Cud Mszy za Ojczyznę

"Tu, na tej Mszy świętej, serca zamknięte bólem otwierają się do tych, którzy ten ból wywołali, bo tak każe Chrystus w Ewangelii." Fragment książki Mileny Kindziuk "Cuda księdza Jerzego" publikujemy za zgodą wydawnictwa Znak.

W trudnym okresie stanu wojennego z jednej strony, z dalekiego Rzymu, krzepił Polaków papież Jan Paweł II. W Polsce natomiast podnosił ludzi na duchu skromny, drobny i schorowany ksiądz Jerzy Popiełuszko. Nie naukowiec, nie wielki mówca na miarę Wojtyły czy Wyszyńskiego, ale zwykły kapłan, rezydent w parafii św. Stanisława Kostki.

 - Był prawdziwym człowiekiem, prostym i dobrym - mówił o nim ksiądz proboszcz Bogucki. I dalej tak go charakteryzował: - Nie chorował na wielkość, nie udawał bohatera, nie lubił oklasków. Był zwyczajny, jak my. Bardzo koleżeński i ze wszystkimi za pan brat. Był bardzo delikatny, nikogo nie obraził, nie pamiętał urazy. Proboszcz Bogucki miał wielkie wsparcie w księdzu Jerzym. Toteż gdy zaczął odprawiać na Żoliborzu Msze za Ojczyznę, niemal od razu pomocą służył mu Popiełuszko.

Milena Kindziuk: "Cuda ks. Jerzego"   www.znak.com.pl Milena Kindziuk: "Cuda ks. Jerzego" Był ciepły, październikowy wieczór 1980 roku. Ostatnia niedziela miesiąca. Wtedy właśnie ksiądz Bogucki odprawił pierwszą taką Mszę. Przybyli na nią nie tylko parafianie, lecz także mieszkańcy innych dzielnic Warszawy: lekarze, nauczyciele, prawnicy, przede wszystkim jednak robotnicy. Dużo robotników. I to chyba sprawiło, że odprawianie tych Mszy proboszcz powierzył księdzu Popiełuszce. Bo to on przecież miał doskonały kontakt ze światem pracy. Miał doświadczenie, prowadził już duszpasterstwo wśród hutników.

 - Proboszcz traktował Jerzego jak kogoś bardzo bliskiego, niemal jak syna. Nie wchodziła więc w grę rywalizacja, względy ambicjonalne. Jeżeli widział, że ksiądz Popiełuszko ma lepszy kontakt z ludźmi, chętnie oddał mu te Msze Święte, by je po prostu po nim przejął - tłumaczy ksiądz Jan Sikorski.

I tak 17 stycznia 1982 roku ksiądz Popiełuszko po raz pierwszy samodzielnie odprawił Mszę za Ojczyznę. Stanął wtedy nie tylko przed hutnikami, ale przed całą Polską. Bo ludzi było tak dużo, że w świątyni nie mogli się pomieścić. Zgromadzili się w pobliskim parku, na ulicy, wokół parkanu. Zebrało się dwadzieścia tysięcy osób, a może i więcej. Ksiądz Jerzy nie wiedział, czy będzie tak zawsze. Nie rozumiał wtedy biegu tych zdarzeń. Miał jednak przeświadczenie, że to swoisty cud. I że tu w ludzkich sercach będą się dokonywać wielkie rzeczy. I właściwie nie wiadomo, kiedy ten młody, trzydziestopięcioletni kapłan, fizycznie słaby, mizerny, o ascetycznych rysach twarzy, zgromadził wokół ołtarza tak ogromne tłumy. Zaczęli przyjeżdżać ludzie z całej Polski, od Bałtyku po Tatry: robotnicy, ale też studenci, intelektualiści, a nawet członkowie partii komunistycznej, którzy tłoczyli się w środku. I w jakiś tajemniczy, dla nikogo niezrozumiały sposób ksiądz Jerzy sprawiał, że z miesiąca na miesiąc te Msze zyskiwały coraz większą popularność.

