Teologia kolędy

Dopiero wtedy, gdy w ludzkiej warstwie jesteśmy razem, może zadziałać ów – jakże wymowny – element teologiczny. Razem w imię Jezusa.

24 x 6 x 60 x 3, teraz to dzielimy przez 7000. Co daje 3,7. Nie, nie damy rady. Musi być przynajmniej 5 minut. Tak przed laty gdzieś czterdziestu zaczynaliśmy w trójkę wikarych przygotowywać plan kolędy. 24 to dni. 6 godzin dziennie razy 60 – to są minuty. 3 wikarych (proboszcz nie „chodził” po kolędzie). 7000 to kartotekowa ilość rodzin definiowanych formułą: rodzina jest tam, gdzie się kropi. Niecałe 4 minuty na jedną rodzinę to mało. Choć znałem księdza, który 90 mieszkań w bloku oblatywał w 4 godziny. Z przejściami, krótkimi, jak to w bloku. Ile minut na rodzinę?

Jak więc konstruować plan? Więcej godzin dziennie? Dłużej, aż do końca stycznia? Albo już od adwentu? Manipulacje ilością godzin czy dni dawały „zyski” rzędu jednej do dwóch minut. Ilość księży stanowi w tym równaniu constans (choć niekoniecznie, można wynająć emeryta albo zakonnika). Może więc kolęda jest absurdem? W ogromnych parafiach ociera się o absurd. Mimo to jest potrzebna. W niewielkich parafiach problem owych minut na rodzinę albo nie istnieje, albo nie stwarza istotnej trudności. A poza tym w takich parafiach kontakt duszpasterza z wiernymi jest z natury rzeczy łatwiejszy i żywszy. Po prostu jest. I tu dochodzimy do sedna rzeczy: kontakt duszpasterza z parafianami.

Bo nie można uprościć znaczenia kolędy do powierzchownej warstwy modlitewnej – pobłogosławienie domu i rodziny. Przecież modlitwa chrześcijan powinna wspierać się na fundamencie wspólnoty. Dlatego wchodząc do domu powtarzam słowa Jezusa: „gdzie dwaj albo trzej są zebrani w imię moje” – a ministranci kończą: „tam Ja jestem pośród nich”. Nie wystarczy cała teologiczna nadbudowa, jeśli nie będzie ludzkiego fundamentu wyrażonego słowem „zebrani”. Grecki oryginał mocniej wyraża bycie razem – nie oznacza ono przypadkowości tegoż zebrania się, jak chociażby dwóch albo trzech osób w windzie. Zatem dopiero wtedy, gdy w ludzkiej warstwie jesteśmy razem, może zadziałać ów – jakże wymowny – element teologiczny. Razem w imię Jezusa.

Innymi słowy, jeśli ksiądz i domownicy są sobie obcy w czysto ludzkiej perspektywie, modlitwa błogosławieństwa jakby zawisa w próżni. Dlatego stary obyczaj każe kolędę śpiewać. I to nie jedną zwrotkę z najkrótszym refrenem. Śpiew budzi owo „bycie razem”. Tylko jeśli nie umiemy? Kolęda z odtwarzacza? No, nieee...

A jeśli już osiągnęliśmy to minimum bycia razem, jeśli przywołaliśmy obecność Pana do naszego grona, to jak? Zaraz się rozejść? Jezus tutaj już jest, to ja sobie idę, bo czas goni? Teraz sposobna chwila, aby kontakt duszpasterza z parafianami stał się „wcieleniem”. Użyłem wielkiego słowa chrześcijańskiej teologii. Wcielenie to zejście Boga w nasz świat i przyjęcie na siebie, w siebie tego wszystkiego, co ludzkie. „Grzech wyjąwszy” – zaznacza autor listu do Hebrajczyków. Tak i kolędowa rozmowa powinna być zejściem w sprawy tych, do których w imię Jezusa przychodzi jego wysłannik.

Zejście w czyjeś sprawy? To przede wszystkim wysłuchanie go. Nie nawracanie, nie pouczanie, nie moralizowanie. Jest to potrzebne nawet z psychologicznego punktu widzenia. Bo jeśli parafianie zapamiętają księdza jako umiejącego i chcącego ich słuchać, to w razie zaistnienia trudnej sytuacji będą gotowi pójść, zadzwonić, na fecabooku się odezwać. To z moich kolędowych doświadczeń wynika.

