My, Unia

Przywódcy państw członkowskich UE ustalili najlepszy budżet i najlepszy instrument odbudowy po pandemii, jaki był możliwy przy tak dużych rozbieżnościach. Rozbieżności w interpretacji ustaleń mogą jednak jeszcze mocno namieszać.

To był ponad 90-godzinny maraton. Hektolitry wypitej kawy, nieprzespane noce, ostre dyskusje, stawianie pod ścianą, załamanie negocjacji, wprowadzanie kompromisowych poprawek, wreszcie – jak zawsze – ogłoszenie wspólnego porozumienia. Teatr czy real politik?

Zamiast strzałów

Głównym sukcesem ostatniego szczytu Unii Europejskiej nie są same miliardy euro, ale to, że unijni przywódcy… ciągle ze sobą rozmawiają. Spierają się, kłócą – ale jednak ciągle rozmawiają, nie trzaskają drzwiami. Naiwny minimalizm? Dla naszego pokolenia to rzecz oczywista, ale przecież patrząc szerzej na historię Europy ostatnich stuleci, to wręcz niebywałe osiągnięcie. – Lepiej ze sobą debatować niż do siebie strzelać – powiedział mi kiedyś w Brukseli jeden z europosłów, gdy pozwoliłem sobie na uwagę, że Parlament Europejski mógłby nie istnieć bez większej szkody dla samej Unii. Odpowiedź europosła jak najbardziej pasuje do całego projektu integracji, który jakimś cudem jeszcze się całkiem nie posypał. Jakimś cudem, bo rozbieżność, jaką poszczególne państwa reprezentują – od kierunku integracji przez interesy gospodarcze po kwestie dyscypliny finansów i sposób wydawania pieniędzy – jest na tyle duża, że wszelkie porozumienia muszą być okupione kompromisami.

Jak to możliwe? Odpowiedź jest dość prosta: korzyści z utrzymania wspólnego rynku przewyższają wszelkie ustępstwa, na które muszą pójść poszczególne kraje. Dominuje przekonanie, że na ostatnim szczycie, dotyczącym wieloletniego budżetu i jednorazowego instrumentu odbudowy po pandemii, ustąpić musiały zarówno bardziej wyciągające ręce po pieniądze kraje Południa, jak i bardziej oszczędne kraje Północy. A ostatecznie najbardziej skorzystała Polska, stając się największym beneficjentem ustalonego budżetu. Inni zaraz dodają, że Polska i tak nie skorzysta w pełni z przyznanych jej środków, bo ich wypłata będzie uzależniona od oceny praworządności, a na tym polu dochodzi ciągle do spięć na linii Warszawa–Bruksela. Na co polski rząd odpowiada, że zapis o powiązaniu funduszy z oceną praworządności jest w praktyce niewykonalny, bo wymaga jednomyślności państw członkowskich. Problem w tym, że w dokumencie końcowym ze szczytu nie ma mowy o jednomyślności, tylko o większości kwalifikowanej. I tym akcentem zakończyliśmy rozważania na poziomie „naiwnego minimalizmu”, a weszliśmy w realną politykę i grę interesów. A zatem po kolei.

Jest kasa…

Przywódcy unijni (czyli prezydenci i premierzy krajów członkowskich, tworzący razem Radę Europejską), porozumieli się co do dwóch rzeczy. Po pierwsze co do kształtu kolejnego 7-letniego budżetu UE – ma on wynosić 1,074 bln euro. Po drugie – porozumienie dotyczy powołania specjalnego funduszu (Europejski Instrument na rzecz Odbudowy), który ma wesprzeć gospodarki dotknięte kryzysem związanym z pandemią – tutaj pulę ustalono na 750 mld euro, z czego 390 mld euro będą stanowiły różnego rodzaju granty, a 360 mld euro pożyczki. Skąd Unia weźmie pieniądze na ten kryzysowy instrument? Jeśli chodzi o pierwszą jego część – czyli 390 mld euro na granty – UE jako całość zadłuży się na rynkach. To oznacza, że pierwszy raz w historii powstanie wspólny dług całej Unii Europejskiej, który będzie też spłacany solidarnie przez wszystkie państwa członkowskie. Druga część – 360 mld euro pożyczek – to będzie już dług wyłącznie państw, które je zaciągną indywidualnie. Tak naprawdę również ten instrument kredytowy należy potraktować niemal jak dotację, bo choć wymaga on spłaty przez dany kraj, to będzie ona rozciągnięta aż na 30 lat (2028–2058).

Polska będzie największym beneficjentem tego podziału środków, bo choć nasza gospodarka nie ucierpiała tak, jak gospodarki Włoch czy Hiszpanii, a nawet Francji, to jednak i tak mówimy o stratach kraju, który należy do biedniejszych w porównaniu z trzema wymienionymi, a więc uderzenie w naszą gospodarkę hamuje proces wyrównywania poziomu życia w UE, co jest głównym celem Funduszu Spójności. Polska delegacja wywalczyła aż 70 mld euro dotacji w ramach tego funduszu. Ponadto w ramach instrumentu odbudowy Polska ma otrzymać ok. 139 mld euro w formie dotacji oraz 34 mld euro w pożyczkach, co w przeliczeniu na złotówki oznacza zastrzyk w wysokości – odpowiednio – 623 mld zł i 153 mld zł. To naprawdę duże kwoty.