Każda kolejna Msza za Ojczyznę miała już swój ustalony rytuał. W ostatnią niedzielę miesiąca na Żoliborz zjeżdżali się ludzie z całej Polski. Mimo że Msza była dopiero wieczorem, już od rana zbierali się wierni, czuło się atmosferę jakiegoś wielkiego wydarzenia w parafii. Solidarność z każdego regionu przywoziła swój sztandar. Plastycy dekorowali kościół. W mieszkaniu księdza Jerzego zaś, jak na dworcu, od świtu panował wielki ruch. Ludzie wchodzili i wychodzili. Bez pukania, bo drzwi były wciąż otwarte. Tylko na dole, przed bramą główną, czuwała Kościelna Służba Porządkowa. Bo wokoło kościoła cały czas kręcili się esbecy. Pilnie wykonywali powierzone zadanie: obserwowali kościół, ludzi, także każdy ruch i każdy gest księdza Jerzego. I tych, którzy z nim przebywali. Dlatego tak bardzo bał się, by nikogo nie narażać, by nie doszło do prowokacji czy jakichś zamieszek, które mogłyby zniszczyć cel zgromadzenia: wspólną modlitwę.

Ksiądz Jerzy wzbogacił oprawę Mszy za Ojczyznę. Zapraszał na nie aktorów: Maję Komorowską, Annę Nehrebecką, Kazimierza Kaczora, Marię Homerską, Romę Szczepkowską, Leona Łochowskiego i wielu innych. Prosił, by czytali fragmenty Ewangelii i psalmy. Także passusy z klasyki literackiej, szczególnie Słowackiego i Krasińskiego. Z zapartym tchem słuchała tych tekstów nie tylko inteligencja, ale też robotnicy. A ksiądz Jerzy się z tego cieszył. Uroczystość kończył zwykle śpiew popularnej wtedy pieśni: „Ojczyzno ma, tyle razy we krwi skąpana, ach, jak wielka jest twoja rana, jakże długo cierpienie twe trwa...”. Niekiedy ludzie unosili wtedy w górę krzyże albo ręce z palcami ułożonymi w kształcie litery V (Victoria - Zwycięstwo).

Wielu ludzi przeżywało cudowne duchowe przemiany. Aktorka Roma Szczepkowska wspominała kiedyś, że w czasie spowiedzi mówiła księdzu Jerzemu, że nie może sobie poradzić z nienawiścią.  - Ja tego nie przewalczę - uznała.
Wtedy on odparł:  - Ale wiesz, że nie mogę udzielić ci rozgrzeszenia. Odeszła. Dogonił ją tuż przy bramie, mówiąc błagalnie:  - Proszę cię, spróbuj. Uczynił znak krzyża.  - I od tej chwili nigdy już nie doświadczyłam uczucia nienawiści - oznajmiła.

Inny przykład:  - Z Mszy za Ojczyznę, które on odprawiał, wychodziłam wewnętrznie uspokojona. Dzięki słowom księdza przezwyciężyłam w sobie niechęć do tych, którzy wyrządzili tak wiele krzywd narodowi. On miał tę charyzmę: sprawiał, że ludzie potrafili pozytywnie ustosunkować się nawet do swoich wrogów - wspomina Katarzyna Soborak, dziś szefowa archiwum księdza Jerzego.

Wielu ludzi pod wpływem słów księdza Popiełuszki czuło w cudowny sposób odchodzącą z ich serca nienawiść do prześladowców. To musiał być cud, bo ludzkimi siłami tej nienawiści nie byli w stanie się wyzbyć. - Nie wiem, jak on to robił, ale naprawdę wyzwalałam się z negatywnych uczuć do tych, którzy nas krzywdzili na co dzień. Zaczynałam im współczuć, uczyłam się inaczej postrzegać świat - opowiadała doktor Barbara Janiszewska.

Profesor Klemens Szaniawski zaś podkreślał:  - W tym skromnym, serdecznym człowieku mieszka wielki duch, który przemawia przezeń, ilekroć staje jako kapłan przy ołtarzu. W słowach, które do nas kieruje, zawarta jest odpowiedź na najtrudniejszy bodaj problem moralny naszych czasów: jak walczyć ze złem i zarazem ustrzec się od nienawiści względem tych, którzy są jego nosicielami?

Msze za Ojczyznę, jak do dziś podkreślają ich uczestnicy, z pewnością stanowiły prawdziwą namiastkę wolności, azyl bezpieczeństwa. Przede wszystkim jednak były miejscem głębokiej modlitwy. Często zdarzało się, że ludzie się nawracali, że po wielu, wielu latach wracali do Kościoła, spowiadali się i przemieniali swe życie. I z tego ksiądz Jerzy najbardziej się cieszył. Tak jak w Hucie Warszawa, największą satysfakcję sprawiał mu widok robotników klękających przy kratkach konfesjonału, a potem przystępujących do Komunii.

