Katechizm inaczej. Modlitwa

ks. Tomasz Horak

dodane 16.05.2006 20:13

Skarbiec wiary Kościoła jest ogromny. Są w nim "nova et vetera" - rzeczy nowe i stare. Te "stare" nie starzeją się nigdy. A "nowe" nie są nowe. Trzeba jedynie najdawniejszą tradycję Kościoła odczytywać na nowo.- abp Alfons Nossol

Katechizm inaczej. Modlitwa

76. Skąd w nim ta siła?

W kim? Naprzeciw mego biurka, na ścianie mały portret. Uśmiechnięty, łysawy starszy pan w okularach. Znałem go. Podziwiałem jego siłę oddziaływania na ludzi. Zastanawiałem się nad metodami jego pracy - a miał je opracowane w szczegółach i tego nas uczył. Kiedyś mnie odwiedził. Jeszcze dziś widzę, jak siedzi przy stole w kuchni i zajada wyliczając sobie (cukrzyca!) racuchy z jabłkami. Odłożył widelec, jego spojrzenie pobiegło gdzieś w przestrzeń, jakby nas nie było obok niego. Zamyślił się… Rzucił krótkie pytanie: “Co Bóg planuje, że ksiądz Tomasz jest tutaj?” To było pytanie do Boga. To była chwila modlitwy. A potem wróciliśmy do racuchów. Ci, co znali go bliżej, co mieszkali z nim pod jednym dachem (opowiadała mi o tym Basia), wiedzieli, że Ojciec późnym wieczorem znikał w kaplicy. Nad ranem było słychać na drewnianych schodach jego ciężkie kroki, choć starał się iść lekko, by nikt go nie spostrzegł. Tak, to ks. Franciszek Blachnicki, twórca Ruchu Światło - Życie, kandydat na ołtarze. Profesor uniwersytetu, człowiek czynu, autor wielu metod działania, niezwykły organizator, odważny do granic zuchwalstwa. Skąd w nim ta siła? Efektywność metod? Też. Ale przede wszystkim siła modlitwy.

Kolejny rozdział musimy poświęcić modlitwie. Chociażby dlatego, że coraz więcej jest ludzi urzeczonych prądami przenikającymi do nas z Azji - medytacja odgrywa w tym wszystkim dużą rolę. Wielu ludzi odkrywa w azjatyckich nowinkach coś, co w naszej, chrześcijańskiej tradycji jest obecne od czasów Jezusa. Tyle, że nie znamy albo znamy za mało własną, chrześcijańską tradycję. Tradycje dalekowschodnie są pogańskie - to znaczy wychodzą z założenia, że człowiek swym wysiłkiem, metodami i technikami sięgnie wyżyn bóstwa. Chrześcijańska perspektywa jest inna: człowiek nie musi do Boga się wspinać, bo Syn Boży stał się jednym z nas. Dlatego bardziej od technik medytacyjnych potrzebna jest umiejętność przyjęcia daru. Modlitwa - to jedna z dróg, bardzo ważna, przyjmowania Bożych darów. Kto potrafi przyjmować, ten równocześnie “prowokuje” Boga, by obdarowywał dalej, bardziej, piękniej.

Zaczynając cykl o modlitwie, nie można nie popatrzeć na ludzi, którzy są dla innych przewodnikami modlitwy. Dlatego zacząłem od wspomnienia o Ojcu Blachnickim. A był dla nas nauczycielem ogromnej różnorodności w modlitwie. Bo była piosenka. Lubił śpiewać, lubił gdy wokół niego rozbrzmiewał śpiew. Uczył rozróżniania śpiewu liturgicznego od religijnej piosenki. Ale modlił się także piosenką. Pod jego wpływem brewiarz, czyli liturgiczna modlitwa Kościoła nabrała dla mnie nowej jakości - choć brewiarz “odmawiałem” dużo wcześniej, od święceń diakonatu. Msza św. z bardziej lub mniej uroczystej ceremonii pod jego wpływem stała się skarbnicą modlitwy. On dał początek “oazom modlitwy” w Polsce. Zostałem w to wciągnięty i zdumiony odkryłem ogromne zapotrzebowanie, zwłaszcza ze strony młodych i bardzo młodych ludzi, na głębszy kontakt z modlitwą i modlitewną tradycją Kościoła. Nawet taka “banalna” modlitwa, jak Różaniec, w szkole Ojca stał się czymś nowym.

Czy jednak tylko Ojciec Blachnicki? Bynajmniej. Przewodników modlitwy jest wielu, bardzo wielu. Są nimi postaci sprzed wieków - chciałoby się wskazać choćby na proroka Eliasza (IX w. przed Chr.). I na bliższego nam św. Jana od Krzyża, hiszpańskiego mistyka XVI wieku oraz współczesną mu św. Teresę Wielką. I na prześliczną postać małej św. Tereski od Dzieciątka Jezus (koniec XIX wieku). A czy przewodnikiem modlitwy nie jest papież? Zwłaszcza teraz, gdy wiek i choroby osłabiają go coraz bardziej. Patrząc na zaskakującą dysproporcję między jego słabym ciałem a potężnym duchem - każdy musi dostrzec chwile zamyślenia na oczach tłumów, chwile otarcia się o obecność Kogoś Niewidzialnego. Te chwile - to modlitwa. Ale ta modlitwa to tylko przysłowiowy czubek góry lodowej. Pod powierzchnią tego, co może zobaczyć tłum, jest modlitwa inna, ukryta dla oczu, modlitwa mierzona nie chwilami czy minutami - ale bliskością spotkania z Bogiem.

Nie spotykasz papieża na codzień. Nie czytałeś dzieł św. Jana od Krzyża. Nie szkodzi. Przewodników w modlitwie znajdziesz bliżej siebie także. Wczoraj na Mszy św., naprzeciw mnie, było dziecko. Urzeczony patrzyłem na skupienie, na chwilami poważną, chwilami uśmiechniętą buzię, na szeroko i uroczyście kreślony znak krzyża. A patrząc czułem się przynaglony, by swoją postawą, myślą, całym sercem być bliżej Jezusa i w Ewangelii, i w Komunii św. Dziecko nawet dla starego proboszcza może być przewodnikiem w modlitwie.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2683 - 2684.

77. Paciorek, pacierz i modlitwa

Moi znajomi poszli na imieniny. W domu zostało dwóch malców - 5 i 7 lat. Mama dała instrukcje: tu są kanapeczki na kolację, kakao w termosie, pamiętajcie o zębach, no i pomodlić się! Obecność taty podkreślała wagę nakazów. Rodzice wrócili nieco wcześniej. W oknie chłopców jeszcze się świeciło. Na palcach weszli do mieszkania, drzwi od pokoju dzieci były niedomknięte. Dochodził stamtąd monotonny głos: “Ojcze nasz, który jesteś w niebie…” potem “Zdrowaś Maryjo…”, “Aniele Boży…” i jeszcze kilka innych modlitw, które dzieci umiały na pamięć. Za chwilę końcowe “W imię Ojca i Syna…” I zaraz potem… Mąż popatrzył na żonę, żona na męża! - ?? Chłopcy zaczęli od nowa “W imię Ojca i Syna…” Powtórzyli cały pacierz jeszcze cztery razy i światło zgasło. Rano radość i pytania: “Umyliście się? Zęby też? A pomodliliście się?” Odpowiedź była poważna: “Tak tato, od razu na cały tydzień!” Znowu spotkały się oczy rodziców, zachowali powagę, choć rozbawił ich pomysł dzieci.

Dzieci “zmówiły pacierz”. Czy w tym dziecinnym powtarzaniu nie całkiem zrozumiałych formułek była czy nie było modlitwy? Oczywiście była. Ale była to modlitwa na poziomie właśnie pacierza. Kilka lat wcześniej był tylko paciorek. Ot, dwulatek pomachał rączką spod kołderki: “Boziu, pa!, Maciuś idzie spać”. Z paciorka wyrasta się tak, jak z dziecięcych zabaw. Powinno się wyrosnąć. Co myśleć o dwudziestolatku, który bawi się wiaderkiem w piaskownicy? Tyle, że sposób modlitwy zwykle jest naszą tajemnicą: tylko ty sam wiesz, jak się modlisz. Dlatego tylko sam możesz ocenić swoją modlitwę. I to, czy się rozwijasz, czy zatrzymałeś się na poziomie pierwszej Komunii.

Dużo zależy od naszych życiowych przewodników. Najpierw od rodzinnego domu - rodzice i ich modlitwa, dziadkowie - oni są przewodnikami naszej modlitwy. Teraz ty musisz być świadomym przewodnikiem w życiu modlitwy dzieci. Przewodnikami w świecie modlitwy są ludzie z kościoła naszego dzieciństwa. Znam dzieci, które w ogóle nie widziały modlitwy w domu. Ale chodziły w miarę regularnie do kościoła. Sama obserwacja nauczyła je modlić się. Dlatego nabożeństwa przeznaczone wyłącznie dla dzieci nie są najlepszym rozwiązaniem. Współobecność dorosłych jest przecież bardzo ważnym elementem wychowania. Od kogo dziecko nauczy się modlitewnych gestów? Od kogo nauczy się skupienia? Od kogo nauczy się modlitewnych formuł? Szczególnym przewodnikiem w życiu modlitwy jest ksiądz. Nie jako katecheta, ale jako główna, widzialna postać Mszy św. Jego skupienie, wyczuwalne w całej postawie przeżywanie bliskości Boga, pełne szacunku branie do ręki księgi Ewangelii i Chleba eucharystycznego, sposób wypowiadania słów modlitwy, sposób milczenia - wszystko to jest niezwykle ważną szkołą modlitwy, a on sam - przewodnikiem modlitwy.

Pacierz czy modlitwa? Jest to pytanie o formułę modlitewną. Czy formuły są potrzebne? Czy nie spłaszczają modlitwy? Czy nie zamykają horyzontów modlitwy? - Owszem, mogą zamknąć horyzonty, jeśli poprzestanie się na ich mechanicznym powtarzaniu. Ale są potrzebne - zwłaszcza w modlitwie wspólnej. Bo jak inaczej modlić się razem? Ale i coś więcej: formuły modlitewne wyrosły z czyjejś modlitwy. Wiele z nich ułożyli ludzie wielcy i święci. W wielu zawarta jest przeogromna głębia treści. Sięgając po nie, spotykam się z owymi ludźmi i z ich modlitwą. Uczę się od nich. Dlatego nie należy negować wagi modlitewnych formuł. Problemem może być ich język - czasem na tyle staroświecki, że już niezrozumiały. A i czasy się zmieniają, ludzkie problemy bywają inne - a więc i treść modlitwy staje się inna. Choć… Choć te najgłębsze problemy człowieka są ciągle takie same. A skoro formuły - to książeczka. Ilość modlitw zapamiętanych w dzieciństwie jest niewielka. Łatwo więc o zawężenie przestrzeni naszej modlitwy. Dlatego już dawno wymyślono modlitewniki. Warto poznać swój modlitewnik - w naszej poczciwej «Drodze do nieba» znajdziesz skarby. Jeśli mimo wszystko szukasz czegoś więcej, czegoś co miałoby bardziej cię ubogacić - nieomal każda księgarnia oferuje dziś po kilka wartościowych książek, często kieszonkowego formatu, zawierających modlitewne treści. A już w księgarniach religijnych jest spory wybór pomocy modlitewnych.

W każdym razie - czas zostawić paciorek w świecie wspomnień. I czas uczyć się modlitwy. Bez niej życie staje się nie do uniesienia.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2685 - 2691.

78. Rozmawiać znaczy słuchać

Nie spotkałem się nigdy osobiście z papieżem. Ale obserwuję go w telewizji. Patrzyłem, jak słuchał chociażby Fidela Castro. To pełne skupienia, uwagi i szacunku dla mówiącego słuchanie jest jednym z ważnych przymiotów Jana Pawła II. Pamiętam którąś z transmisji sprzed lat. Do Ojca św. podbiegło dziecko. Chłopczyk mówił coś do papieża, który pochylił się nad nim. Kamerzysta pokazał zbliżenie twarzy papieża. Jak on uważnie słuchał tego, co mówił malec! Nie ten jest dobrym rozmówcą, kto potrafi wiele, płynnie, mądrze mówić. Lecz ten, kto potrafi z uwagą wysłuchać, wysłuchać do końca, z szacunkiem - ktokolwiek by mówił. I dokładnie to samo jest na modlitwie: nie ten dobrze się modli, kto potrafi ułożyć piękny, gładki, pobożny, głęboki, poetycki tekst modlitwy. Ten umie się modlić, kto potrafi Boga słuchać. Bo to nie jest tak: “Słuchaj, Panie Boże, Kowalski do Ciebie mówi!” Trzeba zacząć z innej strony: “Kowalski! Słyszysz? Ktoś do ciebie mówi!”

Te moje refleksje zaczynają się od obiegowego powiedzenia, że modlitwa jest rozmową z Bogiem. Bo jest. Tyle, że człowiek bywa rozgadany. Przestrzeń naszego życia wypełniona jest powodzią słów. Rankiem budzi nas radiowy serwis informacyjny, wieczorem usypiają wiadomości doniesień telewizyjnych. W ciągu dnia jakaś gazeta, a w tle - gadające radyjko. I jeszcze telefon… Tysiące słów. Bronimy się - i sami zaczynamy mówić, gadać, pleść. I nie słyszymy już słów kierowanych do nas - jest ich zbyt wiele. To wszystko nie ułatwia sztuki rozmowy - także rozmowy z Bogiem, czyli modlitwy.