…nie będzie kasy?

I tu pojawia się pierwszy problem i pytanie: czy Polska w ogóle zobaczy te środki na koncie? Przez długie miesiące w UE trwała przecież dyskusja nad powiązaniem wypłaty funduszy z oceną tzw. praworządności. Było jasne, że ma to być mechanizm presji na takie kraje jak Polska czy Węgry pod obecnymi rządami, których reformy, zwłaszcza sądownictwa, budzą sprzeciw w części stolic unijnych i w samej Brukseli. Wprawdzie premier Morawiecki po szczycie zapewniał, że udało się uniknąć bezpośredniego powiązania wypłaty funduszy z oceną praworządności, bo będzie to wymagało jednomyślności, jednak wczytując się uważnie w konkluzje ze szczytu, można zauważyć, że sprawa nie jest tak oczywista. We wnioskach ze szczytu przyjętych przez przywódców pojawił się zapis, że Rada Europejska „podkreśla znaczenie ochrony interesów finansowych Unii” oraz „poszanowania praworządności”. I rzecz kluczowa: „Na tej podstawie zostanie wprowadzony system warunkowości w celu ochrony budżetu i funduszu odbudowy. W tym kontekście Komisja zaproponuje środki w przypadku naruszeń, które Rada UE przyjmie kwalifikowaną większością głosów. Rada Europejska szybko powróci do tej sprawy” – czytamy w dokumencie.

Ten zapis aż roi się od wieloznaczności. I jest dowodem na to, jak zacięte musiały to być negocjacje. Otóż rację mają zarówno ci, którzy mówią, że nie ma bezpośredniego powiązania wypłaty środków z oceną praworządności, jak i ci, którzy twierdzą, że takie powiązanie zostało ustalone. Chodzi o użycie w dokumencie nazw Rada UE i Rada Europejska – często mylonych ze sobą, a będących odrębnymi organami. Rada UE to zgromadzenie ministrów z państw członkowskich poszczególnych resortów. Rada UE decyduje większością kwalifikowaną. Muszą być spełnione dwa warunki jednocześnie: „za” głosuje 55 proc. państw członkowskich reprezentujących co najmniej 65 proc. ludności UE. Warunek niełatwy, ale możliwy do spełnienia. I tutaj Polska rzeczywiście mogłaby zostać przegłosowana. Ale dokument mówi też o Radzie Europejskiej, czyli przywódcach państw członkowskich, która podejmuje już decyzje jednomyślnie. W przypadku weta jednego członka, wniosek o powiązanie funduszy z praworządnością może upaść. To tylko pokazuje, że walka o ten zapis będzie się jeszcze toczyć.

Czysty zysk

Niezależnie od kontekstu polskiego, negocjacje nad budżetem i nowym instrumentem odbudowy kolejny raz wydobyły na światło dzienne napięcia i różnice, jakie istnieją między tzw. skąpcami (choć lepiej chyba mówić o oszczędnych) z Północy, a krajami Południa. Przy czym są to pojęcia dość nieostre, bo w przypadku pierwszych mowa jest o Danii, Szwecji, Holandii i Austrii, choć ta ostatnia geograficznie graniczy z zaliczanymi do Południa Włochami. Kraje Północy były za maksymalnym obniżeniem zarówno budżetu UE, jak i środków przeznaczonych na odbudowę gospodarek dotkniętych koronawirusem. Przez pewien czas w tym gronie znajdowały się także Niemcy, ale było jasne, że dość szybko wycofają się na pozycje „neutralne” w tym sporze. Neutralne, choć w gruncie rzeczy naciskające na większe otwarcie portfela, jak zwykle głównie własnego. Nie zrozumiemy tego paradoksu w pełni, jeśli nie uświadomimy sobie, że niezależnie od składek członkowskich i wszelkich dotacji wszyscy w UE, a Niemcy w szczególności, korzystają na udziale we wspólnym rynku. Według różnych szacunków niemiecka gospodarka na czysto zarabia na tym ponad 200 mld euro rocznie. Zarabiają na tym również inne kraje, również te, które w negocjacjach ustawiają się w pozycji „skąpców”.

Na wspólnym rynku zyskuje oczywiście również Polska i inne kraje naszego regionu, ale żeby dogonić tzw. starą Unię, potrzebujemy ciągle dużego udziału w środkach z Funduszu Spójności. Celem jednak nie jest utrzymywanie tego stanu rzeczy, tylko wyprowadzenie nas na taką pozycję, jaką mają tzw. płatnicy netto, niesłusznie określani jako państwa, które dopłacają do Unii. Owszem, ich składki do wspólnej kasy są większe niż środki, jakie otrzymują z funduszy strukturalnych, ale w ostatecznym rozrachunku wpływy dla gospodarki przewyższają wszelkie obciążenia. Pozostaje wierzyć, że również Polska znajduje się na dobrej drodze, by dołączyć do tego klubu. Przeszkodą może okazać się ideologicznie interpretowana praworządność (już słychać głosy, że nie chodzi tylko o sądy, ale też np. o „prawo” do aborcji) i tym samym wstrzymanie wypłaty ustalonych środków.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9