Mądrze i roztropnie

O życiowych wyborach, szkolnej katechezie i uniwersytecie, któremu patronuje Prymas Tysiąclecia, opowiada ks. prof. dr hab. Ryszard Czekalski, rektor Uniwersytetu Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie.

Ks. Adam Pawlaszczyk: Zdał Ksiądz maturę ustną z geografii?

Ks. prof. Ryszard Czekalski: (śmiech) Widzę, że dobrze się ksiądz przygotował…

No bo to ciekawa historia – młodzieniec, przyszły rektor Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, mógł nim nie zostać, bo tej nocy prymas zmarł. Pamięta go Ksiądz?

Tak, ale jak przez mgłę. Gdy miałem 11 lat, poszedłem z mamą na pielgrzymkę do Częstochowy i tam zobaczyłem go po raz pierwszy. Nie miałem zielonego pojęcia, kto to jest. Z maturą z kolei to było tak, że według starych reguł trzeba ją było zdać z polskiego i z matematyki, a oprócz tego ja wybrałem jeszcze historię i właśnie geografię. Żeby nic mnie nie rozpraszało – starszy brat zamierzał oglądać mecz piłkarski – wymyśliliśmy z mamą, że „zepsujemy” telewizor: wykręciliśmy bezpieczniki i w pole poszły. (śmiech) Ale tego wieczoru, gdy tylko usłyszeliśmy w radiu, że prymas zmarł, natychmiast trzeba było szukać tych bezpieczników. Puszczono w telewizji film o nim i… to był w moim domu bardzo smutny wieczór. Ja na drugi dzień ostatni egzamin miałem, tę geografię, a nauka za bardzo mi nie szła…

Tak młody człowiek, maturzysta, miał już wówczas świadomość, kim był zmarły prymas?

Oczywiście, że nie do końca. Dzisiaj wiem, że cokolwiek byśmy o Wyszyńskim powiedzieli, to i tak będzie za mało. W tamtych czasach wiedziałem jedynie tyle, ile można było usłyszeć w Radiu Wolna Europa, pomimo wszystkich szumów i zagłuszania. Ale wiedziałem na pewno, że odszedł ktoś niezwykle ważny, wybitny człowiek, który odegrał bardzo ważną rolę w tamtych trudnych czasach. Ktoś bardzo istotny dla religii i dla ludzi, których był obrońcą. Miałem świadomość, że potrafił postawić się systemowi, tupnąć nogą, powiedzieć „non possumus”. Że był totalnie bezkompromisowy.

Był już Ksiądz wówczas powołany?

Powołany?

No, przez Pana Jezusa?

Nie. Jeszcze trochę to trwało, choć podczas wakacji, po maturze, coś zaczęło we mnie kołatać. Poszedłem na pielgrzymkę warszawską na Jasną Górę. Tam jakby piorun we mnie strzelił myślą, że chyba powinienem zostać księdzem. Moje rodzeństwo: siostra i dwóch braci, przyjechało po mnie do Częstochowy, ale nie chciałem z nimi wracać. Powiedziałem, że jeszcze tu muszę pobyć i pewne sprawy rozstrzygnąć.

I jak Ksiądz rozstrzygnął?

Wstąpiłem do seminarium w Płocku, ale po raz pierwszy byłem tam… dwa miesiące. Ojciec duchowny, gdy usłyszał, że chcę odejść, nie chciał mnie puścić. Byłem jednak uparty, co on skomentował krótko: ty i tak księdzem zostaniesz. Miałem bardzo mądrą mamę, która nie zabraniała mi iść do seminarium, ale i nie miała problemu z tym, że z niego odchodzę. Nie mogłem się zgłosić na inne studia, bo było już po egzaminach, więc żeby nie wzięli mnie do wojska, mama pomogła mi znaleźć pracę nauczyciela w szkole podstawowej. Uczyłem rosyjskiego, biologii, nauki o środowisku i… przysposobienia obronnego. W następnym roku zdawałem na UMK. Studiowałem biologię i naukę o Ziemi.

To faktycznie dość zawiła ta droga do kapłaństwa…

Już po pierwszym semestrze myśli o kapłaństwie wróciły. Zgłosiłem się znów do płockiego seminarium. Ojciec duchowny, który wcześniej nie chciał mnie puścić, przywitał mnie słowami: „A mówiłem, że ty księdzem zostaniesz!”.

„Katecheza komunikacją wiary” – taki jest tytuł Księdza habilitacji. Uważa Ksiądz, że katecheza w szkole jest taką komunikacją?

