Historia chorego, nie choroby

Nic nie jest tak własne jak „własny” jest ból, cierpienie, krzyż. Za każdą historią choroby pisaną medycznym żargonem kryje się historia chorego. Ludzka historia. Ludzka do bólu.

Najgorsze było to, że kogokolwiek pytałem, zabierał mi nadzieję. Nawet ci, którzy się w końcu zdecydowali zoperować mi jedną stopę, mówili: „I tak ksiądz te nogi straci”. Ponieważ zawsze sobie dawałem radę z trudnymi sytuacjami, to się zawziąłem i szukałem pomocy na własną rękę. Musiałem podpisywać, że zgadzam się na wszelkie ryzyko. Byłem tak zdeterminowany, że nawet zgadzałem się na kolor trumny. Ale ta walka jakoś mnie trzymała.

Nawrócenie typu ściana

Katechizm: „Choroba może prowadzić do niepokoju, do zamknięcia się w sobie, czasem nawet do rozpaczy i buntu przeciw Bogu” (KKK 1501). Choroba redukuje człowieka do jego cielesności, do bólu, zawęża pole widzenia. – Na co dzień ciało jest jakby przezroczyste. Biegniesz i się nie zastanawiasz, że masz nogi, serce. A jak zaczyna coś nawalać, to zaczynasz to ciało odkrywać. Jest tendencja do zamykania się w świecie swojego ciała, bólu – przyznaje o. Śliwiński. – Zaczynasz rozumieć, jakie to jest wielkie, jeśli chorzy potrafią się interesować innymi, że to takie ciche bohaterstwo. Jeśli potrafią poświęcać czas czy modlitwę komuś innemu. Tak, cierpienie zawęża. Człowiek jest nim nieraz jakby przywalony. Ks. Antosz: – Siedzisz na wózku jak Hiob i przychodzą do ciebie „przyjaciele”. Snułem im opowieści o mojej chorobie i tak się psychicznie leczyłem. Ale oni wychodzili, zostawałem sam. Po pół roku odpowiadania na pytanie: „Czy jest lepiej?” czułem się tym zmęczony. Kiedy odmówiono mi definitywnie operacji drugiej nogi, zrozumiałem, że to jest wyrok, że tak już zostanie. Najpierw był bunt. Odeszła mi chęć do dalszej walki. Przestałem odbierać telefony, zauważyłem, że zaczynam zamykać się w sobie. Dostałem pismo z kurii: „Zwalniamy księdza z wszystkich obowiązków duszpasterskich”. No fajnie, i co dalej? Zamieszkałem w Domu Księży Emerytów. Byłem tam najmłodszy. O. Śliwiński: – Choroba to takie nawrócenie typu ściana, jak na kreskówkach. Uderzasz nagle w mur i czujesz, jak bezwładnie osuwasz się w dół. Kiedy leżałem na intensywnej terapii, psychicznie jeszcze cały czas biegłem, to trzeba zrobić, tamto, tekst, projekt. Ale przychodzi refleksja: słuchaj, człowieku, pomyśl, co jest najważniejsze, przecież mogłeś nie mówić w ogóle. Jest takie poczucie niemożności. Robisz, pracujesz, tworzysz, a teraz przychodzi pielęgniarka i mówi: „Szczęść Boże, będę ojca myła”. I myje cię jak niemowlaka. Nagle Bóg mi podpowiada, że trzeba na nowo zbudować hierarchię wartości. Co jest naprawdę ważne? Mamy taką tendencje do oceniania siebie przez to, co zrobiłem. A liczy się to, kim ja jestem przed Bogiem, a nie to, co zrobiłem. Ksiądz Tischner jeszcze jako zdrowy człowiek pisze: „Choroba wyostrza nasz wzrok. Być może na zewnątrz widzimy gorzej, ale do wewnątrz, w zakamarki naszego serca, widzimy lepiej. Być może dopiero teraz naprawdę spotykamy się sami ze sobą”.

Uszlachetnia czy nie?

Katechizm: „Choroba… może także być drogą do większej dojrzałości, może pomóc lepiej rozeznać w swoim życiu to, co nieistotne, aby zwrócić się ku temu, co istotne. Bardzo często choroba pobudza do szukania Boga i powrotu do Niego” (KKK 1501). – Pan Bóg mnie nie opuścił – kontynuuje swoją opowieść ks. Antosz. – Najpierw walczyłem o zdrowie u lekarzy. To była siła od Boga. Potem posyłał mi tych przyjaciół. Odchodziły te sesje terapeutyczne, obiecywali mi modlitwę, pomagali finansowo. Czułem, jak Pan Bóg mnie oczyszcza i ogołaca. Nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Kupiłem sobie nawet model okrętu do sklejania, no bo przecież coś muszę robić. Mówi się, że w chorobie jest więcej czasu na modlitwę. Podjeżdżałem na wózku do kaplicy na wystawienie Najświętszego Sakramentu, ale głowa mi zaraz opadała na bok, budziłem się na błogosławieństwo. Wyczytałem wtedy zdanie ks. Szymika z kazania prymicyjnego: „Deus providebit”, czyli „Bóg się zatroszczy”. No więc czekałem, czy się zatroszczy. Okazało się, że nigdy nie brakowało mi intencji do odprawiania. To było ważne, bo miałem jakieś pieniądze na życie i lekarstwa. Zacząłem po raz pierwszy tak intensywnie myśleć o tych ludziach, za których odprawiałem Msze. Doszło do mnie w końcu, że skoro moja choroba jest już nieodwołalna, muszę przestawić swoje życie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12