“Kowalski, Ktoś do ciebie mówi! Słyszysz?” Mówi? Kto? Jak? Pierwszym źródłem rozmowy, jaką winna być modlitwa, jest Słowo Boże zapisane na kartach Pisma św. Znam je, choćby dlatego, że naukowemu studiowaniu Biblii poświęciłem ładnych parę lat mego życia. Znam je - bo jakbym inaczej mógł spełniać powinność kaznodziei i katechety. A przecież znam je ciągle za mało. Bogactwo treści Pisma św. jest tak ogromne, że życia braknie, by je zgłębić. Można czytać Pismo św. siedząc przy biurku lub w fotelu, jak książkę, choćby niezwykłą. Ale powinno się je czytać, jak list Boga do mnie! Od lektury księgi trzeba przejść do słuchania Boga. Temu w niezwykły sposób pomaga czytanie Pisma św. we wspólnocie wierzących. Spełnia się wtedy zapowiedź Jezusa: “Gdzie są dwaj albo trzej zebrani w imię moje, tam jestem pośród nich” (Mt 18, 20). Szczególną przestrzenią wspólnego czytania Pisma św. jest liturgia. Ważne jest i miejsce, i cała uroczysta oprawa. Ważna jest wspomniana obietnica Jezusa, ważne jest dzielenie się wiarą, ważny jest też dobór czytań - są ustalone w liturgicznym kalendarzu, co oddala pokusę sięgania do niektórych tylko tekstów (np. łatwiejszych czy “ciekawszych”). Bardzo potrzebne i owocne jest sięganie do Pisma św. w różnego rodzaju grupach - czasem studyjnych, czasem modlitewnych. Dobrze, gdy to wspólne czytanie Pisma św. bywa dopełniane lekturą osobistą. Choćby to było wzięcie do ręki «Gościa Niedzielnego», by w niedzielny wieczór wrócić do usłyszanych na Mszy tekstów. A jeśli masz Pismo św. (a powinno być w każdym chrześcijańskim domu), sięgnąć po nie, przeczytać więcej, niż było w czasie liturgii. Ważne przy tym, by umieć posłużyć się biblijnymi skrótami i oznaczeniami tekstu (a to powinniśmy byli wynieść z nauki religii już w czwartej klasie szkoły podstawowej). Krótko mówiąc - modlitwa, jak ze źródła, wypływa ze słuchania Boga.

Trzeba też umieć słuchać inaczej. Patrząc na świat - dostrzegać Boże ślady, patrząc na człowieka - widzieć głębię ducha i piękno dobra. A jeśli widać zło - umieć zapłakać nad złem. Trudną sztuką jest wsłuchiwanie się w głos Boga mówiącego w głębi serca - do tego trzeba ciszy, dużo ciszy. I nie od tego należy zaczynać, bo łatwo własne myśli wziąć za Boże słowa. Dlatego właśnie Pismo św. i liturgia jest pewnym i bezpiecznym początkiem słuchania Boga. Gdy nauczysz się słuchać - posiądziesz umiejętność rozmawiania. Gdy nauczysz się słuchać Boga, choćby to było niedoskonałe (a któż może powiedzieć, że czyni to doskonale?), modlitwa stanie się i potrzebą życia, i siłą życia.

A Ojciec św.? Myślę, że dlatego potrafi tak uważnie słuchać człowieka, bo umie słuchać Boga. Nie tylko on. Każdy człowiek zaprawiony w rozmowie z Bogiem, potrafi także rozmawiać z drugim człowiekiem. Nie tylko o pogodzie.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2653 -2655.

79. Pragnienie i źródło

Przed laty pisywałem teksty do «Gościa» na maszynie, wkładałem do koperty, znaczek i gotowe. Już nie te czasy. Teksty powstają na komputerze i wysyła się je pocztą elektroniczną. Najpierw to znaczyło kilka ruchów myszką, coś w komputerze popiszczało, wyświetliło komunikat: TU BBS REDAKCJI “GOSC NIEDZIELNY”, na koniec “powiedziało” (wyświetli) po angielsku: “File transfer completed successfully! Have a nice day!” A ja miałem uwierzyć, że artykuł leży na redakcyjnym biurku! I jeszcze to “Have a nice day!” - miłego dnia! Za pierwszym razem zatelefonowałem, żeby sprawdzić. Sprawdzałem potem w druku, czy wszystko się zgadza! Teraz już nie sprawdzam. Teraz jest jeszcze prościej. Po prostu wysyłam maila i zawsze się zgadza.

O czym to ja właściwie piszę? O modlitwie? Tak, o tym, że modlitwa, to taka dziwna “poczta” docierająca - nie wiemy jak - do Adresata, do Boga. Bez wiary nie zdecydujemy się na wysłanie naszej “poczty modlitewnej”. Bez przekonania, że w ogóle jest ten Adresat i że to, co zwiemy modlitwą ma dla Niego jakieś znaczenie, i że to do Niego dociera. I że ja, człowieczek nieznany ludziom, znany jestem Bogu. A jednak… Na każde z tych “że” trzeba rzec: “TAK!” Nie mogąc dotknąć i zobaczyć, trzeba uwierzyć. Znajduję jeszcze jedną analogię między pocztą elektroniczną, a “pocztą modlitewną” - za pierwszym razem człowiek jest niepewny i sprawdza. Po jakimś czasie wystarczają suche komunikaty na ekranie komputera, lub krótkie zdania odczytywane w Ewangelii, Psalmach, listach apostolskich. Wiara staje się pewnością.

Tego uczy cała tradycja - od Biblii po ostatnie wydanie Katechizmu: “W modlitwę wchodzi się tak, jak wchodzi się w liturgię: przez ciasną bramę wiary…” [2656]. A brama jest ciasna. I nie od razu wszyscy przez nią przejdą. Jedni już weszli, inni czekają, inni nie bardzo mają ochotę, jeszcze inni zajęli się różnymi sprawami. Kto nie usiłuje przez ciasną bramę wiary przejść - ten traci bardzo wiele. Jego świat staje się szary i ubogi. I nic nie zdoła nasycić go do końca, bo pragnienia ludzkiego ducha są niepojęcie głębokie, a oczekiwania ogromne. Poeci są ludźmi wielkiej wrażliwości. Wielu z nich stało przed bramą wiary i z różnych powodów nie było w stanie jej przekroczyć. Przeczuwali jednak, że po drugiej stronie tej bramy coś jest, jest Ktoś. Przewertuj choćby zbiór poezji Tuwima - jeden z jego wierszy znasz na pewno, tak chętnie bywa śpiewany w kościołach:

“Jeszcze się kiedyś rozsmucę,
Jeszcze do Ciebie powrócę
Chrystusie…”

Źródłem modlitwy jest wiara. Dziwne to źródło - z jednej strony gasi pragnienie, a z drugiej strony budzi pragnienia nowe. Jakby człowiek i jego duch był głębią bez końca. Bo rzeczywiście jest. A modlitwa, płynąc ze źródła wiary, jest w stanie zaspokoić pragnienie ludzkiego ducha. Dlatego tak wielu ludzi się modli. Bo w istocie modlitwa jest zwróceniem się człowieka ku jego największej tęsknocie - ku nieskończoności, ku Bogu. Modlitwa jest byciem z Bogiem choć przez chwilę, choć przez mgłę, choć przez jakąś dziwną “duchową pocztę”. A jeśli człowiek przestaje się modlić - to nie dlatego, że brak mu czasu. Istotny powód zawsze jest inny. Niknie modlitwa? To znaczy, że zaczęła niknąć, marnieć wiara.

Wiara nie jest jedynym źródłem modlitwy i nasycenia ludzkich pragnień. Strumień modlitwy zasilany jest także ze źródła nadziei. Nie tej, której hasłem jest “jakoś to będzie” - ale nadziei, która jest pewnością dobra. A to nie ludzka pewność. Dla człowieka wiary dobro i jego niezniszczalna siła mają fundament w Bogu. Nie sposób modlić się bez takiej nadziei. Bo nie tylko prośby stałyby się bezsensowną żebraniną, ale i uwielbienie Boga straciłoby swoją wymowę. Bo uwielbienie Boga jest radością z dobra - tego zwycięskiego a zarazem łagodnego, przepełniającego wszystko dobra. I tym jest nadzieja - głębokim przekonaniem, że mimo otaczającego nas zła, dobro zwyciężyło. Prośby zanosimy do Boga przekonani, że dotykające nas zewsząd cierpienie zaowocuje dobrem, tak wielkim dobrem, że ból pójdzie w niepamięć. Trzecim źródłem, z którego płynie strumień modlitwy jest miłość. Bo jakże inaczej szukać kontaktu z Niewidzialnym? A jak Go ukochać, skoro jest niewidzialny? Tu nie ma sprzeczności: to On sam tego kontaktu szuka pierwszy - obdarowując nas z tego potrójnego źródła wiarą, nadzieją, miłością. Obdarowany został każdy, ale nie każdy jednakowo ten dar pielęgnuje i rozwija. Na odkrycie siły i piękna modlitwy nigdy nie jest w życiu za późno.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2652 - 2660.

80. Dar modlitwy

Warto poobserwować, jak ludzie wręczają sobie prezenty. Przyjechała babcia i obdarowuje wnuki. Dzieci piszczą z uciechy, a babcia aż puchnie z radości i dumy. Nie, nie śmieję się z babci, bo pewnie sam wyglądam podobnie wręczając komuś upominek. To zresztą opinia Jezusa, że “więcej szczęścia jest w dawaniu, aniżeli w braniu” (Dz 20, 35). A skoro Bóg po ludzku do nas się zwraca, mało - skoro stał się jednym z nas, wolno chyba powiedzieć, że i w ten sposób, obdarowując człowieka, Bóg jest szczęśliwy. W tym miejscu sięgam do Ewangelii wg św. Jana (otwórz ją na rozdziale 4). Jezus przy studni, w skwarne, palestyńskie południe. Sam. Przychodzi kobieta z dzbanem po wodę. Złą porę wybrała, po wodę chodzi się wieczorem. Widać zaszło coś niespodziewanego, albo niezbyt dobrą gospodynią była owa niewiasta. “Daj mi się napić” - prosi Jezus. Wywiązuje się rozmowa. O wodzie i pragnieniu. Myśli obojga mijają się. Bo ich słowa, te same, znaczą jednak co innego. Jest pragnienie fizyczne - brak wody, suchość w ustach, spieczone wargi… Wystarczy sięgnąć do studni. Jest też pragnienie duchowe - niespokojny człowiek szuka po omacku szczęścia, radości, sensu życia. “Miałaś pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem” - mówi Jezus do Samarytanki. Jakby chciał powiedzieć: mnie się po prostu chce pić, ale ty jesteś spragniona. Ja sięgnę do studni - ale ty? Czy wiesz, czego pragniesz? Czego szukasz? Co i kto może uspokoić twoje serce, twego ducha? Kolejny mężczyzna?

Jezus prosi o wodę. Bóg prosi człowieka. Paradoks. Prosi Bóg? Tak, bo chce człowieka obdarować: “O, gdybyś znała dar Boży…” - mówi Jezus przy studni. Gdybym znała? To co wówczas? “To prosiłabyś, a dałbym ci wody żywej”. Znowu się nie zrozumieli. Ona o czerpaku, a On przecież mówił o czymś całkiem innym. O czymś, co może człowieka nasycić bez reszty. Pragnienia ludzkie - czasem nie do końca uświadomione, czasem głębokie, czasem prymitywne… Pragnienia ludzkie - i Boże pragnienie. On też pragnie. “Modlitwa - powiada Katechizm - jest spotkaniem Bożego i naszego pragnienia”. Z tego rodzi się dar. Obdarowuje Bóg. Człowiekowi wystarczy dar przyjąć. Tyle, że Boże dary bywają trudne.

Najpierw trzeba przyjąć i uznać ważną prawdę: że sam sobie nie wystarczę. Że nawet cały świat mi nie wystarczy. Że pragnę nieskończoności. “Bóg pragnie, abyśmy Go pragnęli” - to zdanie św. Augustyna powtarza współczesny Katechizm. Ale też Bóg pragnie nas napoić, nasycić, obdarować tak bardzo, że po prostu jest to dla nas niewyobrażalne: “Kto będzie pił wodę, którą ja mu dam, nie będzie pragnął na wieki” - mówi Jezus przy studni.