To dobre pytanie. Tematem komunikacji zaraziłem się w Paryżu, gdzie dzięki stypendium rządu francuskiego zrobiłem habilitację. Temat komunikacji to dla nas była nowość. Oni zaś mieli już sporo doświadczeń, z których nie do końca skorzystaliśmy, a szkoda. Po trzydziestu latach katechezy szkolnej coraz bardziej widać, że pewne mechanizmy nie zadziałały. Obecnie nie jestem już tak bardzo osadzony w realiach katechezy szkolnej, ale na początku byłem dyrektorem wydziału katechetycznego kurii. Wtedy katecheza miała być komunikacją wiary. O to walczyliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych. Jeździłem na wizytacje i widziałem, z jak wielkim poświęceniem pracowali katecheci. Ale już wtedy, znając doświadczenia francuskie, byłem przekonany, że nie należy pewnych procesów przyspieszać. Zastanawiam się, czy my nie dojrzewamy coraz bardziej do tego, by przyznać, że w szkole katecheza ma być przekazem wiedzy religijnej, a to, co jest związane z wiarą – przygotowanie do sakramentów, wtajemniczenie chrześcijańskie, doświadczenie życia duchowego – powinno się dokonywać przy parafiach. Zastrzegam, że to moja opinia, wynikająca z patrzenia przez pryzmat wielkich miast. Uważam, że nie należy przy tym mieć żadnego kompleksu szkolnej katechezy jako przekazu wiedzy religijnej, bo widać wyraźnie, że młodzi tej wiedzy koniecznie potrzebują.

A co z etyką w szkole? Powinna być obowiązkowa dla tych, którzy nie chodzą na katechezę?

Oczywiście. Tyle tylko, że trzeba sobie odpowiedzieć najpierw na pytanie, kto etyki ma uczyć. Bo przecież powinien to być ktoś, kto nie tylko etykę studiował, ale ma ją i w sercu, i w rozumie. Wszystko zależy tak naprawdę od ludzi… Na pewno nie jest dobra sytuacja, którą mamy obecnie: można chodzić na katechezę, można chodzić na etykę, a można zrezygnować z obu przedmiotów. To jest luka. Prosta rzecz, o której wie chyba każdy – szkoła powinna nie tylko uczyć, ale i wychowywać. Etycznie kształtować młodych ludzi. Wydaje się, że z kształtowania postaw i wychowywania szkoły dzisiaj rezygnują, bo łatwiej jest przekazać wiedzę niż ukształtować człowieka.

Wracając do życiowej historii Księdza Rektora – ma Ksiądz chyba podobne dylematy, skoro zaczął zarządzać tak ważnym uniwersytetem… I to od razu w warunkach pandemii?

Niebawem rok upłynie od mojego wyboru. To była jedna z najtrudniejszych decyzji w moim życiu. Chyba nawet trudniejsza od tej, czy mam zostać kapłanem, czy nie. Byłem wcześniej prodziekanem, prorektorem, chyba już miałem trochę dosyć administrowania… Tak po ludzku marzyło mi się, że wrócę do nauki, że będę zajmował się tematyką podjętą w habilitacji. No i do tego pandemia koronawirusa, która z jednej strony jest trudną rzeczywistością, z którą usiłujemy się zmierzyć, ale z drugiej wyzwoliła w nas nowe siły, energię, umiejętności. Być może niektóre praktyki, np. konsultacje online, pozostaną również w normalnych warunkach.

Kierowanie uczelnią, której patronuje Prymas Tysiąclecia, musi być… wyzwaniem?

I jest, oczywiście, że jest. Nie uważam się za geniusza czy jakąś wybitną postać. Bardzo często za to powtarzam to, co mówiłem, podejmując ten urząd: chciałbym jak najmniej mówić, a jak najwięcej słuchać. Dlatego systematycznie spotykam się z kolegium rektorskim. Oczywiście, to ja muszę podejmować decyzje, ale chętnie słucham opinii innych.

A jakim patronem dla uczelni jest kardynał Stefan Wyszyński?

Myślę, że podsumować jego postać można dwoma określeniami: patron roztropny i mądry.

Co to znaczy dla uniwersytetu?

