Solidarna w ciemności

Matka Teresa stała się ikoną służby ubogim, chorym i bezdomnym, z którymi dzieliła codzienność. A jednak są i tacy, którzy podważają autentyczność jej postawy.

Podziwiana jako niedościgniony wzór bezinteresownej miłości i prostego życia poddanego Ewangelii, przez mieszkańców Indii nazywana Aniołem Ubogich. Na beatyfikację czekała zaledwie sześć lat, po kolejnych trzynastu – została kanonizowana. W tym czasie stała się jednak ofiarą niewybrednych ataków, mających obalić rzekomy „mit”Matki Teresy z Kalkuty. Ich źródłem jest już nie tylko jej oczywisty sprzeciw wobec aborcji czy antykoncepcji. Oskarża się ją także o brak właściwych standardów opieki medycznej w domach misjonarek Miłości czy nawet o malwersacje finansowe. A najbardziej absurdalny zarzut dotyczy tego, że jej wiara była... udawana.

Powołanie w powołaniu

Chodź, chodź, zabierz Mnie do mrocznych dziur, w których mieszkają ubodzy. Chodź, bądź Moim światłem – takie wezwanie skierował Jezus do 36-letniej zakonnicy. Doświadczenie przynaglającego „Głosu” miała od 10 września 1946 r., czyli od podróży pociągiem do Dardżyling w północno-wschodnich Indiach. Właśnie ta podróż okazała się przełomem w jej życiu. Matka Teresa wyruszyła, żeby leczyć płuca świeżym górskim powietrzem, tymczasem wkoło roznosił się cuchnący zapach brudu i potu. Siedziała wciśnięta między biedaków, niepełnosprawnych, ślepców i trędowatych. Nie czuła odrazy, ale kontakt z ogromem cierpienia był dla niej wstrząsem. „Wtedy poczułam – opowiadała po latach – że Bóg chce, bym była z biednymi”. Zanim dotarła na miejsce, wiedziała już, że ma opuścić klasztor i wyjść na ulice Kalkuty, by pracować na rzecz najuboższych z ubogich. Żyć pośród nich i tak jak oni.

To doświadczenie Matka Teresa nazywała „powołaniem w powołaniu”. Bo pragnienie, by zostać zakonnicą, poczuła znacznie wcześniej – jako 12-letnia dziewczynka. Święta, urodzona 110 lat temu w macedońskim Skopje, w rodzinie albańskiej, naprawdę nazywała się Agnes Gonxha Bojaxhiu. Imię Maria Teresa od Małego Jezusa przyjęła w wieku 18 lat, kiedy to wstąpiła do zakonu sióstr loretanek w Irlandii.

W Indiach odbywała swój nowicjat. To wtedy po raz pierwszy zobaczyła, w jakich warunkach jedzą i śpią dzieci z najbiedniejszych rodzin. „Nie można już znaleźć gorszej nędzy” – zapisała w swoich notatkach. Ale odkryła też wówczas, jak wielką radość sprawia jej zwyczajny gest, jakim było położenie dłoni na każdej brudnej główce dziecka. A one zaczęły nazywać ją „Ma”, co znaczy tyle co „mama”.

Ołówek w ręku Boga

Nie od razu mogła odpowiedzieć na nowe wezwanie, skierowane do niej przez Jezusa. Kierownik duchowy Matki Teresy, o. Van Exem, początkowo nie pozwolił swojej podopiecznej na rozmowę z arcybiskupem Kalkuty na ten temat. Przez cztery miesiące weryfikował autentyczność jej powołania, aż całkowicie upewnił się, że głos w sercu zakonnicy pochodzi od Boga. Teraz musiała ona czekać na zgodę hierarchy, a ten z kolei zdecydował, że nie zatwierdzi jej prośby skierowanej do Rzymu wcześniej niż za rok. Matka Teresa czuła się jednak ponaglana przez Boga, więc ciągle ponawiała swoją prośbę za pośrednictwem o. Van Exema. Po kilku miesiącach arcybiskup wyraził wreszcie zgodę. Kiedy przyszedł dekret z Watykanu, pierwsze pytanie siostry brzmiało: „Ojcze, czy mogę od razu iść do slumsów?”.

Na bazarze kupiła trzy białe sari obrzeżone niebieskimi paskami – z najtańszej tkaniny, jaką zdołała znaleźć. Dodatkowo spodobał się jej ów błękit – kolor maryjny. Właśnie taki ubiór stał się wyróżnikiem nowego zgromadzenia, zatwierdzonego w 1965 r. przez Stolicę Apostolską. Dziś około 4 tys. sióstr misjonarek Miłości posługuje najbiedniejszym z biednych, nie tylko w Indiach, ale na całym świecie. Zbierają z ulic bezdomnych, aby ich nakarmić, umyć i opatrzyć im rany. Prowadzą domy dla porzuconych dzieci i starają się o ich adopcję. Zajmują się trędowatymi, odwiedzają domy starców, szpitale i więzienia. Prowadzą sierocińce, domy dla chorych i umierających. Nauczają też dzieci na ulicach miast.

Matka Teresa często podkreślała, że to nie ona pomaga ubogim. „Jestem tylko narzędziem, ołówkiem, który pisze to, co chce Bóg” – mówiła. To relacja z Nim dawała jej siłę do tego, co innym wydawało się heroizmem. Pewien dziennikarz, widząc, jak zakonnica opatruje rozkładające się ciała trędowatych, odwrócił głowę i powiedział: – Ja bym tak nie mógł. – Ja też nie – uśmiechnęła się.