Usiąść z Jezusem przy studni, w skwarne południe. Człowiek - zmęczony upałem i życiem. Chyba każdy z nas próbował zaspokoić swe pragnienia u różnych źródeł. Gdyby tak usiąść i porozmawiać z Jezusem, jak owa kobieta z Samarii… Nigdy ci nie przyszła taka myśl do głowy? Usiądź - nawet nieistotne, gdzie przysiądziesz na tych kilka chwil. Jezus wskazując na świątynię, mówi do Samarytanki: “Nadchodzi godzina, kiedy ani na tej górze, ani w Jerozolimie nie będziecie czcili Ojca… Nadchodzi godzina, owszem, już jest, kiedy to prawdziwi czciciele będą oddawać cześć Ojcu w Duchu i prawdzie”. Zatrzymać się więc na kilka chwil rozmowy z Jezusem można gdziekolwiek, byle w sercu była prawda. Nieraz pośrodku dnia, nieraz w czasie prozaicznych zajęć - jak Samarytanka idąca po wodę. A Bóg obdarzy uwagą, zagadnie, odpowie, zapyta, wytknie błąd, otworzy oczy,doda otuchy… Jak Jezus wtedy, przy studni. Obdarzy każdego. Wszak przy studni Jezus swą uwagą i chwilą rozmowy obdarzył nie proroka, nie kapłana, nie zakonnicę, nie pobożną duszę, ale kobietę podejrzanej chyba reputacji, skoro ten piąty nie był nawet jej mężem. To znaczy, że dar modlitwy przygotowany został dla każdego, że nie ma przed Bożym obliczem jakiejś uprzywilejowanej grupy ludzi, którzy na ten dar “zasługują”. Bo nie zasługą się ten dar zyskuje. Znowu odwołuję się do Ewangelii - tym razem opowiedział to św. Łukasz (18, 9nn): nie ten, który Bogu wyliczał swoje zasługi został obdarowany, ale ten, który z pokorą przyszedł stanąć przed Panem. To jeszcze jedno potwierdzenie prawdy, że modlitwa jest dla wszystkich. I że każdemu modlącemu się Bóg swoją uwagę (jak bardzo po ludzku to powiedziane) poświęci. A jeśli Bóg poświęci swoją uwagę modlącemu się, czyż ta modlitwa nie zjedna nowych, kolejnych Bożych darów? Bo Bóg pragnie człowieka obdarowywać. A dar modlitwy jest początkiem Bożych darów. Byleś tylko nie przegapił, że już zostałeś obdarowany.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2559 - 2561.

81. Spotkanie

Spotkanie… Spotkać kogoś, czy spotkać się z kimś? Przypomina mi się pewna historia z wakacji w Tatrach. Można tam spotkać wielu znanych i bardzo znanych ludzi. Tyle, że w górach wyglądają inaczej, niż na telewizyjnym ekranie. To było dobrze ponad 20 lat temu. Siedziałem sobie z fajką w zębach na pniaku. Dużo niżej rozsiadło się jakieś towarzystwo. Z dołu szedł samotny turysta. Poznałem go z daleka. Przystanął, po chwili przysiadł się do nich. Długo siedzieli i rozmawiali, widziałem twarze, gesty. Słów nie słyszałem, było zbyt daleko. Wreszcie on ruszył ku Wiktorówkom. Po chwili towarzystwo zebrało się i poszło w dół. Spotkaliśmy się na Palenicy. “Dzień dobry!” - pozdrowiliśmy się wzajemnie. Zagadnąłem: “Gratuluję spotkania! Nie codziennie trafia się taka okazja”. Towarzystwo się ożywiło. “Pan go zna? Cały czas nie możemy dojść kto to był. Niezwykły człowiek! Chwila rozmowy, a tyle ważnego powiedział. Kto to był?” Swoją drogą żałowałem, że nie przysiadłem się wtedy do nich. Mówię: “Przecież to kardynał Wojtyła”. Jeden z nich zawołał: “A nie mówiłem, że to chyba on! Takiego człowieka spotkać! Żeśmy też nie wiedzieli…”

Spotkać kogoś - spotkać się z kimś. To nie to samo. Oni go spotkali - ale nie będąc pewni, kim jest, nie spotkali się z nim. A mieliby o czym rozmawiać, bo w rozmowie z nimi nie dłużyła mi się droga ku Łysej Polanie. Boga można spotkać w różnych okolicznościach życia. Groza burzy, piękno zachodu słońca, szczebiot dziecka, serdeczna z kimś rozmowa… To wszystko mogą być okoliczności wyzwalające w nas odczucie obecności Absolutu, Boga. I to jest prawda - On jest, On pozwala swą obecność odczuć. Ale nasza uwaga może się po tej Obecności prześliznąć, jak spojrzenie człowieka nie widzącego w tłumie kochanej osoby. Jak rozmowa z nierozpoznanym człowiekiem. Minęliśmy się z Bogiem i Jego obecnością. Może nawet spotkaliśmy Go. To jednak mało - człowiek chciałby się spotkać z Nim. “Miejscem” spotkania się z Bogiem jest modlitwa. Potrzebny był cudzysłów, bo mówiąc “miejsce” nie mam na myśli jakiegoś materialnego miejsca w przestrzeni. Modlitwa może być chwilą, a może być godziną. Modlitwa może być słowem i pieśnią, a może być milczeniem i ciszą. Modlitwa może być spojrzeniem na krzyż, a może być zamknięciem oczu. Modlitwą można wypełnić świątynię, ale można nią wypełnić wnętrze jadącego samochodu. Modlitwa może unosić się głosem tysięcy ludzi nad jakimś sanktuarium, ale może być drżącym szeptem umierającego w szpitalu. Boga spotkać można wszędzie. Ale spotkać się z Bogiem można tylko w tym jednym, szczególnym, nie dającym się materialnie określić miejscu: we własnym sercu. “Serce jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać. Jest ono miejscem decyzji w głębi naszych wewnętrznych dążeń. Jest miejscem prawdy, w którym wybieramy życie lub śmierć. Jest miejscem spotkania…” - tymi pełnymi głębi i poezji mówi o tym miejscu spotkania z Bogiem Katechizm.

I dlatego, że modlitwa wypływa z samego wnętrza ludzkiej osoby, człowiek wyraża modlitwę na różne sposoby: mową, śpiewem, myślą, tańcem, muzyką, gestem, akcją - z nadzieją, że wypowie całego siebie, nie tylko swe myśli i uczucia, ale samo serce. Wszystkie te sposoby przypominają nieraz wielką, ozdobną, ogromną ramę, w którą oprawiono mały, ale piękny i cenny obraz. Gorzej, gdy w ramie niczego nie ma… Gdy z modlitwy zostaną tylko zewnętrzne oznaki, a serce jest puste. Ale jeśli w tym, co zewnętrzne będzie choćby chwila, choćby jedno uderzenie serca, w którym człowiek spotkał się z Bogiem - to czas modlitwy nie był stracony. A cała zewnętrzna strona modlitwy: wszystkie słowa, pieśni, ceremonie, gesty nabierają innej, duchowej, głębokiej wartości. Nie często się trafia, by cały czas modlitwy przeżyć bez rozproszeń, by cały czas trwać w samej głębi serca - tam, gdzie dokonuje się spotkanie z Bogiem. A bywa i tak, że zmęczony, doświadczony życiem człowiek, poddany próbie cierpienia lub naporowi pokus nie jest w stanie dotrzeć do głębi swego własnego serca. Czy wtedy nie można już się modlić? I można, i trzeba. Bo każda próba modlitwy, choćby to był tylko gest znaku krzyża, choćby to było spędzenie kilku minut w kościele z jakąś pustką w głowie, choćby to było tylko spojrzenie na krzyż czy ściśnięcie w garści różańca - to już jest wyjście na spotkanie Boga, który pierwszy wyszedł, by z człowiekiem się spotkać. I właśnie dlatego, że to On idzie spotkać się z nami, modlitwa zawsze jest możliwa.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2562 - 2565.

82. Człowiek szukający Boga

W poprzednim odcinku wspomniałem o spotkaniu w Tatrach. Niedawno byłem tam ze swoimi ministrantami. Tłumy ludzi… Dlaczego? Czy to tylko moda? Nie tylko. Na pewno nie tylko. Piękno gór jest szczególnym miejscem poszukiwania. Cały świat jest piękny i fascynujący. Góry to jednak miejsce wyjątkowe: piękno i groza, daleki horyzont i przytłoczenie ogromem wierchów, bujna roślinność i pustynia szczytów, blask słońca i mrok leśnych dolin, ciepło południa i chłód nocy… Tysiące kontrastów, urzekająca gra istnienia, wyzwanie inne od codzienności. “I po co on tam idzie? Wariat.” Nie, nie wariat. Zauważcie - w górach można spotkać dwie, bardzo na pozór różne, kategorie ludzi. Takich jak ja i moi ministranci: wierzący, mający Boga w sercu i widzący Go wokół siebie. Iluż to księży i zakonnic spotkaliśmy na szlaku naszej tatrzańskiej wędrówki! A zdjęcia Papieża - czy to zadumanego nad Morskim Okiem, czy wędrującego stokami włoskich Dolomitów… Czy to jego umiłowanie gór jest tylko wspominaniem Wadowic i młodości? A urzekająca postać młodego, współczesnego nam świętego Pierr-Giorgio Frassatiego? Na tle gór, jako turysta! A Ojciec Blachnicki - wybierał najpiękniejsze krajobrazowo miejsca na ośrodki rekolekcyjne. A św. Brat Albert i pustelnia jego klasztoru - w uroczym miejscu Tatr… Ale w tych samych Tatrach spotkać można bardzo wielu, naprawdę bardzo wielu ludzi niewierzących. Ciągną oni w góry jak do Mekki. Góry stają się ich pasją, życiem, miłością. Niejeden nawet programowy ateista właśnie z Tatrami związał swoje życie - porzucając Warszawę czy Kraków. O tych dwóch rodzajach ludzi można się przekonać zwiedzając stary zakopiański cmentarz na Pęksowym Brzyzku i czytając notki biograficzne pochowanych tam osób. Dlaczego tak jest?

Katechizm powiada, że “modlitwa jest przeżywana najpierw na podstawie rzeczywistości stworzenia” [2569]. Uważny człowiek, obserwator rzeczywistości, musi prędzej czy później zacząć szukać Kogoś, kogo istnienie przeczuwa patrząc na świat. Więcej powiem: człowiek doświadczając istnienia, pyta o jego początek. Najpierw jest to własne istnienie, moje “być albo nie być”. Następnie jest to istnienie świata, kosmosu, jego ładu i piękna, jego ogromu i potęgi. Nicość i istnienie. Być i nie być. Myślący człowiek musi zacząć szukać. A gdy ktoś potrafi popatrzyć na drugiego i zobaczyć, że człowiek to jakaś niepojęta głębia, że to też “kosmos”, że jego istnienie nie tłumaczy się samo przez się… Gdy to wszystko zobaczy, choćby tylko powierzchownie, musi dalej szukać. “Wszystkie religie świadczą o tym poszukiwaniu właściwym dla ludzi” [2566]. Tu zaczęła się, i wciąż zaczyna, modlitwa. Gdy przed wiekami najwyższe górskie szczyty były niedostępne, człowiek czynił je w swej wyobraźni mieszkaniem bóstw, duchów, elfów, gnomów. Wszak w najlepiej znanym nam świecie mitycznych wyobrażeń, w starożytnej Grecji, właśnie na Olimpie - wyniosłej i tajemniczej górze, dopatrywano się mieszkania bogów. Skłonni jesteśmy tamte wierzenia i tamtą modlitwę oceniać jako prymitywne. Apostoł Paweł ocenił to wtedy i tam na miejscu, w Atenach, inaczej: “Mężowie ateńscy - przemówił stanąwszy pośrodku Areopagu - widzę, że jesteście pod każdym względem bardzo religijni…” (Dz 17, 22). Modlitwa - to dziedzictwo wieków…

Modlitwa - to jedna z prapotrzeb człowieka. Dlaczego? Na pierwszej stronie Biblii odnajdujemy niezwykłe zdanie. I powiedzmy od razu: nie potrafimy tego zdania w pełni zrozumieć: “Uczyńmy człowieka na nasz obraz, podobnego Nam… Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz, na obraz Boży go stworzył…” (Rdz 1, 26n). Człowiek podobny do Boga! W czym? Jak? Nie tu miejsce na próby wyjaśniania tego podobieństwa. Przyjmijmy to zdanie jako pewnik, jako twierdzenie niepojęte, tajemnicze - ale prawdziwe. I wyprowadźmy z tego wniosek: skoro człowiek jest Bożym obrazem, skoro jest w nas podobieństwo do Stwórcy, nieuchronnie musimy szukać z Nim kontaktu! To podstawowe źródło modlitwy: człowiek szukający swego Prawzoru. A ponieważ to podobieństwo jest podstawą naszego istnienia - przeto szukanie Boga staje się najważniejszą potrzebą człowieka. Staje się - i jest. Jest ogromnie silnym imperatywem, wewnętrznym nakazem, któremu oprzeć się nie sposób i przed którym uciec nie można.

Grzech, czyli świadomie popełnione moralne zło - od dni Adama i Ewy, po ostatni grzeszny czyn każdego z nas - zaciera w człowieku to podobieństwo do Boga. Niemniej jednak tylko zaciera, ale nie niweczy. To znaczy, że największy grzesznik, a nawet zbrodniarz, w niepojęty dla nas sposób jest obrazem Boga. I dlatego w życiu ludzi zaprzedanych złu, też pojawiają się chwile szukania Boga, a przynajmniej pragnienia Boga. Czyli chwile modlitwy. To znaczy, że modlić może się (i powinien) każdy…

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2566.

83. Bóg wzywający człowieka

Opowiedział mi ktoś historię ze swej młodości. Przeżywał wtedy jakąś burzę. Chodziło i o kierunek studiów, i o wybór narzeczonej. Rodzice byli przeciwni jednemu i drugiemu - fizyce i Krysi. Młody człowiek był jednak i zdecydowany, i życiowo samodzielny. Zerwał kontakt z rodziną, studiował dalej, z dziewczyną oficjalnie się zaręczył. Ale przecież ojciec i matka, rodzeństwo, wujostwo - wszyscy znaczyli dla niego bardzo wiele. Gdzieś po roku postanowił odnowić kontakt z bliskimi. Napisał list, wysłał. Nazajutrz listonosz przyniósł list od ojca. “Synu, może Ty się mylisz, a może my nie mamy racji. Ale kochamy Cię i nie widzimy powodu, byśmy mieli zerwać ze sobą z powodu fizyki i panny Krystyny…” Listy minęły się w drodze! Ojciec napisał swój list dzień wcześniej. “I dobrze się złożyło - mówił mój rozmówca - mnie się zdawało, że to ja im wybaczam. A było na odwrót: to rodzice pierwsi mi wybaczyli i nawet następstwo dat było tego dowodem. Tato wyszedł mi naprzeciw”.