Popiełuszko był schorowany, słaby, nieregularnie przyjmował lekarstwa, nie dbał o właściwe odżywianie, a mimo to miał w sobie wiele siły. Wewnętrznej siły. Był mocny siłą charyzmy, która sprawiała, że umiał zawładnąć tłumem. Stawał przy ołtarzu jak aktor na scenie. Tylko że on nie grał, nie czynił niczego na pokaz. A ludzie, jak dzieci, z ogromną ufnością wpatrywali się w ołtarz. Przestawali się śpieszyć, narzekać, złorzeczyć. I zaczynali się modlić. Słuchali pilnie, gdy mówił rzeczy niepopularne: o darowaniu win, przebaczeniu, zwyciężaniu zła dobrem. Dawał ludziom nadzieję, której tak bardzo wtedy potrzebowali. Dlatego wielu pisało do niego listy:

„Wielebny Księże Jerzy, pragnę gorąco podziękować za to, że nauki Księdza oczyszczają moje serce od złych i mściwych myśli, jakie żywię do ludzi źle mi czyniących. Nauczył mnie Ksiądz modlić się za nieprzyjaciół i wybaczać wrogom”.

„Byłam internowana, wzrosła we mnie nienawiść i agresja do tych, którzy brutalnie przerwali moje życie zawodowe (jestem dziennikarką), oderwali mnie od domu i dziecka. Ten bunt został we mnie, dokąd nie trafiłam na Mszę św. odprawianą przez Księdza w intencji ojczyzny. Ta wspólna modlitwa zrobiła na mnie ogromne wrażenie i podniosła na duchu. Zrozumiałam, że nie jestem sama ze swoim doświadczeniem i że ma ono sens. Te Msze św. to nowe spotkanie z Bogiem, inne niż do tej pory”.

Listów o takiej treści ksiądz Jerzy otrzymywał setki. Gdy się je dzisiaj czyta, wyraźnie widać, jak pod wpływem słów księdza Jerzego nienawiść ustępowała miejsca miłości i przebaczeniu. Jak wiele dokonywał cudów już za życia:

„Uważam to za wspaniałe, że mądrość i siła Księdza zbliżają nas do Boga i do siebie nawzajem. Jestem innego wyznania, a mimo to bardzo są budujące dla mnie msze w waszym Kościele. Dziękuję Bogu za osobę Księdza”.

„Uczucie nienawiści jest niegodne chrześcijan i jeżeli na skutek smutnych i bolesnych wydarzeń mających miejsce w naszym kraju kiełkuje ono w niektórych duszach, to zostaje wyciszone w czasie słuchania homilii Księdza”.

„Tu, na tej Mszy świętej, serca zamknięte bólem otwierają się do tych, którzy ten ból wywołali, bo tak każe Chrystus w Ewangelii; tu otwierają się pięści zaciśnięte na wrogów - nie wrogów, lecz błądzących”.

Są też takie świadectwa:  - Przywrócił mi wiarę w Boga - wyznała kiedyś Danuta Szaflarska, znana aktorka. - Nie wierzyłam i nie chodziłam do kościoła od czterdziestu lat. Nie lubiłam księży i Kościoła. Córki nie ochrzciłam i nie posyłałam na religię. Spotkałam księdza Jerzego na procesach w czasie stanu wojennego. Poprosił mnie, żebym w czasie Mszy świętej przeczytała wiersz, zgodziłam się chętnie. Spotykałam księdza Jerzego codziennie w sądzie, zaprzyjaźniłam się, zaczęłam chodzić na Msze za Ojczyznę, ale nie z pobożności, tylko na znak protestu przeciw temu, co się działo. Powiedziałam księdzu Jerzemu, że nie wierzę i nie potrafię uwierzyć w Boga. Ksiądz Jerzy mnie nie nawracał, nie namawiał, tylko był. I to, jaki był, zaczęło wywierać na mnie ogromny wpływ. Myślę, że z nim był Chrystus. I jednego dnia poprosiłam go o spowiedź. To było niezwykłe, bo uwierzyłam i wierzę, a mówił mi wtedy o wielkiej miłości Chrystusa. I Bóg objawił mi się inny, niż uczono mnie w młodości, był bliski, wyrozumiały i kochany. I taki też był ksiądz Jerzy, i jemu zawdzięczam to wszystko.

Ewa Tomaszewska wspomina, że ksiądz zapytał ją kiedyś, dlaczego nie przychodzi na Msze za Ojczyznę.  - Odpowiedziałam, że uchodzą one za polityczne spotkania i że mnie to denerwuje. Wtedy ksiądz Jerzy odparł ze spokojem:  - A czy ty wiesz, ile ludzi spotkało się na nich z Panem Bogiem? Ilu się nawróciło?  - Poszłam więc na tę Mszę i od tej pory uczestniczyłam już w nich regularnie. Przekonałam się, jak wielka siłę miała ta wspólna modlitwa. I że naprawdę można na niej doświadczyć Boga.

