować, ponieważ nie było światła ani ciepła. Ten czas jednak bohatersko przeżyli.

Jednak szczególnie symbolicznym przypadkiem jest nasz ksiądz w Sławutyczu i jego żona. Tak się o niego martwiłem, tak bardzo się o niego modliłem! Był taki moment, kiedy zdołał przebić się ze Sławutycza z naszym wojskiem do Kijowa po pomoc humanitarną. Widziałem go tutaj, w katedrze patriarchalnej. Powiedział, że niestety nie może teraz szybko wrócić, bo wjechały rosyjskie czołgi, a droga, którą jechał, była już zamknięta. Towarzyszył mu wysoki rangą oficer, któremu powiedziałem: „Panie oficerze, ratuj mi tego księdza. Bo wszystko będzie - czołgi, domy, ale takiego faceta już nie będę miał.” A potem udali się do oblężonego miasta. Jego ciężarna żona przeżyła początki okupacji, a potem w ciemnym, zimnym szpitalu położniczym przy świecach urodziła swoje trzecie dziecko. To jak sakrament wielkanocny. Był taki moment, kiedy do Sławutycza jeszcze wkroczyły wojska rosyjskie. Natychmiast do niego dzwonię i pytam: „Co robisz?” Mówi: „Stoję z ludźmi z krzyżem przed rosyjskim czołgiem”. Wyobraźcie sobie! Łzy napływają mi do oczu. I Sławutycz wytrwał.

HB: Nadużycia, jakich Rosja dopuszcza się wobec Ukraińców, wywołują wśród wielu nienawiść i pragnienie zemsty. A od takiej reakcji nie są wolni chrześcijanie, których Kościół naucza, że jest to grzech. Czy to normalne mieć takie uczucia w tej chwili?

- W tych okolicznościach doświadczyłem pewnej ewolucji moich własnych poglądów. Dawno, dawno temu, kiedy byłem nauczycielem teologii moralnej i kiedy unosiłem się w świecie pobożnych i dobrych idei, oceniałem pewne rzeczy inaczej. Są bowiem pewne zasady, pewne prawdy, które są wieczne i którym nie można zaprzeczyć. Nie ma okoliczności, które mogłyby obalić Boże przykazanie: "Nie zabijaj". Ale kiedy sam doświadczyłem całego tego doświadczenia wojny, zobaczyłem, jak nasz Kijów został zbombardowany, a potem odwiedziłem wyzwolone spod okupacji miasta i wsie, zmieniłem nieco zdanie. Być może w takich okolicznościach poznajemy nie tyle idee, co żywego człowieka. Powiem tak: reakcja człowieka na takie okoliczności oczywiście wywołuje emocje gniewu. Nie możesz powstrzymać swoich emocji, gdy widzisz młodego chłopca z przestrzelonym tyłem głowy. No jak? Czy trzeba mieć serce z kamienia, aby inaczej zareagować na tę zbrodnię? Myślę jednak, że my, chrześcijanie, mamy szczególne zadanie: naturalne uczucie gniewu, dzięki Bożej mocy i modlitwie, przekształcić w odwagę. . . Odwaga nie polega na tym, że natychmiast kogoś znienawidzisz i pobijesz. Mężny człowiek jest tym, który wie, jak wygrać, który wie, jak przetrwać

I tak bardzo się modlę, w moim osobistym przypadku, abyśmy w tej naszej wierze, widząc te zbrodnie, dojrzeli z takiego czysto ludzkiego gniewu do sprawiedliwego gniewu. Jest to gniew, który nieustannie będzie niepokoił nasze sumienie, o którym nie mamy prawa zapominać, nie mamy prawa milczeć, nie mamy prawa siedzieć bezczynnie. Musimy być odważni, odporni i iść dalej do zwycięstwa. I chcę tego życzyć nam wszystkim.
 

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11