Ta historia przypomniała mi się, gdy czytałem z Katechizmu kolejny fragment o modlitwie: “Jeśli nawet człowiek zapomina o swoim Stwórcy lub ukrywa się daleko od Jego Oblicza, czy też podąża za swoimi bożkami lub oskarża Boga, że go opuścił, to Bóg żywy i prawdziwy niestrudzenie wzywa każdego człowieka do tajemniczego spotkania z Nim na modlitwie” [2567]. Przedziwnym świadectwem tego jest Biblia - ów niezwykły list pisany do człowieka. Już pierwsze strony Biblii przynoszą zaskoczenie. Gdy człowiek uległ szatańskiej mistyfikacji i zapragnął być jak Bóg (Rdz 3, 1nn), Stwórca natychmiast próbuje nawiązać dialog z człowiekiem! “Gdzie jesteś?…” - pyta Adama. “Dlaczego to uczyniłaś?…” - zwraca się do Ewy. Niestety, dialog zostaje podjęty przez człowieka fałszywym tonem. Adam zwala winę na Ewę, Ewa na szatana. Żadno nie potrafi powiedzieć tego, co mogło przeciąć sprawę z miejsca: “Moja wina!” Te słowa nie padły. Ale nie ustało wychodzenie Boga naprzeciw człowiekowi. Dramatyczna opowieść o bratobójstwie kainowym też zawiera ten element: Bóg do człowieka przemawia. I to w sposób łagodny, pełen spokoju i dobroci. Nawet wtedy, gdy Kain już dokonał morderstwa (Rdz 4,1 nn).

Szczególnym objawieniem modlitwy w Starym Testamencie jest wszystko to, co wiąże się z postacią patriarchy Abrahama. W tej barwnej opowieści (Rdz 12 - 22) zwraca uwagę zwrot “Pan rzekł…” Równie dobrze można to tłumaczyć z hebrajskiego inaczej: “Słowo Pana…” Po wiekach autor Listu do Hebrajczyków napisze: “Wielokrotnie i wielorako w czasach dawnych Bóg przemawiał do ojców… (Hbr 1,1). Spróbujmy wyobrazić sobie Abrahama stojącego przed namiotem na półpustynnych pastwiskach. Nad nim wygwieżdżone niebo, pod jego stopami miliony ziarenek piasku. I Głos. Skąd słychać ten Głos? Z przodu? Z tyłu? Z góry? A może ten Głos ogarnia Abrahama tak, jak ogarnia go rześkie, stepowe powietrze? I jak w chwili oddechu powietrze wypełnia jego płuca, tak i ów Głos wypełnia jego wnętrze? Gwiazdy, piasek, powietrze - wszystko to jest bardzo realne, ale Głos zda się być bardziej realny… I dlatego Abraham wierzy Głosowi. Bo nie ma żadnych innych okoliczności, które miałyby wagę argumentów. Tylko ta niepojęta realność Głosu: “Słowo Pana!”

Odpowiedzią Abrahama jest wiara (Rz 4, 3). Patriarcha był wielkim milczkiem. Dlatego jego odpowiedzią były czyny. Ale niebawem padną pytania, rozlegnie się cicha skarga kierowana ku Bogu: obietnice się nie spełniają! Tak przynajmniej ma prawo sądzić człowiek. Ten trudny wątek modlitwy odnajdować będziemy zawsze - także w modlitwie Jezusa. Jest to “próba wiary w wierność Boga” [2570]. Czyż nie tym właśnie było wołanie Jezusa z krzyża: “Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił”? Bóg nie opuścił - nie opuścił swego Syna na krzyżu, nie zawiódł Abrahama. Wiara została poddana próbie, oczyszczającej, ostatecznej próbie. Modlitwa zaś, jako wzajemne wychodzenie sobie naprzeciw: Boga ku człowiekowi, człowieka ku Bogu, staje się czymś więcej niż tylko myślą, słowem, pieśnią, obrzędem. Staje się spotkaniem, powrotem stworzenia do Stwórcy, dziecka do Ojca, grzesznika do Źródła dobra i świętości. A ponieważ spotkanie człowieka z Bogiem zmaterializowało się w osobie Jezusa, Boga-Człowieka, każda ludzka modlitwa w Jezusie ma swój fundament. Dlatego chrześcijańska tradycja nakazuje każdą modlitwę przypieczętować słowami “Przez Chrystusa, Pana naszego”.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2570 - 2572; 2590 - 2592.

84. Jezus się modli

Trwają wakacje. Byłem z ministrantami w Krościenku. Siedzę z nimi nad Dunajcem. W ręce i w myślach różaniec. Słyszę, jak dzieci się bawią. Głosy są coraz bliżej. Nagle wszystko ucichło. Obejrzałem się. Któroś z nich zauważyło, że się modlę. Paluszek na buzi i wycofują się. Po kilku minutach znowu się obejrzałem, bo poczułem na sobie czyjeś spojrzenie. Faktycznie, z oddali, niepostrzeżenie przyglądał mi się jeden z najmłodszych chłopców. Zrobiło mi się jakoś nieswojo, bo uświadomiłem sobie, że jestem w tym momencie mistrzem modlitwy dla tego dziecka. A przecież z mojej strony to żadne mistrzostwo. Różańcowe myśli pobiegły w nieco inną stronę, niż każą tajemnice. Uświadomiłem sobie, że Apostołowie obserwowali modlącego się Mistrza, jak ów chłopiec mnie. Tyle, że oni byli u samych źródeł modlitwy…

A Jezus - Boży Syn, ale i człowiek prawdziwy - też musiał uczyć się modlitwy. Dziwnie to brzmi: Jezus uczył się modlitwy… Najpierw od Matki. Bo tak zwykle bywa w życiu dziecka. Od Niej mógł się nauczyć tego, co Ewangelista wypowiedział krótkim zdaniem: “A Maryja zachowywała te sprawy i rozważała je w swoim sercu” (Łk 2, 19). A potem uczył się modlitwy ludu - poprzez rytm szabatów (Łk 4, 16) i świąt (J 5, 1), poprzez słowa i pieśni Izraela. Boży Syn uczył się ludzkiego wymiaru modlitwy, ale płynęła ona z głębszego źródła, którego był świadom: “Czy nie wiedzieliście, że powinienem być w tym, co należy do mego Ojca?” (Łk 2, 49). To początek objawienia człowiekowi nowego rodzaju modlitwy. Nowego nie w znaczeniu nowej formuły - ale zupełnie nowej, innej, nie przeczuwanej jakości. To modlitwa synowska, dziecięca. Najpierw przeżywana przez Jezusa, Boga-Człowieka, a później zaszczepiona wszystkim, którzy tylko zechcą w tę modlitwę się włączyć.

Obserwowali uczniowie modlącego się Mistrza. A nieraz całe noce spędzał na modlitwie, nad ranem przychodząc do swoich (Łk 6, 12). Wracał pełen niezwykłej energii. Zanim objawił swe posłannictwo, na modlitwie umocnionej postem spędził 40 dni. A potem Ewangelista przedstawia Go modlącego się: podczas chrztu nad Jordanem (Łk 3, 21), przed wyborem apostołów (Łk 6, 12), przed postawieniem uczniom decydującego pytania o wiarę (Łk 9, 18), przed Przemienieniem na górze Tabor (Łk 9, 28), przed rozmnożeniem chleba (Łk 9, 16), po powrocie siedemdziesięciu dwóch wysłanników (Łk 10, 21), przed wywołaniem Łazarza z grobu (J 11, 41n). To tylko migawki. Ale i te okruchy pozwalają dostrzec i zrozumieć, jak wielką siłą, a zarazem jak nieodpartą potrzebą jest dla człowieka modlitwa. Dla każdego człowieka.

Modlący się Jezus - to nie tylko wzór modlitwy, nie tylko Mistrz, na którym można się wzorować. Syn Boży stał się człowiekiem, aby swoim braciom i siostrom otworzyć drogę ku wieczności, ku zbawieniu, ku pełni życia i doskonałości istnienia. W Jego modlitwę wpisują się zatem wszystkie wołania, prośby, uwielbienia, dziękczynienia, nadzieje, jakie ludzie wszystkich czasów ku Bogu kierowali i kierują. Ewangeliści przedstawiają Jezusa w czasie modlitwy szczególnej i zupełnie wyjątkowej. To modlitwa w przeddzień krzyżowej śmierci. Modlitwa tak pełna lęku i trwogi, że wyciskająca krwawy pot z Jezusa (Łk 22, 39nn). A chwile takiego lęku i trwogi zdarzają się w życiu każdego człowieka. Chwile, w których żadnych ziemskich i ludzkich perspektyw już nie ma. Jezus się modli… W Jego pełnej trwogi modlitwie dźwięczą wszystkie modlitwy ludzi, dla których ziemskiego rozwiązania już nie ma. Jezus modli się także na krzyżu - krótkimi, oszczędnymi słowami może wypowiedzieć to, co przeżywa. Na więcej słów sił brakło. Ale też modlitwa to nie tylko słowa. Cierpienie stało się modlitwą. W cierpienie Jezusowego Krzyża wpisane są cierpienia wszystkich ludzi. I stają się modlitwą. I szczęśliwy ten, kto w chwili swego krzyża odnajdzie Krzyż Jezusa. Nawet wtedy, gdy - jak Jezus - gotów jest wołać w milczące niebo: “Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił!” (Mt 27, 46). To wołanie z granicy rozpaczy też jest modlitwą. Bardzo ludzką modlitwą. O tej dramatycznej modlitwie Zbawiciela pisze autor Listu do Hebrajczyków: “On za dni swego ciała słał prośby i błagania, głośno wołając ze łzami, do władnego wybawić go ze śmierci, i został wysłuchany w swej uległości…” (Hbr 5, 7). Bóg wysłuchuje także wtedy, gdy niebo - jak w Wielki Piątek - staje się ciemne i głuche. Wysłuchuje i obdarza bardziej, niż człowiek mógłby oczekiwać.

A chrześcijanin powinien biorąc do ręki Ewangelię, kontemplować modlącego się Jezusa. To niezwykła lekcja człowieczeństwa.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2598 - 2606.

85. Jezus uczy się modlitwy

Uczyć modlitwy… Każdy z nas taką naukę pobierał w rodzinnym domu. Składaliśmy ręce - jak mama i tato. Klękaliśmy - jak oni. Kreśliliśmy jakieś znaki. Tak i Jezus uczył modlitwy swoich apostołów. Po prostu modlił się. Ale jak matka dziecku, tak i On swoim uczniom mówił o modlitwie. Czasem więcej, czasem kilka tylko słów.

Najwięcej, choć oszczędnie w słowach, powiedział Jezus o modlitwie w przypowieści o celniku i faryzeuszu (Łk 18, 9 - 4). Faryzeusz modlił się tak: “Boże, dziękuję Ci, że nie jestem jak inni ludzie, zdziercy, oszuści, cudzołożnicy, albo jak ten celnik…” Wiele jeszcze słów wypowiedział faryzeusz. Modlitwa celnika była krótka. Może się ona zdać szara i nieporadna: “Boże, miej litość dla mnie, grzesznika!” Lecz to właśnie tę modlitwę Bóg wysłuchał, mówi Jezus. W tej krótkiej opowieści zawarł wiele myśli, które ewangeliści zapamiętali i zanotowali przy innych okazjach. “Gdy się modlicie, nie bądźcie, jak obłudnicy. Oni lubią w synagogach i na rogach ulic wystawać i modlić się, żeby się ludziom pokazać. Ty zaś… módl się w ukryciu” (Mt 6, 5nn). - Tak właśnie, w ukryciu, gdzieś przy bramie świątyni modlił się celnik. I kolejna nauka Jezusa: “Na modlitwie nie bądźcie gadatliwi…” (Mt 6, 7). To faryzeusz był gadatliwy, nie celnik. Dlatego został wysłuchany. A przede wszystkim pokora! Modlitwa nie jest dobrą chwilą, by własnej chwały szukać i siebie oraz swoje zasługi - choćby najbardziej prawdziwe i autentyczne - ponad Boży dar stawiać. Warto prześledzić wszystkie zanotowane w Ewangelii chwile, w których Jezus się modli - zawsze widzimy Go, jak w pokorze, a bywa że i w uniżeniu staje przed Ojcem. Choć sam jest Bogiem… Nam taka modlitwa z trudem przychodzi, bo niełatwo prawdę o sobie uznać.

W Jezusowej nauce o modlitwie pokora splata się ze śmiałością. “Wszystko, o co w modlitwie prosicie, stanie się wam, tylko wierzcie, że otrzymacie” (Mk 11, 24). To niepokojące słowo “wszystko” nieraz powraca w Jezusowych zapewnieniach. Nikt, kto poznał ducha Ewangelii, nie ma wątpliwości, że owo “wszystko” nie może przekroczyć granic pomiędzy dobrem i złem. Więcej: owo “wszystko” przesycone jest ufnością do Boga jako Ojca - a On zwykł dawać więcej, niż dzieci proszą. Więcej - choć nieraz inaczej. Śmiałość na modlitwie jest śmiałością dziecka przychodzącego do Ojca. Śmiałość i ufność są też nierozdzielnie związane. Z ręki Boga można przyjąć wszystko - “czy ojciec poda dziecku skorpiona zamiast jajka? O ileż bardziej Ojciec wasz, który jest w niebie, da to, co dobre, proszącym go” (Łk 11, 12 i Mt 7, 11). Wąż, skorpion - to symbole niszczycielskiego zła. Bóg obdarowuje dobrem, nawet wtedy - a może właśnie wtedy, gdy człowiek niezupełnie świadom konsekwencji swych próśb, prosi o rzeczy ryzykowne.