Dla Marcina Przeciszewskiego te liturgie były miejscem głębokiej modlitwy.  - Nie były to manifestacje polityczne, ale autentyczne przeżycie religijne, podobne do modlitwy na Mszy Świętej papieskiej w roku 1979 podczas pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Polski.

Nie było w tych kazaniach akcentów politycznych, choć takie zarzuty wtedy oficjalnie wysuwano. Choć przecież ksiądz Jerzy miał wówczas wielką szansę zaangażowania się bezpośrednio w politykę. Mógł stać się nawet działaczem politycznym. Ale świadomie tego nie uczynił. Inaczej pojmował swe posłannictwo. Chciał przede wszystkim przybliżyć ludzi do wiary.

Mówił o tym mecenas Edward Wende:  - Nigdy nie wydawał swoim wiernym poleceń politycznych, ale komuniści nie mogli tego zrozumieć. Mówił prawdę, która była dla nich niewygodna, ale zawsze głosił ją w kontekście Ewangelii. Analizowałem zresztą te kazania pod kątem ewentualnego procesu. Nie było w nich żadnych haseł politycznych. Nie wzywał też nigdy do buntu, zamieszek.

Wiadomość o Mszach za Ojczyznę rozchodziła się po Polsce jak błyskawica. Ludzie z ust do ust podawali sobie wiadomość, że oto na Żoliborzu, w Warszawie jest ksiądz, który umie czynić cuda. I to właśnie stało się przyczyną, dla której Mszami za Ojczyznę coraz bardziej interesowały się Służby Bezpieczeństwa. Komuniści niepokoili się, że wokół księdza Jerzego gromadzą się tak wielkie tłumy. Zaczęła się akcja zastraszania.

 - Propaganda dotycząca tych Mszy była negatywna. Niezbyt entuzjastycznie mówiono o nich nawet w niektórych kręgach kościelnych - wspomina ksiądz Jan Sikorski. Na początku on sam również był uprzedzony do tego typu celebracji. Kiedyś jednak poszedł na nią z ciekawości.  - I osłupiałem z wrażenia! - mówi. Był wtedy ojcem duchownym w warszawskim seminarium, gdzie dość głośno było o żoliborskich Mszach za Ojczyznę. Nie spodziewał się jednak na nich tak podniosłego nastroju, głębokiej religijności, siły modlitwy.  - Wtedy zobaczyłem, kim tak naprawdę jest ksiądz Jerzy dla tych ogromnych rzesz ludzi, jak bardzo jest szanowany i jak go słuchają, jakie znaczenie odgrywa ta Msza Święta w ich w życiu. Zrozumiałem, co znaczyły dwie godziny wolnej Polski podczas Mszy na Żoliborzu. I jak wielką krzywdę robi się księdzu Popiełuszce, mówiąc, że jego działanie było uprawianiem polityki.

Po tej Mszy Świętej ksiądz Sikorski podszedł do Popiełuszki i powiedział:  - Słuchaj Jurek, zobaczysz, że ten plac przed kościołem będzie się kiedyś nazywał placem Popiełuszki, a ty jesteś jak mały papież.  - Roześmiał się wtedy serdecznie, przyjął oczywiście moje słowa jak żart - opowiada ksiądz Sikorski.

«« | « | 1 | » | »»

TAGI| KOŚCIÓŁ

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Dodaj komentarz
Gość
    Nick (wymagany lub )

    Ze względów bezpieczeństwa, kiedy korzystasz z możliwości napisania komentarza lub dodania intencji, w logach systemowych zapisuje się Twoje IP. Mają do niego dostęp wyłącznie uprawnieni administratorzy systemu. Administratorem Twoich danych jest Instytut Gość Media, z siedzibą w Katowicach 40-042, ul. Wita Stwosza 11. Szanujemy Twoje dane i chronimy je. Szczegółowe informacje na ten temat oraz i prawa, jakie Ci przysługują, opisaliśmy w Polityce prywatności.

    Pobieranie...

    Archiwum informacji

    niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
    27 28 29 30 31 1 2
    3 4 5 6 7 8 9
    10 11 12 13 14 15 16
    17 18 19 20 21 22 23
    24 25 26 27 28 29 30
    1 2 3 4 5 6 7