Dotknij Go!

Ludzie chcą w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć – przekonuje bp Grzegorz Ryś. – Chcą Go dotknąć. I dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą.


Aula nabita do ostatniego miejsca. Ludzie ściśnięci jak sardynki w puszce. Mnóstwo siedzi wprost na podłodze. Rusza spotkanie z bp. Grzegorzem Rysiem, opowiadającym o swej książce: „Wiara z lewej, prawej i Bożej strony”. Włączam dyktafon i zamieniam się słuch:


– Wspólnota to nie tłum. Tłum nie dostrzega osób – zaczyna 
bp Ryś. – Mnie się życie kapłańskie potoczyło tak, że rok po byciu „normalnym” księdzem w fantastycznej parafii w Kętach „wrócono mnie” do Krakowa na studia. Nie raz pomyślałem, że gdybym przestał odprawiać Mszę, to mój biskup by nawet o tym nie wiedział. Straciłem kontakt z dużymi wspólnotami i całe kapłaństwo aż do chwili, gdy zostałem biskupem, przeżywałem w łączności z malutkimi grupami.

Najbardziej ze wspólnotą, która się dziś nazywa namARKA (przez lata nie potrzebowaliśmy żadnej nazwy). Jest nas dziś koło setki, jeśli liczyć drugie pokolenie. To niesamowite, jak można z kimś przeżywać wiarę niezwykle intensywnie. Takim ludziom nie głosi się kazań. Z takimi ludźmi się rozmawia. Ta wspólnota trwa ćwierć wieku, a więc została „sprawdzona”. To sprawdzenie wspólnoty zawsze ostatecznie polega na tym, że jeśli na końcu jest coś, co nam każe trzymać się razem, to jest to Pan Jezus. Wszystko inne odpada jak tynk od ściany. Najpierw można być kolegą ze szkoły, mogę mieć w grupie jakieś sympatie, ale w ciągu 25 lat musi wydarzyć się coś takiego, że jeden drugiemu „zrobi źle”. To wszystko musi się zdarzyć. I jeśli się to zdarza, a ludzie w dalszym ciągu chcą się spotykać dwa razy w tygodniu i trzy razy w roku wyjeżdżać na rekolekcje, zapraszają się na chrzciny swoich dzieci, poszczą za siebie nawzajem, to znaczy, że ostatecznym argumentem jest Pan Jezus. Takich wspólnot w Kościele są dziesiątki, jeśli nie setki tysięcy.


Czy w Kościele można dotknąć żywego Jezusa? Oczywiście. Ludzie chcą dziś w Kościele zobaczyć Jezusa, a nie tylko o Nim usłyszeć. Chcą Go dotknąć i dopóki tego nie zrobią, nie uwierzą. Myślę, że nie bez przyczyny nieustannie wałkujemy temat, że w Kościele trzeba zacząć mówić o Panu Jezusie. I jestem przekonany, że coraz więcej z nas o Nim mówi. I to w taki sposób, że najpierw sami jesteśmy konfrontowani z Jego obecnością, i o tyle, o ile jesteśmy z nią konfrontowani, otwieramy na to spotkanie innych.


Przykład z tegorocznej pielgrzymki krakowskiej na Jasną Górę. W grupie ruszającej ze Śródmieścia idzie około 2,5 tys. ludzi. W Bramie Krakowskiej sprawowaliśmy Eucharystię. Czytania mówiły wprost o Jezusie, więc dobrze się zaczęło już na początku. (śmiech) Kiedy nadszedł czas Komunii, powiedziałem: „No to sobie teraz siądźcie”. Usiedli, trochę zdumieni. Najtrudniej było księżom, bo nie wiedzieli, że będzie przerwa w liturgii. Na ołtarzu został tylko Pan Jezus. Powiedziałem: „On jest gotowy do spotkania. On chce być zjedzony. Zatrzymajmy się na chwilę w ciszy. Przez minutę postarajmy się postawić w Jego gotowości bycia dla nas”. Po minucie (modliłem się, jak umiem, prosząc, bym potrafił wybrać Go tak, jak On mnie wybrał, i zjednoczyć się z Nim tak, jak On chce się zjednoczyć ze mną) zaproponowałem: „Kto może podejść do Komunii świętej, to zapraszam. A tych, którzy z tysięcy różnych powodów nie mogą tego uczynić, zapraszam, by podeszli tak jak małe dzieci po błogosławieństwo, trzymając palec na ustach. Niech przyjdą po duchową Komunię”. To musiało być dla nich trudne, ale wyszli. Niektórzy byli tak przejęci, że mnie kładli palec na usta. (śmiech) Przyszli! Widziałem, ile kosztuje ich to wyjście.

Weź zrób z siebie takiego dzieciaka, który wychodzi z palcem na ustach… Zrobisz to tylko wtedy, gdy czujesz, że nie możesz przejść obojętnie obok Jezusa, który jest na ołtarzu. To nie jest pobożna czynność pt. „Komunia święta”, ale żywy, prawdziwy Jezus. Przez następne dni spowiadaliśmy wiele osób, które opowiadały, że to wydarzenie bardzo wiele w nich uruchomiło. Pamiętam, jak Wojtek Ziółek miał konferencję i powiedział: „Obserwowałem, co się dzieje. Widziałem tych, którzy podchodzili, i tych, którzy nie podeszli. Myślicie, że nic się nie stało? Sam Jezus wówczas podszedł do was, by opatrzyć w was te rany, które wam nie pozwoliły wyjść”. Więc proszę mi nie mówić, że nie ma w Kościele możliwości postawienia każdego z nas w obecności Jezusa, czyli wobec doświadczenia, które zmienia absolutnie wszystko.


On mnie tam widział!


Kocham Kościół, bo to on przekazuje mi Jezusa Chrystusa i jest dla mnie Jezusem Chrystusem. Gdy byłem rektorem seminarium, mówiłem klerykom, że dokąd nie spotkają Jezusa zmartwychwstałego, nie mogą być apostołami. I w końcu ktoś dociekliwy zapytał: „A kiedy ksiądz biskup (byłem tuż po święceniach biskupich) Go ostatni raz spotkał”. Opowiedziałem o dwóch wydarzeniach, które mi się nałożyły. Byłem w Ziemi Świętej. Siedziałem na Górze Błogosławieństw i czytałem Ewangelię Łukasza o tym, że Jezus na tej górze modlił się całą noc, a potem wybrał dwunastu apostołów. Pamiętam, że miałem mocne poczucie, że On mnie tamtej nocy widział. Zapisałem sobie na marginesie Biblii, że moje kapłaństwo jest owocem tamtej nocnej modlitwy Jezusa. Wróciłem do Krakowa. Na noc przed moją sakrą podeszli do mnie klerycy i powiedzieli: „Czy możemy się za księdza biskupa całą noc modlić?”. „Całą nie – odparłem – ale pół nocy – zgoda”. I wtedy zrozumiałem, że to jest właśnie ten Jezus, który chce się za mnie w nocy modlić, bym rano urodził się apostołem.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6