Choleryk spowiada się z tego, że się zdenerwował, a melancholik, że nie zareagował i wycofał na z góry upatrzone pozycje. Czy emocje mają wartość moralną? Czy można powiedzieć, że są dobre albo złe?
Temat nie wziął się z kosmosu. Przewijał się często w listach do redakcji, w rozmowach z kierownikami duchowymi, spowiednikami czy rekolekcjonistami. Na co dzień przerabiamy go na własnej skórze w rodzinach, w których emocje sięgają zenitu, jak na derbach Śląska. – Temat naszych drogich i kochanych uczuć, bez których żyć się nie da, ale i z nimi trudno, powraca nieustannie jak bumerang – uśmiecha się s. Bogna Młynarz ze Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Duszy Chrystusa Pana. – Jak możemy na co dzień radzić sobie z trudnymi emocjami, np. poczuciem zniechęcenia, braku nadziei, z tym, że coś nam może się nie udać, z niewiarą w siebie? Co robić, kiedy te uczucia nas w jakimś sensie paraliżują, nie pozwalają działać? – pytają często ludzie. Czy uczucia mają wartość moralną? Czy można powiedzieć, że są dobre albo złe?
Dzikość serca
– Świat naszych uczuć jest niezwykle ciekawy. I trochę nieoswojony, żeby nie powiedzieć dziki – opowiada s. Bogna. – Rządzi się swoimi prawami i są one odmienne od tych, którymi kieruje się nasz rozum. Dlatego dla naszej rozumnej części duszy uczucia jawią się często jako mali anarchiści burzący porządek i ład. Ale to nie jest świat bez zasad. I właśnie znajomość tychże zasad może ułatwić „zarządzanie” uczuciami. Po pierwsze: uczucia po prostu są. Pojawiają się i znikają niezależnie od decyzji naszej woli. I z tym trzeba się pogodzić. Nic nie pomogą argumenty, postanowienia, ignorowanie, naciski. Przeciwnie, uczucia ignorowane lub poddane represjom nie znikają, ale zaczynają działać w ukryciu całkowicie poza naszą kontrolą. Uznajmy wszystkie uczucia, które w nas się rodzą. Trzeba je przyjąć jak własne dzieci. Bez podziału na brzydkie i ładne. Wszystkie są nasze. Z tej zasady wynika także inny, jakże kojący wniosek: uczucia nie mają oceny moralnej. Czyli nie można o nich powiedzieć, że są złe lub dobre. Dzielą się raczej na przyjemne lub nieprzyjemne, a to całkiem inna kategoria.
Ocenie moralnej może podlegać tylko to, na co mamy wpływ – nasze decyzje: świadome i dobrowolne. Uczucia nie mają oceny moralnej, ale to, co z nimi robimy, już tak. Gniew rodzi się we mnie bez mojej odpowiedzialności, ale jeśli go w sobie „nakręcam” i podejmuję pod jego wpływem decyzje, to jest to już moje świadome działanie. Zatem uczucia, które w nas się rodzą (nawet te, których najmniej byśmy sobie życzyli!), nie muszą wpływać na naszą samoocenę. Zapewniam, że święci też mieli wredne uczucia. – Ojciec Pio reagował często niezwykle dynamicznie, ostro, wszystko w nim się gotowało – dopowiada kapucyn Piotr Jordan Śliwiński, współzałożyciel „Szkoły dla spowiedników”. – Ale pamiętajmy o tym, że każde takie zachowanie odchorowywał. Żałował, spędzał długie godziny na modlitwie za osobę, którą potraktował „z góry”, płakał. Zmagał się z tymi zachowaniami.
Biznesmen drze gazety na strzępy
– Czy ludzie spowiadają się z tego, że są zdenerwowani? – pytam o. Jordana. – Jasne. Bardzo często słyszymy takie rzeczy. Dlatego niezwykle ważne jest oddzielenie dwóch rzeczywistości. Problem nie tkwi w tym, że ktoś się zdenerwuje (mam prawo się na kogoś zirytować, a nawet nie zapanować nad kipiącymi we mnie emocjami). Problem jest w tym, co z tym później zrobię. Trudno mówić o odpowiedzialności moralnej na przykład w przypadku człowieka, który tak bardzo się wystraszył, że uczucie lęku sparaliżowało go do tego stopnia, iż nie był w stanie działać. Uczucia – jak przypomina Katechizm Kościoła Katolickiego – same w sobie nie są ani dobre, ani złe. To jasne. Ale problem zaczyna się, gdy na przykład regularnie po przyjściu z pracy reaguję w domu wobec najbliższych agresją, czyli zachowuję się w sposób, którego później bardzo się wstydzę. W pracy muszę powstrzymywać gniew, ale potem, gdy wracam spięty, zdenerwowany, zestresowany, jakiś niewielki nawet bodziec może sprawić, że odreagowuję.
Nawet jeśli moje intencje były czyste i naprawdę nie chciałem niczego takiego uczynić, to widzę przecież skutki tego, co zrobiłem. Słyszę płacz, widzę smutek, poczucie krzywdy u najbliższych. I wówczas warto zadać sobie pytanie: co mogę z tym zrobić? A co mogę zrobić? Mogę nauczyć się relaksowania. Mogę się nauczyć wyrzucania agresji inaczej niż „w człowieka”. Na przykład w jakiś gadżet, przedmiot. Mam przyjaciela biznesmena, który w chwilach gniewu i wielkiego napięcia bierze karton pełen starych gazet, który trzyma w swoim gabinecie, zamyka się i zaczyna je drzeć. Nie odreagowuje na pracownikach, na otoczeniu. Ale generalnie to już raczej problem dla psychologa niż spowiednika czy kierownika duchowego. Granica między tym, że zdenerwuję się i mam zamiar krzyknąć na domowników, a realizowaniem tego jest niezwykle cienka. W jaki sposób ją określić? – przerywam o. Jordanowi. – Granice te są wyraźnie wyczuwalne – wyjaśnia kapucyn. – Każdy je w sobie rozpozna. Jest ogromna różnica między powiedzeniem niemiłej rzeczy dziecku a podniesieniem na nie ręki.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Powrót do źródeł Kościoła bardzo nam służy. Ksiądz nie musi znać się na wszystkim.
Ewangelizacja nie opiera się na skuteczności struktur ani na znaczeniu społecznym...
Od wielkich organizacji katolickich po lokalne inicjatywy z Polski.
Doroczne zgromadzenie dyrektorów światowej sieci Papieskich Dzieł Misyjnych.