No tak, powie ktoś uszczypliwie, a na koniec koperta z załącznikiem. Nie róbmy te tego problemu. Każdy dorosły człowiek wie, że trzeba utrzymać na przykład telefoniczne bądź internetowe łącze (na drucie czy bezprzewodowe), przyłącze energetyczne (gazowe lub elektryczne), domofon, otwieraną pilotem bramę i nie tylko. Policjanta i nauczyciela oraz całą resztę potrzebnych nam ludzi utrzymujemy wcale nie małymi podatkami. Księdza, kościół i wszystko wokół tego – wedle tradycji i własnego uznania. Ta instytucja działa zresztą sprawniej i taniej niż agendy państwowe. Dlatego kolędowej koperty (z załącznikiem) ani się boję, ani wstydzę. I niech ona nie przesłania tego, co istotne.

Budowanie kontaktów na linii duszpasterz – parafianie nie można zacieśnić do kolędy. Choć wydaje mi się, że ów obyczaj zbyt długo nie przetrwa. Jest jednak sporo innych okazji, by domy parafian nawiedzać, obecność Pana przyzywać, w ludzkie sprawy wchodzić.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

  • Ppp
    30.12.2017 14:52
    W obliczeniu w pierwszym akapicie jest błąd – przewiduje on bowiem, że wszyscy księdza przyjmą. Tym czasem:
    - kilka procent może nie chcieć,
    - w okresie między świętami część ludzi wyjeżdża,
    - w dni powszednie wielu może być jeszcze w pracy lub tuż po pracy i też nie przyjmować (bo trzeba zjeść obiad i odsapnąć).
    Zatem z wyliczonych czterech minut spokojnie może się zrobić osiem-dziesięć na rodzinę – w niektórycyh miejscach księdza przyjmuije mniej, niż połowa.
    A co do czasu – ja bym to wydłużył do końca Stycznia i nie dziwił się, że w jego drugiej połowie wielu ludzi nie ma już choinki. Kiedyś mi się tak przytrafiło, że ksiądz przyszedł w ostatnim tygodniu Stycznia – było OK., mimo braku “świątecznej atmosfery”.
    Pozdrawiam.
  • gośćKA
    30.12.2017 19:03
    To nie tylko ksiądz ma "problem" z kolędą : chyba jeszcze większy ma je parafianin / parafianka - zwłaszcza w dużym mieście. Kościołów - grubo ponad sto, księży - tysiące : co roku z kolędą przychodzi inny ; w parafii "załatwia się" tylko pogrzeby; chrzty i śluby oraz niedzielne msze św. odbywa się w wybranych kościołach :), w parafii tylko niezbędne formalności. Jak nie ma małych dzieci, to ksiądz nawet nie wie o co "zahaczyć" ? Jeśli parafianin o coś zapyta, albo zgłosi uwagę - usłyszy : "Powiem proboszczowi ". W następnym roku można na to samo pytanie otrzymać taką samą odpowiedż, bo ksiądz jest..."nowy". Nawet kiedy w parafii jest proboszcz i 3 wikarych, to co roku każdy z nich odwiedza inne ulice, by...zapoznał się z "parafią", a że biskup też ma swe plany i robi przesunięcia - żaden wikary i prawie - że żaden proboszcz "terenu" nie pozna....
  • GOŚĆ
    30.12.2017 19:21
    Od kilku lat jestem sama, mieszkam sama i jak "od wieków" - przyjmuję kapłana "po kolędzie" Co roku jest to inny ksiądz. Widać "ruch służbowy " Jestem stara i boli mnie "pobłażliwość" z jaką jestem traktowana : odmowa przyjęcia ! koperty i milczący uśmiech w odpowiedzi na pytanie (dotyczące spraw religijnych) lub uwag na temat organizacji "urzędowania" w parafii. A przecież chcę żyć życiem mojego kościoła, anie tylko "zapewniać frekwencję". :(
  • Verbum
    30.12.2017 19:53
    "KOLĘDA"? Poznań - duża parafia - blok na osiedlu (1 klatka) - kilkadziesiąt mieszkań - jedno popołudnie - często "wypożyczony" kapłan lub kandydat na kapłana - kilka minut na jedno mieszkanie - czy to ma sens??? NIE SĄDZĘ! Po kilku godzinach "czekania" na "kolędę" każdy chce być już jak najszybciej po "kolędzie". Sytuacja księży także nie do pozazdroszczenia!!! Myślę, że ksiądz Tomasz zgodzi się ze mną. Moja propozycja jest bardzo prosta - duże miasta - duże parafie - "kolęda" co drugi rok lub nawet co trzeci (w zależności od możliwości kadrowych), tylko księża z parafii. Lepiej rzadziej a skuteczniej. Jestem przekonana, że "kolęda" w obecnej formie straciła swój ewangelizacyjny SENS i konieczne są gruntowne zmiany.
Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    1 2 3 4 5 6 7
    8 9 10 11 12 13 14
    15 16 17 18 19 20 21
    22 23 24 25 26 27 28
    29 30 31 1 2 3 4
    5 6 7 8 9 10 11