Boże, czy to nie przesada?

O codziennych Mszach św., trudnych rozmowach z Bogiem i traumie grudniowej z Bogdanem Ciuńczykiem rozmawia Agnieszka Napiórkowska.

Agnieszka Napiórkowska: Czy trwający Rok Wiary był dla Ciebie impulsem i zachętą do refleksji nad swoją wiarą?

Bogdan Ciuńczyk: Ostatnie dwa lata są dla mnie bardzo trudne duchowo. Mógłbym powiedzieć, że jest to czas hiobowy, w którym moja wiara została wystawiona na ciężką próbę. Trwam, wierzę i tego się trzymam.

Zanim porozmawiamy o trudnych wydarzeniach, chciałam Cię zapytać, jaki był Twój dom. Czy pierwszymi nauczycielami wiary byli Twoi najbliżsi?

W moim domu gorliwości nie było. Byłem ochrzczony, przystępowałem do sakramentów, ale nie mogę powiedzieć, że wiarę wyssałem z mlekiem matki, że całą rodziną systematycznie chodziliśmy do kościoła. Co to, to nie. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy poszedłem do szkoły średniej. Wtedy obudziła się we mnie jakaś wewnętrzna potrzeba chodzenia do kościoła. Realizowałem ją niemal codziennie. Po jakimś czasie myślałem nawet o wstąpieniu do seminarium. Ale stało się inaczej.

Czas studiów był dla Ciebie okresem szczególnej bliskości z Bogiem...

Tak, to prawda. Studiując w Gdańsku, związałem się z dominikańskim duszpasterstwem akademickim. I tam znów bardzo często chodziłem do kościoła. Modliłem się. Przez trzy lata śpiewałem w scholi. Uczyliśmy się starych śpiewów łacińskich, pochodzących czasem z XVII w. To było dla mnie coś rewelacyjnego. Bardzo lubiłem się nimi modlić. Wtedy czułem, że Bóg jest blisko mnie, że jest dla mnie bardzo ważny. Był to okres duchowego wzrastania. Bliższego poznawania Boga i świadczenia o Nim choćby we własnej rodzinie.

Potem poznałeś Kasię, dla której wiara też była bardzo ważna. Od tego czasu rozpoczął się w Twoim życiu nowy rozdział.

Tak. Kasia była bardzo religijną osobą. To było dla mnie ważne. Szybko wiedziałem, że jest tą jedyną, wymarzoną. Zostawiłem wszystko i przyjechałem za nią do Skierniewic. Nie ukrywam, że – zwłaszcza na początku – brakowało mi scholi i tamtej wspólnoty. Na szczęście mojego duszpasterza o. Pawła przeniesiono do Warszawy. Jeździłem do niego, żeby pogadać, poradzić się. Razem z Kasią nasze narzeczeństwo postanowiliśmy przeżyć po Bożemu. Czyli postanowiliśmy żyć w czystości. I choć nie było to łatwe, daliśmy radę, z czego bardzo się cieszymy.

Potem przyszły na Was trudne chwile?

To prawda. Mieliśmy kłopoty z poczęciem dziecka. Po dwóch latach się udało. Szybko okazało się, że ciąża jest zagrożona. Dla Kasi był to niełatwy czas. Musiała dużo leżeć. Wydawało się jednak, że wszystko będzie dobrze. Oboje bardzo się cieszyliśmy i nie mogliśmy się doczekać porodu. Kupiliśmy łóżeczko, wózek, ubranka... Akcja porodowa rozpoczęła się zbyt wcześnie. Lekarze chcieli jeszcze poczekać. Po dwóch tygodniach Kasia bardzo źle się poczuła. Pojechaliśmy do naszej lekarki. Na miejscu okazało się, że nie czuć tętna naszego dziecka. Ona swoim, a my swoim samochodem pędziliśmy do szpitala. Tam potwierdzono, że nasza córka Iga nie żyje. Zmarła, bo pępowina owinęła się wokół jej szyi i nóżek. Kasia została w szpitalu. Ja późnym wieczorem wróciłem do domu. Przez pół nocy rozkładałem łóżeczko, pakowałem rzeczy Igi. Wszystko wyniosłem na strych. Potem wszystko oddaliśmy za „Bóg zapłać”. Rano wywołano poród. Kasia widziała małą tylko przez chwilę. Zabrano ją na zabieg pod narkozą. Ja z naszą córeczką spędziłem pół godziny. Była śliczna. Miała bardzo długie paluszki. Nie miała dołeczka w brodzie, inaczej niż jej mama.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7