Wytrwałość w modlitwie to kolejny element Jezusowej nauki o modlitwie. Odnajdujemy to w przypowieściach o natrętnym przyjacielu i o natrętnej wdowie (Łk 11, 5nn i 18, 1nn). Dlaczego mamy być oszczędni w słowach, a równocześnie natrętni? Jak godzić jedno z drugim? Czytając obie przypowieści, dostrzegamy przede wszystkim cierpliwość proszących. W modlitwie ma to być cierpliwość wiary, która pogłębia ludzkiego ducha i powoduje, że oczekiwanie staje się “pojemniejsze”. Gdy wreszcie Bóg odpowie, człowiek zdolny jest przyjąć o wiele więcej, niż gdyby został obdarowany od razu. Cierpliwość potrzebna jest jeszcze z innego powodu: pozwala proszącemu pozbyć się pierwszych odruchów, bezmyślnych słów, pustego powtarzania “Panie, Panie!” - a szukać zrozumienia woli Bożej (Mt 7, 21). Bo czymże w końcu jest modlitwa? Szukaniem woli Bożej.

Jeszcze inny element Jezusowej nauki o modlitwie trzeba przypomnieć: najpierw trzeba pojednania z ludźmi, potem dopiero można stanąć przed Bogiem. “Jeśli przebaczycie ludziom… i wam przebaczy Ojciec” (Mt 6, 14). Z tego wynika nakaz modlitwy nawet za prześladowców (Mt 5, 44). Żeby złożyć Bogu dar - a jest nim bez wątpienia także modlitwa - trzeba pogodzić się z człowiekiem (Mt 5, 23 - 25). A modlitwa zanoszona wspólnie z innymi ma szczególną moc zjednywania Boga (Mt 18, 19n). Modlitwa wzmocniona postem też zyskuje szczególną siłę, której szatan musi ulec (Mk 9, 29).

Zauważmy, że nigdzie w Ewangelii nie znajdziemy pouczeń dotyczących jakichś “technik” modlitewnych. Ważne to szczególnie dziś, gdy różne sekty właśnie technikami medytacyjnymi chciałyby Boga sięgnąć. Jezus wskazuje inne źródło siły modlitwy. Powiada, że modlitwa zanoszona do Ojca w Jego imię jest modlitwą najskuteczniejszą i wręcz jedyną (J 14, 13; 16, 24). Po to Syn Boży stał się człowiekiem, aby w Nim wszystko, co ludzkie, mogło doznać przebóstwienia. Modlitwa jest niezwykle ważną ku temu drogą.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2607 - 2615.

86. Niezmierzone bogactwo

Dawno już nie byłem na “Dróżkach” Góry św. Anny. Ci, którzy bywają, przyznają mi rację: w czasie “obchodów” splata się ze sobą wiele różnych sposobów modlitwy. Nad wszystkim góruje śpiew. Raz jest to śpiew tysięcy przy Grocie, kiedy indziej ten niezwykły śpiew wielu grup modlących się na Kalwarii: jedni kończą, inni zaczynają - na pozór harmider - a w istocie niezwykła harmonia ludzkich dusz wołających ku niebu. Ojcowie głoszą kazania, a pątnicy wsłuchują się w to, co mówi Bóg. Kalwaryjską modlitwą staje się szum drzew i śpiew ptaków. Ktoś przysiadł w kącie kaplicy, ludzie przechodzą, a on trwa w zamyśleniu. Inni mu nie przeszkadzają, są raczej pomostem między nim, a Niewidzialnym. Na schodkach ksiądz odmawia z brewiarza swoje kapłańskie pacierze. Na Rajskim Placu kolejki przed konfesjonałami - ci przepraszają Świętego. Inni trzymają w rękach różańce, krzyżyki, obrazy, figurki - któryś z franciszkanów poświęca je słowem i wodą. Tam znów kolejna kompania zasiada w Domu Pielgrzyma do śniadania i rozlega się pomruk modlitwy przed jedzeniem. W Bazylice zaczęła się kolejna Msza św. - a to już szczyt modlitwy.

To tylko pobieżny przegląd. Wieki tradycji Kościoła wytworzyły wiele form modlitwy. To wszystko jest szkołą i Jezusa, i Ducha Świętego. Jezus obiecał, że ześle Ducha Świętego, który nas wszystkiego nauczy i przypomni wszystko, co On nam mówił (J 14, 26). A Duch Święty, “gdy nie umiemy się modlić tak, jak trzeba, przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami” (Rz 8, 26). Dwa tysiące lat takiej szkoły! To znaczy bardzo wiele. Może za mało uczymy się w tej szkole?

W bogactwie modlitewnej tradycji Kościoła każdy może odnaleźć coś dla siebie. Istnieje (i wciąż jest żywy) nurt głębokiej modlitwy medytacyjnej. Ileż czasu można spędzić na medytacji? - zapyta ktoś. Ale ten, kto zagłębi się w ten sposób modlitwy, przestaje liczyć czas. Modlitwę medytacyjną pielęgnują szczególnie zakony i podobne im wspólnoty. Ale nie tylko. Np. w tradycji Ruchu «Światło - Życie» znana jest forma modlitwy zwana “Namiotem Spotkania”. Nazwa wzięta od namiotu, w którym za czasów Mojżesza modlono się. A sama modlitwa - to kilkanaście minut trwania w skupieniu w obecności Boga. Czasem będzie to wypełnione jakimś modlitewnym “tematem”, czasem będzie to po prostu bycie z Bogiem.

Dopełnieniem (bo nie przeciwieństwem!) modlitwy medytacyjnej jest wspólna modlitwa ustna. Może być bardzo różna - wykorzystująca gotowe teksty, nieraz uświęcone długoletnią, a nawet wielowiekową tradycją - choćby litanie. Czasem modlący posłużą się poezją. Czasem przygotowują teksty sami. Szczególne miejsce zajmuje w modlitwie śpiew - pieśń, czasem piosenka. I tu bogactwo jest wielkie. Bogactwo tekstów: od starożytnych po współczesne. Bogactwo melodii i rytmu: od średniowiecznego chorału gregoriańskiego po współczesną, rytmiczną, często z towarzyszeniem gitary lub większego zespołu, muzykę. Byle muzyka była piękna i ze smakiem wykonana - wtedy nawet różnice pokoleń się zacierają. Pamiętam sprzed lat wizytę norweskiego zespołu muzycznego w jednej z nyskich parafii. Do pierwszych ławek siadło kilkanaście starszych pań, co to żadnego nabożeństwa nie przepuszczą. “Uciekną po 10 minutach” - pomyślałem. Nie uciekły, mimo szybkiej i wyrafinowanej rytmiki, mimo dużej głośności i mimo tanecznego “wejścia” duchownego w kremowym garniturze, który to (co? koncert czy modlitwę?) prowadził. Potem pytały mnie, kiedy oni znowu przyjadą. Jakiś czas później byłem w Taizé. Półmrok kościoła wypełniony był cichym, spokojnym, chorałowym śpiewem. Śpiewali ludzie młodzi i modlili się ludzie młodzi. Bo od stylu muzyki ważniejsze jest coś, co trudno definiować. Nazwałbym to autentyzmem modlitwy zawartej w muzyce. To coś da się wyczuć, opanowuje ono człowieka i choćby nie znał się na muzyce, porwie go ona do modlitwy.

Szczególnym sposobem modlitwy jest Różaniec. Jest w nim słowo-formuła, jest powtarzanie najdroższych chrześcijaninowi imion Jezusa i Maryi, może być słowo wypowiadane “na żywo” jako wprowadzenie do kolejnych tajemnic, jest medytacja wyrastająca z Biblii i nią karmiona, bywa śpiew - jako że można i “zdrowaśki” śpiewać, i tajemnice pieśnią przeplatać. A jak uczy doświadczenie - tę formę modlitwy w przedziwny sposób akceptują zarówno ludzie prości, jak i wykształceni, ludzie głębokiej i refleksyjnej wiary (pamiętacie Ojca św. z różańcem w dłoni…) oraz ludzie wiary z pogranicza zabobonu.

Szczytową formę modlitwy odnajdujemy w liturgii Kościoła. Sama liturgia to coś więcej niż modlitwa, ale bez modlitwy istnieć nie może, a równocześnie liturgia od wieków była - i jest - najważniejszą szkołą modlitwy.

87. Nurty modlitwy

Człowiek - i Bóg… Chyba zatraciliśmy poczucie rzeczywistości. Demokratyzacja życia, wołanie o równość powodują, że człowiek końca XX wieku jest skłonny nawet Boga “po partnersku” traktować. A przecież gdy człowiek staje przed Bogiem, stworzenie staje przed Stwórcą! Jeśli by pokusić się o wyrażenie to jakąś proporcją, można rzec: “jeden do nieskończoności”. Uniżenie się przed Bogiem nie jest umniejszeniem człowieka - jest realizmem. A ten realizm jest konieczny, by człowiek mógł odnaleźć swoją prawdziwą wielkość. Dlatego pierwszym i podstawowym nurtem modlitwy jest adoracja. Jest to postawa człowieka, który wiedząc o tej ogromnej dysproporcji, ze czcią i w milczeniu staje przed swoim Stwórcą, który jest “zawsze większy” - jak wyraził to św. Augustyn. Postawa adoracji nie umniejsza człowieka, przeciwnie - wiedząc, że stoję przed Wszechmocnym, że mogę Go słuchać i że jestem przez Niego słyszany, zyskuję pewność i siłę. Nadzieja zaś przestaje być mglistym przeczuciem, a staje się pewnością. Stąd tylko krok do błogosławieństwa. “Błogo - sławić” czyli “dobrze - mówić, życzyć”. To Bóg nam błogosławi i obdarza dobrami. Obdarzeni przez Stwórcę, uczymy się przyjmować Jego dary i odpowiadać na nie całym życiem. A serce człowieka otwiera się coraz szerzej na błogosławieństwo Wszechmocnego.

Adoracja i błogosławieństwo z natury rzeczy przeradzają się w prośbę. Stworzeni przez Boga ani nie decydujemy o początku naszego istnienia, ani nie jesteśmy panami swego losu, ani celu życia w samych sobie nie możemy odnaleźć. Prośba jest więc koniecznym i ważnym elementem realizmu naszej wiary. A że jesteśmy grzeszni, dlatego prośba o przebaczenie uprzedza wszelkie inne prośby. Tak właśnie zaczynamy Mszę św. - od uznania swej grzeszności i prośby o przebaczenie. Za nią idzie prośba o poszukiwanie Królestwa Bożego - czyli dobra, prawdy, sprawiedliwości, życia, miłości. Prosić możemy - i powinniśmy - w każdej prawdziwej potrzebie.

Nie tylko za siebie i swoje sprawy. Dlatego szczególnym nurtem modlitwy jest modlitwa wstawiennicza. Taka modlitwa przybliża nas do modlitwy Jezusa: On - jak powiada Autor Listu do Hebrajczyków - “zawsze żyje, aby wstawiać się za nami” (Hbr 7, 25). Tak naprawdę jedynym wstawiennictwem jest Jezusowe wstawiennictwo. My tylko włączamy się w błagania Zbawiciela. A powinniśmy to czynić, bo “wielką moc posiada wytrwała modlitwa sprawiedliwego” (Jk 5, 16). O takiej wytrwałej modlitwy wstawienniczej patriarchy Abrahama opowiada Biblia (Rdz 18, 22 - 33). Wstawiennictwo chrześcijan nie zna ograniczeń - Apostoł powtarzając nakaz Jezusa powiada, że mamy modlić się nawet za prześladowców (Rz 12, 14) i za tych, którzy odrzucają Ewangelię (Rz 10, 1).

Prośba przeradza się w dziękczynienie - bo otrzymujemy od Boga więcej, niż się spodziewamy. Modlitwa dziękczynienia jest nurtem modlitwy bardzo ważnym i charakterystycznym dla chrześcijan, którzy swą największą świętość nazwali Eucharystią, czyli dziękczynieniem. Apostoł zaś nakazuje dziękować Bogu za wszystko, w każdym położeniu (Ef 5, 20; 1 Tes 5, 18). Za wszystko? Za cierpienie i krzyż, za grzech swój czy innego też? Wielkiej trzeba wiary i ogromnej nadziei, by to apostolskie wezwanie zrozumieć, a przynajmniej zaakceptować.

Piąty - a chyba najważniejszy i bez wątpienia najpiękniejszy nurt modlitwy to modlitwa uwielbienia. Cztery poprzednie nurty wypływają ze zrozumienia jaki jest Bóg i co działa. Jest Stwórcą, obdarza, przebacza, umacnia, prowadzi… Ale czy człowiek nie może wznieść się ponad to? W jakiś niedoskonały sposób może. Człowiek może po prostu cieszyć się, że ON JEST. Podobną radość przeżywamy, spotykając kochaną osobę po dłuższym lub krótszym okresie rozłąki: “Dobrze, że jesteś!” To okrzyk spotkania dwóch serc. Dlaczego by nie ludzkiego i boskiego serca? Jak powiada Katechizm: “Szczęście serc czystych, które kochają Boga w wierze, zanim ujrzą Go w chwale” [2639]. Szereg Psalmów w Starym Testamencie, księga Apokalipsy w Nowym zawierają niezwykle uroczyste modlitwy uwielbienia Boga - Stwórcy i Zbawiciela.