Wskazówkę, żeby uniwersytet kierował się roztropnością i mądrością. One są ponadczasowe. Bardzo bym chciał, żeby roztropności i mądrości w murach tego uniwersytetu nigdy nie zabrakło. Przy tym trzeba też zaufać Panu Bogu, bo jesteśmy ludźmi wiary. Owszem, jesteśmy uniwersytetem państwowym i nikt tu nikogo o osobistą wiarę nie pyta. Myślę, że może przyjść taki moment, kiedy rektorem zostanie ktoś, kto nie jest księdzem. Trzeba pamiętać, że uniwersytet ma dwanaście wydziałów, a kościelne są tylko cztery. Wracając do przyszłego błogosławionego, Prymasa Tysiąclecia: cieszę się, że to on jest patronem, bo to była wybitna postać pod każdym względem. I święty człowiek. Tylko go naśladować! Już samo to, że nazywamy go Prymasem Tysiąclecia, wskazuje, że przez tysiąc lat tylko jeden był tak wybitny. I do dzisiaj ma wiele światu i Kościołowi do powiedzenia. Nie jako polityk czy przywódca Kościoła, ale właśnie jako święty. A został świętym nie dlatego, że był prymasem, biskupem, księdzem, lecz dlatego, że heroicznie praktykował cnoty.

Tego heroizmu, roztropności i mądrości też uczelni zapewne potrzeba coraz bardziej, bo i nowe wyzwania się pojawiają, choćby w związku z tym, że uniwersytet jest uczelnią państwową. Niedawno powstał na nim wydział medyczny. Jak niektóre sprawy nauki pogodzić z chrześcijańskim światopoglądem?

Mamy dwa kierunki medyczne: lekarski i pielęgniarski. To nasze oczko w głowie, coś nowego. Faktycznie stanowi to wyzwanie. Uczelnia jest państwowa, a wydział kształci w sferze, w której pojawia się coraz więcej trudnych kwestii, na przykład bioetycznych. Trudno mi sobie wyobrazić na naszej uczelni kogoś, kto kształci przyszłych lekarzy i pielęgniarki, a jest znany z prowadzenia działalności aborcyjnej. Z pewnością tego typu wyzwań z biegiem lat będzie coraz więcej, bo każdy może powiedzieć: uczelnia państwowa nie powinna utożsamiać się z konkretnym światopoglądem, lecz promować przekaz aktualnych osiągnięć nauki, w tym wiedzy medycznej, jak w przypadku tego właśnie wydziału. Ja jednak jestem pewien, że podstawowe założenia powinny być takie, aby przyszły medyk miał podmiotowe podejście do pacjenta; holistyczne, czyli zakładające również dobro jego duchowości.

Na czym polega wyjątkowość UKSW?

To uczelnia wyjątkowa pod wieloma względami. Jej misja jest nieporównywalna z misją innych uniwersytetów. Oprócz elit dla państwa kształcimy też elity dla Kościoła. Obecność profesorów duchownych ma tu ogromne znaczenie. Oczywiste jest dla mnie, że powinna u nas panować atmosfera chrześcijańskiego ducha. I myślę, że taki wzajemny, chrześcijański szacunek tu panuje. Ufam, że młodzież również dostrzega tę wyjątkowość. Ile razy robimy ankietę wśród studentów, zawsze pojawia się ten wątek, że panuje dobra, wręcz rodzinna atmosfera.

Zbliża się nie tylko beatyfikacja patrona UKSW, lecz i święto patronalne uczelni. Jak będziecie świętować?

Długo się zastanawialiśmy nad tym, w jaki sposób zorganizować to święto. Kiedy w zeszłym roku je odwoływaliśmy, bo przyszła pandemia, statystycznie zarażeń w Polsce było mało. W tym roku chcemy je zorganizować stacjonarnie, choć z zachowaniem wszystkich reguł sanitarnych. Nasze święto przypada 28 maja, czyli w rocznicę narodzin prymasa dla nieba. Będzie uroczysta sesja senatu uczelni, poprosiliśmy ojca profesora Zdzisława Kijasa, relatora procesu beatyfikacyjnego prymasa, o konferencję na temat przyszłego błogosławionego. Będzie też uroczysta Eucharystia w kościele Świętego Krzyża, transmitowana przez radio, na której wygłoszę homilię…

I co będzie w kazaniu?

Chyba jeszcze za wcześnie, żeby o tym mówić. Chodzę z tym w głowie i myślę. Pewnie oprócz postaci wspaniałego patrona trzeba będzie poruszyć również wątek samego uniwersytetu i nauczania. No i… na końcu z pewnością padnie sakramentalne… amen. •

Ks. prof. dr hab. Ryszard Czekalski

jest rektorem Uniwersytetu Stefana Kardynała Wyszyńskiego w Warszawie, profesorem nauk teologicznych, specjalistą w dziedzinie katechetyki.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7