Żebym ja cierpiała…

Gdy odejdę, prosić będę o miłosierdzie Boże dla tych, którzy tego miłosierdzia potrzebują – pisała w liście do franciszkanina, brata Feliksa Grabowca, wielka charyzmatyczka cierpienia z Lublina. 


Była małą dziewczynką, gdy została na świecie zupełnie sama. Osierocona przez rodziców Róża Wanda Niewęgłowska trafiła do Domu Dziecka w Lublinie. W 1948 r., w wieku 22 lat, zachorowała na chorobę Heinego-Medina. Po kilkuletnim leczeniu szpitalnym lekarze wydali wyrok, że kobieta nigdy już nie będzie mogła chodzić ani nawet usiąść. Nieuleczalnie chorą umieszczono w Domu Pomocy Społecznej w Lublinie, gdzie przebywała do końca życia (16 września 1989 roku). 


Przeszła cztery zawały serca. Trzy razy śmierć kliniczną. Miała też ciężką astmę oskrzelową, która powodowała obrzęki i duszności. Z wiekiem chorób przybywało. Dopóki mogła leżeć na wysoko ułożonych poduszkach, pracowała chałupniczo dla Spółdzielni Inwalidów, dla której robiła kapsle do butelek.

Jak opowiadają ci, którzy Wandę znali osobiście, była tak bardzo energiczną i aktywną osobą z niesamowitym zmysłem organizacyjnym, że gdyby nie choroba, mogłaby nawet kierować państwem. 
W 1962 r. za namową ks. Wacława Hryniewicza przyjęła biały szkaplerz tercjarzy dominikańskich i zakonne imię Róża, a od 1982 r. za zgodą przeora dominikanów w Lublinie nosiła habit.


Więcej boleści, 
więcej łask


– Przez 40 lat trwała heroicznie pod krzyżem, z miłością przyjmując każde cierpienie, którym pragnęła wypraszać łaski Boże dla proszących ją o modlitwę – opowiada brat Feliks Grabowiec, jeden z orędowników wyniesienia skromnej tercjarki dominikańskiej na ołtarze.

– Poznałem ją w Niepokalanowie, gdzie została przywieziona na wypoczynek przez studentów z Lublina. Od razu zauważyłem, że jest niezwykłą osobą, całkowicie oddaną Bogu – wspomina brat Feliks. – Umiała się uśmiechać mimo cierpienia i nigdy się nie użalała. W jej obecności odczuwało się bliskość Boga – dodaje zakonnik.

Brat Feliks od tego czasu, kiedy tylko mógł, odwiedzał s. Różę w Lublinie w Domu Pomocy Społecznej. Odwiedzali ją także inni, być może dlatego, że zawsze za wszystkich się modliła.

– Dużo ludzi do niej przychodziło, bo ona swoimi cierpieniami wypraszała łaski Boże. A im większe miała cierpienia, tym więcej łask wypraszała – podkreśla brat Feliks. 
Podobnie wypowiada się o s. Róży jej lekarz, dr Krzysztof Włoch.

– Widziałem setki osób, które przychodziły prosić ją o modlitwę. Jako jej lekarz byłem świadkiem, jak wiele osób odwiedzających siostrę mówiło o łaskach, otrzymanych przez ich rodziny. Przyjeżdżali do niej z różnych stron świata. Czytałem błagalne listy wielu osób potrzebujących jej pomocy i późniejsze świadectwa uzdrowień. 


Siostra Róża prosiła Jezusa o błogosławieństwo w apostolstwie cierpienia. Pragnęła żyć i cierpieć dla Boga. Napisała: „Pan powołał mnie do wielkiego cierpienia” oraz „Gdyby łóżko mówiło, powiedziałoby, ile na nim wycierpiałam, ale nikt o tym się nie dowie”. Potrafiła nie tylko cierpieć, ale i dziękować Bogu za dar cierpienia, bo wiedziała, że ma ono wartość zbawczą. Powiedziała: „Swojego krzyża nie zamieniłabym na najlepsze zdrowie”, a w pamiętniku napisała: „Ja Jezusowi niczego nie odmówiłam i On też niczego mi nie odmówił”. Kiedyś przyznała się, że modliła się do Pana Jezusa, aby przedłużył jej życie, nawet za cenę dodatkowych cierpień, aby mogła wypraszać łaski potrzebującym. – Miała tak wiele chorób, że aż trudno sobie wyobrazić, że człowiek przez 40 lat może coś takiego znosić – mówi dr Włoch. 


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6