Wszystkie te nurty modlitwy: adorację i błogosławieństwo, prośby i wstawiennictwo, dziękczynienie i uwielbienie zawiera w sobie liturgia Mszy św. Dlatego będąc szczytem modlitwy, staje się zarazem jej szkołą. Różnie bywa z naszą indywidualną modlitwą. Często spłycamy i upraszczamy ją - tak, iż dominuje w niej prośba. Potrzeba świadomego kształtowania własnej - osobistej i rodzinnej modlitwy, aby wszystkie nurty były w niej obecne i żywe. Dopiero wtedy modlitwa stanie się potrzebą ludzkiego serca, a nie ciężkim i niezrozumiałym obowiązkiem.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2626 - 2643.

88. Nie potrafię się modlić…

To prawda. Bo głęboko w sercu zapisana jest potrzeba kontaktu ze Stwórcą, a równocześnie doświadczamy kruchości tego kontaktu. Powody bywają bardzo różne. Skutek ten sam: nie potrafię się modlić - mówimy. Jakie są tego przyczyny?

Żyjemy w epoce ogromnej aktywności. Liczy się skuteczność działania oceniana przez efekty. A im szybciej osiągane - tym lepiej. Skuteczność modlitwy jest innego rodzaju - przede wszystkim rzadko bywa wymierna, widzialna i uchwytna materialnie. Po drugie - skuteczność modlitwy sięga wieczności i rozliczanie jej w małych odcinkach czasu jest zwykłym nieporozumieniem. Jednak wszyscy temu ulegamy. W rezultacie odkładamy modlitwę na później, by zająć się tym, co może przynieść efekt szybki i widoczny. A tyle jest do zrobienia! Nie mamy więc na modlitwę czasu (jakżeż pokrętne i nadużywane powiedzonko: “Nie mam czasu”). Zajęci zewnętrzną aktywnością możemy już tylko powiedzieć: nie potrafię się modlić… Patrząc zaś na kogoś, kto więcej czasu poświęca modlitwie, łatwo o wyrok: on ucieka od świata. Czy ta trudność w modlitwie nie rodzi się z naszej zbyt małej wiary?

Z innego wypaczenia wiary rodzi się inna trudność modlitwy. Nazwałbym to wypaczenie pogańskim. Otóż człowiek ulega pokusie bycia bogiem. I ten bóg chciałby Boga sięgnąć, sobie podporządkować, coś na Nim wymusić. Taki sens mają magiczne zaklęcia i rytuały pogańskie. Przeczytaj barwną opowieść o proroku Eliaszu walczącym orężem wiary z prorokami bożka Baala (1 Krl 18, 20nn). Czciciele Baala, patrząc powierzchownie, też się modlili. Ale tak naprawdę usiłowali wymusić odpowiedź, która nie przyszła - bo to bóstwo po prostu nie istnieje. Eliasz modlił się - w jego postawie, w krótkiej prośbie jest zawarta cała moc wiary. Więcej: Eliasz na pierwszym miejscu postawił Boga. W jego modlitwie było zatroskanie o prawdę. Ilekroć na modlitwie stawiamy na pierwszym miejscu siebie, ilekroć usiłujemy na Bogu coś wymusić wedle swojego pomysłu - tyle razy ulegamy ogromnemu rozczarowaniu. Kończy się to zawsze podobnie: nie potrafię się modlić - mówimy. I zniechęceni próbujemy sami stać się bogami. A modlitwę trzeba zaczynać z Jezusem, powtarzając: “Ojcze mój, niech się stanie twoja wola” (Mt 26, 42).

Zbyt słaba wiara rodzi kolejną trudność: fatalizm. Skoro wszystko jest Bożą wolą, to po co w ogóle się modlić? Co ma być - będzie. To zbytnie uproszczenie. W realizację Bożych planów należy się włączać świadomie, z przekonaniem, że zamysły dobrego Ojca są najlepsze. Na modlitwie zaś szukać zharmonizowania swojej woli z wolą Boga i zrozumienia (na ile to możliwe) Bożych planów. A wszystko po to, by stać się narzędziem - wolnym i świadomym - dobra, jakie zamierzył Bóg. Jeśli jednak górę weźmie fatalizm, prędzej czy później człowiek powie sobie: nie potrafię się modlić. Albo popadnie w zabobon - wypaczoną modlitwę formuł i rytuałów, którym przypisuje magiczne znaczenie.

Na modlitwie - jak w każdych osobowych kontaktach człowieka - przychodzą czasem oschłości. Największa miłość na takie chwile jest narażona. Jeśli wiara zbyt słaba i chwiejna, oschłości na modlitwie powodują zniechęcenie. Wydaje się wtedy, że “Bóg daleko a niebo wysoko”, że może inni to mogę nawiązać z Nim kontakt, ale ja…? Łatwo wtedy o zniechęcenie, nawet o odrzucenie modlitwy. A tymczasem właśnie wtedy, “gdy nie umiemy modlić się tak, jak trzeba, sam Duch [Święty] przyczynia się za nami” (Rz 8, 26). W czas największego ludzkiego zmagania się Jezusa, gdy konał na krzyżu, niebo zdawało się milczeć. Wołał On wtedy słowami psalmu: “Boże mój, Boże mój, czemuś mnie opuścił” (Mt 27, 46). Gdy przychodzą na nas chwile podobnej próby, warto sobie powiedzieć: “Wierzę w słońce - nawet, gdy nie świeci. Wierzę w miłość - nawet, gdy skryta. Wierzę w Boga - nawet gdy milczy”…

…a może nie milczy? A może to tylko ja nie potrafię usłyszeć? Może jest ze mną tak, jak z owym młodym człowiekiem, którego Jezus zaprosił, by poszedł za nim. “Lecz on spochmurniał na te słowa i odszedł zasmucony, miał bowiem wiele posiadłości” (Mk 10 22). Dlatego modlitwa potrzebuje ascezy, świadomego ograniczania swych - także słusznych - potrzeb. Zaniedbania czystości i wolności serca, zmniejszenie czujności wobec zła wkradającego się w życie - to wszystko powoduje duchową głuchotę człowieka, a tym samym bardzo utrudnia, a bywa że i uniemożliwia modlitwę. To też jest brak wiary, który “objawia się nie tyle przez wyznane niedowiarstwo, co przez faktyczny wybór” [2732].

“Nie potrafię się modlić!” Tak, nikt nie potrafi na tyle, by móc uważać swoją modlitwę za doskonałą. Wzrastanie w modlitwie, zagłębianie się w jej orzeźwiający strumień - to wysiłek na całe życie. A warto go podjąć, bo odnajdując Boga, odnajdujemy siebie.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2725 - 2733.

89. Czy nie brak ufności?

Byłem gdzieś rok po święceniach. Do kancelarii przyszła parafianaka. “Proszę księdza, proszę mi oddać 100 zł!” Powiedziała to takim tonem, że zwątpiłem - czyżbym zapomniał, że pożyczyłem od kogoś pieniądze? “Proszę mi przypomnieć, o jakie 100 złotych chodzi” - zapytałem. “O te za Mszę. Jureczek miał do mnie wrócić, a nie wrócił. Niech ksiądz nie udaje, tylko wyciąga z szuflady!” Sprawdziłem w kalendarzu mszalnym - faktycznie, prosiła o Mszę św. “w pewnej intencji”, ofiarowała rzeczywiście 100 zł. Wyciągnąłem więc z szuflady, dałem jej. Nawet nie próbowałem czegokolwiek tłumaczyć, byłem zaskoczony. Zresztą i dziś, po 30 latach duszpasterzowania niczego bym nie wyjaśniał, tylko oddał pieniądze za niespełnioną usługę.

“Gdy chwalimy Boga lub składamy Mu dziękczynienie, nie troszczymy się o to, by wiedzieć, czy nasza modlitwa jest Mu miła. Chcemy natomiast zobaczyć wynik naszej prośby. Jaki więc obraz Boga motywuje naszą modlitwę…?” - czytamy w Katechizmie [2735]. Nie każdy i nie zawsze, ale przyznajmy, że traktowanie Boga jako swego rodzaju “pogotowia ratunkowego” lub “ubezpieczalni” to częsta słabość. Byłem kiedyś świadkiem czegoś podobnego, tyle że pomiędzy ludźmi. Siedziałem u znajomych. Ktoś zadzwonił, z przedpokoju słychać było głosy: “O, to ty! - Dobry wieczór, dawno nie byłem. - Dawno, dwa tygodnie temu. A czego dziś potrzebujesz?” Gość próbował tłumaczyć, że dziś to naprawdę niczego nie potrzebuje, że przyszedł po prostu odwiedzić. Został jednak grzecznie i stanowczo odprawiony. Tak i modlitwa, by była siłą naszego życia, nie może ograniczać się tylko do próśb zanoszonych dopiero wtedy, gdy bardzo czegoś potrzebujemy. Trzeba na modlitwie Boga “odwiedzać” często i bezinteresownie. Gdy znajdziemy się w sytuacji “bez wyjścia”, On będzie z nami.

Ostrą naukę o modlitwie dał św. Jakub Apostoł (Jk 4, 2nn). Najpierw powiada: “Nic nie posiadacie, gdyż się nie modlicie”. To znaczy, że także nasze doczesne (a tym bardziej wieczne) sprawy od modlitwy są zależne. Ale zauważ: nie mówi “nie prosicie”, ale “nie modlicie się”. Już to jest wskazówką, że nie sama modlitwa próśb jest potrzebna. Bo modlitwa to bycie z Bogiem. Modlących zaś Apostoł napomina: “Modlicie się, a nie otrzymujecie, bo się źle modlicie…” To znaczy, że modlitwa może być opaczna, niewłaściwie ku Bogu kierowana, niestosowna. Apostoł wyjaśnia to bliżej, i mówi: “…modlicie się, starając się jedynie o zaspokojenie swych żądz”. Ostro powiedziane. A wynika z tego, że człowiek musi się uczyć (i to ciągle) oceniać i rozróżniać wagę swoich potrzeb. Jedne są słuszne i stosowne, zgodne z Bożym planem doprowadzenia każdego człowieka do pełni życia, do wieczności. Inne - też dobre i słuszne, mogą być sprawami ubocznymi, nieistotnymi. Ale w prośbach mogą się kryć nawet nasze żądze - takiego słowa użył Apostoł. Myślę, że owa dama, która zażądała zwrotu swoich 100 zł, “bo Jureczek nie wrócił” kierowała się bardziej żądzą, niż słusznością swej prośby do Boga. Katechizm powiada, że “Bóg nie może nas wysłuchać, gdyż chce naszego dobra, naszego życia” [2737] - dodajmy: wiecznego. Dokładnie tak: “nie może”. Nie dlatego, że jest słaby. Dlatego, że On jeden do końca wie, jakie mogą i mogłyby być nasze dalsze losy, gdyby spełnił tę czy inną naszą prośbę. Ponieważ jest On miłością, nie może dać czegoś, co obróciłoby się przeciw nam.

Skarżymy się czasem, iż nie jesteśmy wysłuchani, bo mijają dni, miesiące i lata, a Bóg zda się milczeć. Odpowiedź daje św. Augustyn, człowiek, którego przemiana i wielkość zostały wymodlone przez jego matkę, św. Monikę. A modliła się o to trzydzieści lat! “Nie martw się, pisze święty w jednym ze swych listów, jeśli nie otrzymujesz natychmiast od Boga tego, o co Go prosisz; oznacza to, że chce On przysporzyć ci dobra przez twoją wytrwałość w pozostawaniu z Nim na modlitwie. Chce, by nasze pragnienie potwierdziło się w modlitwie. Tak nas przygotowuje do przyjęcia tego, co jest gotów nam dać”. A chce dać więcej, niż prosimy. Bóg nie tylko jest dobry i wszechmocny - ale, mówiąc po ludzku, ma więcej fantazji niż człowiek. Człowiek musi nieraz długo dorastać, by móc przyjąć Boży dar. Czekając łatwo o niecierpliwość, bądź o zwątpienie. Ufności więc trzeba, dziecięcej ufności płynącej z przekonania, że Bóg to nie kapryśny satrapa, lecz dobry Ojciec.

A nie modlimy się sami. Chrześcijanin wie, że to Jezus - Boży Syn a zarazem nasz Brat - modli się w nas i z nami. To z jednej strony jest fundamentem naszej ufności: nie jesteśmy na modlitwie sami. A z drugiej strony rodzi się pytanie: na co bardziej czekam? Do czego jestem bardziej przywiązany i co (kogo) bardziej ukochałem: dary czy Dawcę darów? To bardzo ważne pytanie - a gdy uczciwie staramy się na nie odpowiedzieć, nasza modlitwa zostaje oczyszczona.

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2734 -2745.

