Załamane przywiązanie

xwl

Gdy religijność oparta jest na tradycyjnym modelu: dziadek, rodzice to i ja, nie wytrzymuje zderzenia ze współczesną kulturą.

Wykłady z socjologii religii najciekawsze były wówczas, gdy ilustrowano je przykładami. Co nie powinno dziwić, gdyż suche liczby nie zawsze przemawiają do wyobraźni. Postać opuszczającego małe środowisko i wyjeżdżającego do dużego miasta człowieka była bardziej przekonująca. Jeden żart profesora wystarczył, by odżyło wspomnienie wizyty duszpasterskiej na nowym osiedlu rodzinnej parafii. Dla ministrantów (i chyba nie tylko) prawdziwym szokiem był widok w większości zamkniętych drzwi. W pewnym dopiero co zasiedlonym bloku na sześćdziesiąt rodzin przyjęło księdza siedemnaście. Oczywiście żaden z małolatów nie kojarzył tego faktu z wykorzenieniem i wiarą opartą wyłącznie na pisanej małą literą „t” tradycji.

Wspomniany profesor w swojej dygresji nawiązywał do krakowskiej procesji Bożego Ciała, na której miało spotkać się dwóch ówczesnych pierwszych sekretarzy zakładowych komórek partyjnych. Towarzysz też tu? – pytał jeden z nich. Tak, bo ja jestem wszędzie tam, gdzie są przeciw. Wystarczyło kilka zdań, by słuchacze chwycili na czym polega różnica między religijnością życia a religijnością narodu. Pierwsza jest świadomym wyborem Jezusa i Jego Ewangelii. Druga w pewnym sensie traktowała Kościół instrumentalnie jako miejsce, gdzie można było poczuć się wolnym i zamanifestować swoją odrębność.

Wykład kończył się przestrogą. Mało kto wziął ją sobie do serca, bo mało kto w połowie lat osiemdziesiątych wierzył w upadek realnego socjalizmu. „Jeśli dojdzie do załamania systemu – twierdził profesor – dojdzie również do poważnego załamania religijności.” Mało kto wziął tę przestrogę do serca także z innego powodu. Badający religijność Polaków socjologowie KUL-u często postrzegani byli w kategoriach kościelnych antyklerykałów. Przecież Polonia semper fidelis, papież Polakiem, na pielgrzymkach miliony wiernych, a ci o jakimś kryzysie…

Okazuje się, że polski casus nie jest odosobnionym. Opublikowany dziś w Rzeczpospolitej wywiad z byłym przewodniczącym Parlamentu Europejskiego Patem Cuxem dowodzi, że historia lubi się powtarzać. „W XVIII w. brytyjska Izba Gmin przegłosowała ustawy, które dyskryminowały katolików, właściwie wprowadzały w Irlandii rodzaj apartheidu. Kościoły stały się wtedy miejscem, gdzie Irlandczycy mogli poczuć się wolni, być autentyczną wspólnotą. Tak jak w Polsce w latach komunizmu.” Czyli również w Irlandii można było mówić o wspomnianej wyżej religijności narodu, zaś wspomniana przez polityka sytuacja, w której Irlandia „pozostawała homogenicznym, białym i katolickim krajem” dawała odpowiedzialnym za duszpasterstwo poczucie bezpieczeństwa i w pewnym sensie osłabiała czujność. „Ale zaczęło się to zmieniać – powiedział Pat Cox – wraz z szybkim wzrostem dochodów. Ludzie zobaczyli, że istnieje świat poza naszą wyspą, że są inne systemy wartości. Wtedy, w latach 90., przeżyliśmy prawdziwe tsunami rewelacji o molestowaniu dzieci przez księży. Jednak Kościół postanowił ratować instytucję, a nie poszkodowanych. To przyniosło bardzo poważne skutki. Przywiązanie do tradycyjnej religijności wśród młodszej generacji Irlandczyków załamało się.”