Pieniądze nie wystarczą

Na ścianach kaplic Zgromadzenia Sióstr Misjonarek Miłości na całym świecie można znaleźć słowo: „Pragnę”. Właśnie w to słowo i w ukrzyżowanego Jezusa wpatrują się siostry codziennie o 4.30 rano, nim wyruszą na ulice. Celem zgromadzenia jest bowiem: „gasić nieskończone pragnienie miłości dusz, dręczące Jezusa Chrystusa na krzyżu”. W tym wołaniu słychać jednak również głos człowieka, który pragnie Boga. „Nie zadowalajmy się samym ofiarowaniem darów pieniężnych” – mówiła Matka Teresa. „Pieniądze nie wystarczą, można je zdobyć stosunkowo łatwo. Chciałabym, żeby więcej ludzi dawało swoje ręce do pracy i serca do kochania; żeby przyjmowali biednych w swoich domach, miastach i krajach i wychodzili im naprzeciw z miłością i współczuciem, dając tam, gdzie to najbardziej potrzebne, i dzieląc z każdym radość kochania”.

Wydawać by się mogło, że w takim przesłaniu, potwierdzonym przez życie spędzone wśród najuboższych, nie da się znaleźć niczego kontrowersyjnego. A jednak są i tacy, którzy negują autentyczność życiowej postawy Matki Teresy. Zarzuty wobec niej, jak w soczewce, skupia kuriozalny wpis dziennikarki Pauliny Młynarskiej, opublikowany na Facebooku przed czterema laty, w dzień kanonizacji zakonnicy: „Na konta Zgromadzenia Misjonarek Miłości spływały miliony dolarów od najmożniejszych darczyńców, jednak »święta« nie uważała za stosowne kupować za te pieniądze środków przeciwbólowych dla swoich cierpiących podopiecznych. Fascynowało ją cierpienie, które potrafiła gloryfikować ze swadą godną prawdziwej psychopatki (w sieci są dziesiątki jej wypowiedzi). W domach prowadzonych przez jej zgromadzenie brakowało nawet igieł jednorazowych. Jednak sama Teresa leczyła się w USA”.

Ta (niepełna!) lista zarzutów, choć szokująca, nie jest bynajmniej nowa. Jako pierwszy sformułował je w 1995 r. amerykańsko-brytyjski pisarz i dziennikarz Christopher Hitchens w swojej książce „Misjonarska miłość. Matka Teresa w teorii i w praktyce”. Podobne tezy opublikowała też w 2013 r. trójka kanadyjskich naukowców: Serge Larivée, Geneviève Chenard i Carole Sénéchal w raporcie przygotowanym dla pisma „Studies in Religion”. Stwierdzili oni m.in., że większość podopiecznych ośrodków prowadzonych przez misjonarki Miłości nie otrzymała odpowiedniej pomocy lekarskiej, co skutkowało śmiercią wielu z nich.

Cierpiała z ubogimi

Wszystkie te formułowane zza biurka tezy nie uwzględniają jednak skrajnie ciężkich warunków, w jakich pracowały siostry. Ich domy nie były przecież szpitalami – trafiali tam ci wszyscy, których nikt inny nie chciał przyjąć, umierający na śmietnikach czy na ulicy. Czynienie zarzutu z tego, że niektórych z nich śmierć zastała na łóżku, umytych, nakarmionych i otoczonych miłością, jest zwyczajnie niegodne. Zwłaszcza że – jak podaje indyjski urzędnik Navin Chawla – wraz z rozwojem działalności sióstr śmiertelność w ośrodkach znacznie się zmniejszyła. O ile w latach 40. czy 50. umierali prawie wszyscy przyjmowani, to w roku 1991 dotyczyło to już tylko jednej szóstej podopiecznych. Według Kathryn Spink, autorki biografii świętej, domy Matki Teresy do 1984 r. przyjęły 13 246 nędzarzy i wypisały po wyleczeniu 8627 osób. Nie jest też prawdą, że misjonarki Miłości nie stosowały środków przeciwbólowych – były to jedynie środki lżejsze, ponieważ na stosowanie tych mocniejszych nie pozwalało hinduskie prawo antynarkotykowe.

Z całej listy zarzutów formułowanych przez krytyków Matki Teresy najbardziej bolesny jest chyba ten dotyczący gloryfikowania przez nią cierpienia. Zarzucanie sadyzmu komuś, kto poświęcił życie temu, by innym w cierpieniu ulżyć, jest ogromną niesprawiedliwością. Owszem, święta wyznawała pod koniec życia, że zaczęła „kochać ciemności”. Jednak mówiła o własnym, a nie cudzym doświadczeniu. Matka Teresa przez pół wieku zmagała się bowiem z oschłością swojej duszy. Dla Hitchensa, który sam określa się jako „antyteista”, zapiski zakonnicy były dowodem na utratę przez nią wiary i przybrania maski, którą oszukiwała świat. A ona... pocieszenie znalazła w tym, że może dzielić z Jezusem małą część Jego ciemności, a tym samym dzielić ciemności ubogich, którym posługiwała. „Jej służba dotyczyła (...) nie tylko ich fizycznych cierpień, ale obejmowała również ich cierpienia wewnętrzne: poczucie opuszczenia przez Boga, samotność, odrzucenie, izolację, poczucie, że nikt ich nie kocha, nie troszczy się o nich” – tłumaczył na łamach GN o. Brian Kolodiejchuk, postulator procesu kanonizacyjnego Matki Teresy, w rozmowie z ks. Tomaszem Jaklewiczem. – „To była (…) ciemność wynagradzająca, ciemność solidarności z tymi, którzy cierpią w podobnych warunkach”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7