90. Modlitwa gestów i słów

“Serce jest naszym ukrytym centrum, nieuchwytnym dla naszego rozumu ani dla innych; jedynie Duch Boży może je zgłębić i poznać… Jest miejscem spotkania…” [2563]. Już raz cytowałem ten fragment Katechizmu. Serce… Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że jest to obrazowe mówienie o człowieku, o jego głębi i tajemnicy. Modlitwa, zakorzeniona “w sercu” (jak każda miłość), potrzebuje jednak zewnętrznego wyrazu. Zresztą, człowiek potrzebuje, a nieraz musi uzewnętrznić to, co “w sercu”. Jeden będzie opowiadaniem zanudzał otoczenie, inny będzie pisał wiersze lub malował obrazy, jeszcze inny będzie bez przerwy telefonował - pomysłowość ludzkiego serca jest ogromna. A potrzeba uzewnętrzniania swych przeżyć, myśli, uczuć jest bardzo silna. Nie inaczej jest, gdy człowiek pragnie stanąć przed Bogiem. To, co człowiek odnajduje “w sercu”, pragnie wyrazić na zewnątrz. Choć wie, że Bóg zna serce i jego największe tajemnice.

Jak wypowiedzieć wobec Boga swe myśli i uczucia? Po ludzku - bo innego sposobu nie ma. Gesty i słowa walczą tu o pierwszeństwo. Słowo zdolne jest wypowiedzieć więcej. Ale gest jest chyba bardziej pierwotny i uniwersalny. Dlatego człowiek do modlitwy klęka: tak najłatwiej wypowiedzieć przeświadczenie o swej małości, a zarazem wielkości Boga. Potem człowiek składa ręce. Gest prośby, znany nie tylko z modlitwy, czytelny jest chyba dla każdego. Wreszcie modlący się wstaje - nie skończył modlitwy, ale chce wypowiedzieć swą radość i ufność wobec Boga. Nie jest - mimo całej pokory - niewolnikiem, ale dzieckiem Boga. A bywa, że pada na ziemię. Tym razem musi Bogu powiedzieć, że czuje się bardzo słaby i grzeszny, że uznaje w Bogu wielkość świętości i potęgi miłosierdzia. A ileż jeszcze innych gestów stosujemy: skłon głowy i bicie się w piersi, znak krzyża i zasłonięcie twarzy rękoma. Także siedząca postawa ma swój wyraz: siadłem, by w skupieniu słuchać słów Bożego objawienia. A w słuchaniu początek modlitwy. Nie można na modlitwie obejść się bez gestów. A nieraz bywa, że zmęczeni, wewnętrznie rozbici, dotknięci trudnymi przeżyciami nie jesteśmy w stanie zdobyć się na więcej. Wtedy gest, jeden, nieśmiały, nieporadny może wypowiedzieć dużo, bardzo dużo. Otoczenie może nie zauważyć lub nie zrozumieć tego gestu. Ale Bóg, który zna tajniki naszego serca, który rozumie każdy ludzki język, zrozumie i ten gest.

Bóg przemawia do człowieka na różne sposoby - ale najpełniej i najdoskonalej uczynił to posługując się słowem. Kiedyś były to słowa proroków, jeszcze niedoskonałe. A wreszcie - słowa Jezusa, Bożego Syna (Hbr 1, 1 - 2). Podobnie człowiek uzewnętrznia siebie: “Przez słowa, wypowiadane w myśli lub na głos, nasza modlitwa nabiera kształtu” [2700]. Dodajmy: kształtu bardziej wyrazistego, wymownego, bogatszego w treści, niż gdyby ograniczała się tylko do gestów. Dlatego modlitwa słów jest niezbędnym elementem naszego religijnego życia. Zaczyna się od “wypowiadania” słów myślą, ale nie powinna na tym się skończyć. Psychika człowieka jest tak skonstruowana, że formowanie myśli w wypowiadane - mówione lub pisane słowa - powoduje pogłębienie treści, uświadomienie sobie ich pełnego znaczenia. Pozwala wreszcie je zapamiętać, uporządkować i w ten sposób słowa wracając do nas, nas kształtują. W czasie modlitwy owocuje to jej niezwykłym pogłębieniem.

Formowanie treści modlitwy w słowa ma jeszcze inne znaczenie. Pozwala na wzajemne ubogacanie się modlitwą, dzielenie się nią z drugim człowiekiem. Umożliwia wreszcie jednoczenie się w modlitwie wielu, nawet tysięcy ludzi. A właśnie z taką modlitwą, jednoczącą “dwóch albo trzech”, Jezus wiąże swoją obietnicę: “tam ja jestem pośród nich” (Mt 18, 19n). To zjednoczenie wielu modlących się nabiera nowej głębi, gdy słowa przekształcimy w pieśń. Śpiew ma moc wiązania ludzi ze sobą, i to w każdej dziedzinie życia. Dlatego od wieków pieśń jest jednym z ważnych sposobów modlitwy, zwłaszcza wspólnej.

Jezus modlił się “w Duchu i w prawdzie” - całe noce spędzał na modlitwie serca. Ale modlił się też religijną pieśnią swego ludu, śpiewem psalmów. Dlatego stały się one naszą modlitwą. Modlił się też słowem wypowiadanym w obecności tłumów. A gdy uczniowie prosili Go, by nauczył ich modlitwy, nauczył ich słownej formuły “Ojcze nasz…” Dlatego najbardziej wewnętrzna modlitwa chrześcijanina nie powinna pomijać modlitwy słów i gestów. Ale też z drugiej strony modlitwa słów i gestów mogłaby okazać się pusta i martwa, gdyby brakło modlitwy serca. “Musimy modlić się całą naszą istotą, by nadać naszemu błaganiu jak największą moc” - poucza Katechizm [2702].

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2697 -2704.

91. Modlitwa umysłu i duszy

Znacie to żartobliwe powiedzonko: O czym pomilczymy teraz? To głęboka prawda ludzkiego życia. Trzeba rozmawiać, ale by słowa nie stały się puste, trzeba czasem pomilczeć. Coś tak, jak z pieniądzem: gdy go za dużo w obiegu, traci wartość. Słowa modlitwy, gesty, obrzędy, ceremonie znaczą bardzo wiele, ale mogą stać się puste. I wtedy trzeba pomilczeć przed Bogiem o swej duszy i całym życiu, o świecie i wieczności. Człowiek należąc do świata materialnego, potrzebuje słów i gestów na modlitwie. A dlatego, że należy do świata ducha - potrzebuje myśli i uczuć.

Modlitwa serca powinna towarzyszyć każdej zewnętrznej formie modlitwy. Wszelako tradycja chrześcijańska zna modlitwę zwaną rozmyślaniem. Jest to wsłuchiwanie się w to, co mówi Bóg. Najczęściej Boga prosimy, ale w rozmyślaniu sprawa zostaje odwrócona. Nie ja proszę Boga, lecz staram się usłyszeć, o co prosi mnie Bóg! Usłyszeć, zrozumieć, przylgnąć do tego, odpowiedzieć myślą, słowem, życiem. Oczywiście, jesteśmy w stanie osiągnąć to tylko po części - ale i to jest potrzebne. Rozmyślanie może być samodzielną formą modlitwy - jako takie ma ogromnie bogatą tradycję zwłaszcza w klasztorach. Ale wysiłek myśli powinien towarzyszyć każdej modlitwie - wedle zasady, że modli się cały człowiek.

Umysł człowieka potrzebuje duchowego pokarmu. Najwartościowszą - choć i trudną - strawą modlącego się ludzkiego umysłu jest Pismo św. Wielką pomocą są pisma mistrzów życia duchowego - i tych sprzed wieków, i tych współczesnych. Oczywiście, wszystko to zakłada, że modlący się człowiek zna treść prawd wiary, że skarbiec tradycji chrześcijańskiej jest mu choć po części znany. Dzięki rozmyślaniu, które pobudza myśl, wyobraźnię, uczucia i pragnienia, umacnia się pewność wiary, serce modlącego się człowieka zwraca się coraz bardziej ku Bogu, a nadzieja pozwala iść pod prąd wszelkich przeciwności zewnętrznych i wewnętrznych.

Obserwowaliście kiedyś parę młodych ludzi na spacerze? Idą obok siebie, rozmawiają, od czasu do czasu jedno spojrzy na drugie, rozlegnie się głośniejsze słowo, wybuchnie śmiech. Ale po jakimś czasie takiego bycia razem milkną. Może trzymają się za ręce, a może i nie. Nie mówią nic, nie popatrzą na siebie, słów nie słychać, śmiechu też nie. Dopiero teraz są naprawdę blisko siebie, są razem… Proszę nie gorszyć się tak bardzo ludzkim porównaniem - korzenie tego tkwią w Piśmie św. Modlitwa gestów, słów, pieśni, obrzędów, modlitwa myśli - i wreszcie modlitwa milczenia. Całkowitego milczenia, gdy nawet myśl zda się cichnąć. Nasza tradycja modlitewna zna słowo “kontemplacja”. To jedna z dróg modlitwy. Św. Teresa Wielka, mistrzyni życia duchownego, klasyk literatury mistycznej, pisze tak: “Kontemplacja myślna nie jest, według mnie, niczym innym jak głębokim związkiem przyjaźni, w którym rozmawiamy sam na sam z Bogiem, w przekonaniu, że On nas kocha”. Czy z przyjacielem, z ukochaną osobą jest się wtedy, gdy ma się czas? Czy nie jest odwrotnie: szuka się czasu na spotkanie i bycie razem? Tak jest też z modlitwą: szukamy sposobności, by być z Bogiem - świadomi, że On zawsze jest z nami. “Nie zawsze można rozmyślać - powiada Katechizm [2710] - ale zawsze można wejść w kontemplację, niezależnie od warunków zdrowia, pracy czy uczuciowości”. Istotnie - rozmyślanie wymaga ciszy, spokoju, oderwania się od zwykłych zajęć choć na kilkanaście minut. Kontemplacja jako świadome bycie blisko Przyjaciela może przenikać nawet codzienne prace. Wszedłem kiedyś do mieszkania już nie całkiem młodej rodziny, drzwi były otwarte. Oboje byli zajęci pracą przy układaniu podłogi. Płyty, narzędzia, klej… Stałem niezauważony i patrzyłem. Było widać, że tych dwoje łączy nie praca, ale miłość i przyjaźń. Czy i nasza codzienna krzątanina nie powinna tak wyglądać? Wypełniona miłością i przyjaźnią z Bogiem? Oczywiście, kontemplacja musi karmić się rozmyślaniem, rozmyślanie modlitwą słów i pieśni, słowom musi towarzyszyć gest - bo zawsze modli się cały człowiek.

A jeśli cię czasem nie stać na więcej niż na samo przyklęknięcie lub gest przeżegnania? Jeśli wszystkim, co możesz z siebie wykrzesać, jest jedno “Ojcze nasz”? Jeśli przytłoczony życiem i codziennością, możesz już tylko wejść do pustego kościoła (bo pełen ludzi denerwuje cię), i posiedzieć “bezmyślnie” parę minut? Nie szkodzi. Modli się cały człowiek. Dobrze, jeśli w chwili modlitwy potrafisz zmobilizować się maksymalnie. Ale jeśli stać cię tylko na cząstkę - módl się tak, jak możesz. Jutro będzie inaczej. Popatrz: gdy zmęczony, przybity troskami przyjdziesz do człowieka - przyjaciela, czy nie doda ci sił sama jego obecność? A Bóg - czy Jego obecność nie jest potężniejsza?

Katechizm Kościoła Katolickiego, nr 2705 -2719.

92. Wołanie grzesznika

Odwiedziłem kiedyś parafianina. Kilka lat wcześniej umarła jego matka. Sędziwego wieku dożyła, zresztą - on też nie był młodzieńcem. Rozmowa pełna była wspomnień. Matka, babcia… Otworzył skrytkę z rodzinnymi pamiątkami. Wśród nich był stary, ze złoconymi kiedyś brzegami, modlitewnik. “To jeszcze mojej babki. Czasem modlę się z niego. Jakie to dziwne, gdy się wie, że te same słowa, z tego samego modlitewnika powtarzała mama i mama mojej mamy…” Przerzucił kilka kartek, jeszcze kilka, zaczął czytać: “Z głębokości wołałem k tobie, Panie! Panie, wysłuchaj głos mój: niech będą uszy twoje nakłonione na głos modlitwy mojéj (wyraźnie zaznaczył to staroświeckie é). Jeźli będziesz obaczał nieprawości, Panie: Panie, któż wydzierży? Albowiem u ciebie jest ubłaganie, i dla zakonu twego…” Przerwał, popatrzył na mnie, zaczął mówić: “Tak przed spowiedzią modliła się babka i mama moja. Ja odmawiam tę samą modlitwę. To tak, jakbym razem z nimi przeżywał swoją grzeszność i Boże ubłaganie…” Wziąłem książkę z jego rąk, nie patrząc w tekst zacząłem mówić: “Pokładam nadzieję w Panu, dusza moja pokłada nadzieję w Jego słowie, dusza moja oczekuje Pana. Bardziej niż strażnicy poranka niech Izrael wygląda Pana…” Popatrzył zdumiony. “Ksiądz zna tę modlitwę? Ale język jakoś uwspółcześniony?” Oddałem mu modlitewnik ze słowami: “Ma pan rację, ja też czuję łączność z pokoleniami, które odeszły. A to są słowa psalmu. To modlitwa, której nawet Jezus uczył się od swoich przodków. I On sam tymi słowami się modlił. A język? W modlitewniku babki jest przekład księdza Wujka. Jezus powtarzał psalm po hebrajsku. Ja posłużyłem się współczesnym przekładem używanym w liturgii”.