Oczywiście na analizie przeszłości nie można poprzestać. Ważne jest pytanie o to, co ze zdobytą wiedzą i doświadczeniem zrobić. Zmagając się z problemem warto odwołać się do dwóch doświadczeń.

W ubiegłym tygodniu w Mediolanie plac przed Duomo zapełnił się młodymi, w najbliższe wakacje mającymi pełnić funkcje animatorów dzieci i młodzieży. Widok budzący zazdrość niejednego duszpasterza. Bo jeśli było ich około trzech tysięcy, ilu obejmą w najbliższym czasie swoim oddziaływaniem podopiecznych? Przy okazji, już na marginesie, wyłowiłem jeden z trzymanych przez młodych transparentów. Nie ukrywam, chciałbym zobaczyć taki w Polsce. Dla niewtajemniczonych: Delpini to metropolita Mediolanu abp Mario Delpini. Reszty chyba tłumaczyć na język polski nie trzeba.

Włoską receptą na duszpasterstwo młodzieży są oratoria. Z oficjalnych danych CEI (Konferencja Episkopatu Włoch) wynika, że zaangażowanych jest w nich około dwustu tysięcy animatorów. Pytałem kuzyna, co robią na spotkaniach. „Modlimy się, czytamy Biblię, dyskutujemy, gramy w karty lub w piłkę, jeździmy wspólnie na wakacje, a czasem po prostu wystarczy nam bycie ze sobą.” Pedagodzy w tej krótkiej odpowiedzi niewątpliwie dostrzegą to, co nazywa się koncepcją wychowania integralnego. We wspomnianych na początku wykładach ś.p. ks. prof. Mieczysław Majewski przestrzegał, by tak zwanego wychowania chrześcijańskiego nie postrzegać jako czegoś wydzielonego i autonomicznego w stosunku do innych form. „Nie ma czegoś takiego – twierdził – jak wychowanie chrześcijańskie będące obok wychowania patriotycznego, sportowego, humanistycznego, ale wszystko razem wzięte ma być wychowaniem chrześcijańskim.”

Ale nie musimy patrzeć na Włochów z zazdrością. Również w ubiegłym tygodniu moderatorzy i animatorzy Ruchu Światło-Życie zgromadzili się w Krościenku nad Dunajcem na Centralnej Oazie Matce.

Transparentu z napisem „Włodarczyk il Capitano” nie widziałem, ale było rozesłanie przed tegorocznymi rekolekcjami. Nie mamy się czego wstydzić. W skali całego kraju będzie to również kilka tysięcy animatorów.

Piszę o nich nie po to, by zachwycać się liczbami. Ksiądz Blachnicki tworząc oazę już w latach siedemdziesiątych miał świadomość, że religijność oparta na tradycyjnym modelu dziadek, rodzice to i ja, nie wytrzyma zderzenia z migracją i współczesną kulturą. Dlatego tworzył ruch, dążący do ukształtowania religijności opartej na osobistym wyborze, decyzji, gdzie kluczową rolę ogrywa nie nabyty model kulturowy, ale osobiste spotkanie z Panem. Wartość i wielkość jego wizji docenił nie tylko patronujący rozwojowi Ruchu Jan Paweł II. Również jego następca, przemawiając do polskich biskupów zachęcał, by szczególną opieką i troską otoczyli Ruch Światło-Życie, z racji jego wyjątkowo silnych związków z liturgią i wspólnotą parafialną.

Obserwując tytułowe załamane przywiązanie można narzekać na czasy, demoralizującą Unię i podsuwające złe wzorce środki masowego przekazu. Ale też można szukać, czerpać ze sprawdzonych wzorców i zakasywać ręce do roboty. Pamiętając, że nie chodzi o to, by robić cokolwiek. Chodzi o to, by działać z wizją, z zaangażowaniem, czyli skutecznie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Pobieranie...

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
1 2 3 4 5 6 7