Psałterz - czyli księga modlitewnych pieśni Starego Testamentu, to najwspanialszy modlitewnik i podręcznik modlitwy. Dlatego od dwudziestu wieków stanowi trzon modlitwy Kościoła. Powtarzamy psalmy we Mszy św., śpiewają je mnisi i odmawiają zakonnice w klasztorach, słowami psalmów modlą się księża i świeccy w «Liturgii godzin», treści zaczerpnięte z psalmów przeniknęły do wielu religijnych pieśni wszystkich epok chrześcijaństwa.

Jeden z najbardziej znanych psalmów to wołanie króla Dawida o przebaczenie. Uwiódł żonę Uriasza, oficera swych wojsk, i by zatuszować sprawę kazał owego nieszczęśnika wysłać w czasie walki na pewną śmierć. Uriasz zginął zabity rozkazem króla. Czy Dawid nie widział w tym grzechu? Czy potrzeba było napomnienia z ust proroka? Gdy pojął niegodziwość swego czynu, wołał do Boga o przebaczenie. Wyśpiewana wtedy pokutna pieśń jest wciąż żywa i świeża. Czesław Miłosz tak oddaje hebrajski tekst psalmu 51 (50): “Zmiłuj się nade mną, Boże, wedle miłosierdzia Twego i w wielkiej dobroci Twojej zmaż moje winy. Obmyj mnie całego z nieprawości mojej i z grzechu mojego oczyść mnie. Albowiem znam winy moje i mój grzech jest zawsze przede mną. Tobie, Tobie samemu zgrzeszyłem i zło w oczach Twoich czyniłem…” Wołanie skruszonego grzesznika, prośba o przebaczenie, błaganie o siłę, by słabość ciała nie okazała się mocniejsza od siły ducha. Tak - to zdanie brzmi paradoksalnie, ale czyż sam grzech nie jest najboleśniejszym paradoksem i doświadczeniem człowieka, który “widzi dobro i uznaje je, a czyni zło” (to św. Paweł apostoł)?

Więcej pieśni powstałych z doświadczenia grzechu znajdziemy w Psałterzu. Tym razem otwieram przekład Romana Brandstaettera: “Szczęśliwy, któremu odpuszczono występki i wymazano grzechy, szczęśliwy, któremu Pan nie policzył winy, ponieważ w duchu jego nie znalazł oszustwa. Gdy milczałem, próchniały moje kości… Wówczas wyznałem moją winę i nie ukrywałem mojego grzechu. Rzekłem: opowiem Panu o moich występkach. A Tyś odpuścił winę mojej nieprawości…” Aż trudno uwierzyć, że ta pieśń powstała setki lat przed narodzeniem Chrystusa. Odnajdujemy w niej odległe przeczucie sakramentalnej spowiedzi. Odnajdujemy przekonanie człowieka, że sprawiedliwy Bóg jest przede wszystkim dobrym Ojcem i dlatego można i trzeba mu opowiadać o swoich błędach - by usłyszeć słowa upomnienia i przebaczenia, zachęty do dobrego i dobrej rady, jak wytrwać.

Dawna tradycja doliczyła się w Psałterzu siedmiu psalmów pokutnych. Są to (wg numeracji używanej w «Biblii Tysiąclecia»): 6; 32; 38; 51; 102; 130; 143. Nadto osiem innych psalmów to pieśni przebłagalne, wyrażające pokorę człowieka: 6; 27; 30; 62; 124; 127; 131; 139. Warto do modlitewnika pokoleń sięgnąć, by nie ulec pokusie uproszczenia swojej codziennej modlitwy.

93. Błaganie doświadczanego

Kochanowski, Wujek, Karpiński, Staff, Brandstaetter, Miłosz… Znane nazwiska, prawda? Najwybitniejsi poeci sięgali po Księgę Psalmów, by ją tłumaczyć na ojczysty język nie dlatego, że brak im było natchnienia, lecz dlatego, że Księga Psalmów jest zbiorem ponadczasowej poezji. Słowami psalmów może wypowiedzieć swe wnętrze człowiek każdej epoki. Zmieniają się okoliczności życia - ale ból i radość, rozpacz i nadzieja są zawsze te same. A Psałterz jest księgą modlitwy! Modlitwa sprzed tylu wieków jest modlitwą także naszego pokolenia. Bo też to co najgłębsze w duszy, człowiek może wypowiedzieć właśnie modlitwą.

Modlitwa psalmów to w dużej części błaganie człowieka doświadczonego wrogością, nienawiścią, prześladowaniem: “Głos mój woła do Pana, głos mój śle Panu błaganie. Wylewam przed nim swą prośbę, spowiadam się z swego strapienia. Duch zamiera już we mnie, lecz ty znasz ścieżki moje. Na drodze, którą chodzę, ukryli sidło na mnie. Patrzę na prawo, wyglądam, ale nikt poznać mnie nie chce… Wołam ku tobie, Panie, mówię: ‘Tyś mą nadzieją…!’” (Ps 141, t³. L. Staff). Wobec wrogości ze strony człowieka tylko Bóg jest ostoją. Tylko Bóg… To jest wiara i to jest nadzieja. Nie przytakiwanie Bogu - ale oparcie się na Nim. Taki jest zresztą hebrajski rodowód pojęcia wiary - nie jako przekonania, ale jako fundamentu, pewnej podstawy, na której człowiek może swe życie budować. - Czy nie odnajdujemy w tym samych siebie?

Doświadczenie dotyka nie tylko poszczególne osoby, ale i narody. Legła w gruzach Jerozolima, czyż nie trzeba wołać do Boga? I wołali ludzie: “Boże, poganie wtargnęli do dziedzictwa Twego, zbezcześcili Twój święty przybytek, obrócili Jeruzalem w zwaliska. Wydali trupy sług Twoich na żer ptactwu niebios, ciała Twoich wiernych zwierzętom ziemi. Przelewali krew ich jak wodę naokoło Jeruzalem, a nie było, kto by pogrzebał… Jak długo, Panie? Czy będziesz się gniewać zawsze? Czy palić się będzie jak ogień zapalczywość Twoja?” (Ps 79, tł. Cz. Miłosz). Ten psalm był modlitwą niejednego mieszkańca ginącej pod gruzami Warszawy i konającego Wrocławia. Wołali ku Bogu otoczeni stosami trupów więźniowie Auschwitz i jeńcy Kołymy. A i dziś dla wielu ludzi słowa tego psalmu są paląco żywe. Niestety. Zmieniły się techniki mordowania i niszczenia. Ból i bezsilność ofiar są ciągle takie same. Ale w psalmie nie ma rozpaczy! I dlatego jest to modlitwa, która uczy sztuki trwania: człowiek wierzący nawet w największym nieszczęściu odnajduje Tego, który jest oparciem - Boga.

Psalmy zawierają też ogromny ładunek tęsknoty. Czy można być człowiekiem nie tęskniąc? Tęsknota za ojczystym krajem, tęsknota za radością pielgrzymowania i świętowania: “Nad rzekami Babilonu siedzimy i płaczemy, wspominając o Syjonie. Na wierzbach owej ziemi zawiesiliśmy lutnie. Bo ci, którzy nas uprowadzili, kazali nam śpiewać, a prześladowcy żądali od nas pieśni radosnej… Jakże mamy śpiewać pieśń Pańską na obcej ziemi?” (Ps 137, t³. R. Brandstaetter). Wreszcie - tęsknota za Bogiem samym: “Jak łania pragnie wody ze strumieni, tak dusza moja pragnie Ciebie, Boże! Dusza moja pragnie Boga, Boga żywego, kiedyż więc przyjdę i ujrzę oblicze Boże?” (Ps 42, tł. z Biblii Tysiąclecia).

Człowiek bywa nieraz doświadczany nad miarę. Autorzy Psalmów byli ludźmi w każdym calu. Nadmiar bólu i cierpienia wybucha w psalmach - tak, jak i w naszym życiu - złorzeczeniem lub rozpaczą. Rozpaczą? Za dużo powiedziane. Oto słowa psalmu, którym modlił się umierający na krzyżu Jezus: “Boże mój, Boże, czemuś mnie opuścił, czemu nie znajdują echa słowa skargi mojej? Boże mój, wołam we dnie i nie słyszysz mnie, i w nocy nie masz dla mnie spoczynku. A przecie mieszkasz w świątyni, chwało Izraela! W tobie nadzieję mieli ojcowie nasi, ufali ci i wspomagałeś ich…” (Ps 22, t³. L. Staff). Tak, skarga psalmów nie kończy się krzykiem rozpaczy. Na dnie zawsze tli się nadzieja. I to też jest powszechne doświadczenie człowieka, który bez nadziei przestałby w ogóle istnieć. Dlatego bardziej niepokoją w psalmach złorzeczenia, ot choćby to z cytowanego wyżej Ps 137: “O, córo babilońska, dręczycielko, szczęśliwy ten, który odpłaci za czyn na nas popełniony. Szczęśliwy ten, który twoje dzieci pochwyci i roztrzaska o skałę”. Straszne słowa. Długo można by spierać się o ich sens, szukać usprawiedliwienia, dlaczego znalazły się w księdze Pisma świętego. Ale my tu o modlitwie mówimy. W tym kontekście jedno jest dla nas pewne: rozumiemy rozżalenie człowieka doświadczanego nad zwykłą ludzką miarę. Ale wcale nie musimy, nawet nie powinniśmy ulec pokusie złorzeczenia, a swoją modlitwę uczynić taką, jakiej uczył Jezus: “Módlcie się za tych, którzy was prześladują”… Ale przyznasz, że to nie jest łatwe. A modlitwa psalmisty stała się własnością pokoleń właśnie dlatego, że nie wstydził się swej ludzkiej słabości.

94. Wdzięczność obdarowanego

Szkołą modlitwy i kopalnią wzorców modlitwy, także dziękczynnej, jest Psałterz. Kto z nas nie jest obdarowany? Przez ludzi i przez Boga? Każdy. A jednak nie każdy jednakowo potrafi zobaczyć, że dar jest darem. I nie każdy potrafi zauważyć obdarowującego. Psalmiści potrafili widzieć i dar, i Obdarowującego zarówno w sprawach wielkich, jak i w drobiazgach codzienności. Może dlatego, że życie nie było tak zagonione jak dzisiaj, mieli więcej czasu na refleksję. Człowiek bardziej odczuwał swoją zależność od przyrody i wiele spraw wiązał przyczynowo wprost z Bogiem. Nie mając do dyspozycji technicznych środków naszej epoki, człowiek mniej zawdzięczał sobie. A może wiara ludzi, którzy śpiewając chwałę Bogu, tworzyli ten niezwykły modlitewnik, Psałterz, była żywsza od naszej? W efekcie człowiek tamtej epoki czuł więcej powodów, by czuć się obdarowanym przez Boga. Dlatego dziękował Temu, od którego wszystko bierze początek:

“Duszo śpiewaj Panu pieśń: O nieogarniony
Nieba i ziemie sprawco, wielceś uwielbiony!
Ciebie obeszła wkoło cześć i świetna chwała,
Ciebie jasność, jako płaszcz ozdobny, odziała;
Tyś niebo jako namiot rozbił ręką swoją;
Nad nim wody za Twoim rozrządzeniem stoją.
Chmury - Twój wóz; Twe konie - wiatry nieścignione;
Duchy - posłańcy; słudzy - gromy zapalone…
Dokąd mi tedy mego żywota dostanie,
Głos mój Panu i lutnia śpiewać nie przestanie…”

Tak przekłada Psalm 138 [139] Jan Kochanowski. Zachwyt człowieka patrzącego na otaczający go świat. Pełna poezji forma i pełna wiary treść. Wszystko razem tworzy niecodzienny klimat modlitwy. Ten sam motyw podejmuje Psalm 104 [103] (tł. R. Brandstaettera): “Utwierdziłeś ziemię na jej fundamentach, i nie zachwieje się po wieczny czas. Otchłań okryłeś morzami jak szatą, a ponad górami stanęły wody, które uciekły na głos Twojego łajania i ulękły się głosu Twojego grzmotu… Potokom kazałeś płynąć dolinami, i płyną między górami, i piją z nich wszystkie zwierzęta polne, a dzikie osły gaszą w nich pragnienie… Z komnat swoich spuszczasz deszcze na góry, a owocami Twoich dzieł syci się ziemia… Jak długo żyć będę, śpiewać będę Panu, jak długo będę mógł, grać będę na harfie mojemu Bogu! Błogosław, duszo moja, Panu! Alleluja!”. Człowiek został przez Boga obdarowany światem, wie o tym i czuje to. Czy mógłby nie dziękować?

Wołanie doświadczonego przez życiowe nawałanice przeradza się we wdzięczność obdarowanego. Trzeba umieć wołać do Boga w potrzebie. Trzeba umieć dziękować, gdy wraca pokój, radość, sprawiedliwość, zdrowie. “Wielbię, Cię, Panie, albowiem wydźwignąłeś mnie i nie pozwoliłeś moim wrogom naigrawać się ze mnie. Panie, Boże mój, do Ciebie wzdychałem, a Tyś mnie uzdrowił… - woła król Dawid - Wołałem do Ciebie, Panie, o zmiłowanie błagałem Pana mojego: Jaka korzyść z krwi mojej, gdy zstąpię do grobu?… Moje żałobne kroki zmieniłeś w taniec, zdjąłeś ze mnie wór… Panie, Boże mój, będę Cię wysławiał po wieczny czas” (Ps 30 [29] tł. R. Brandstaetter).

Obdarowanym bywa nie tylko poszczególny człowiek. Obdarowanym przez Boga bywa cały naród. I to jest też, a może przede wszystkim, powód, by wyśpiewywać radosne, dziękczynne pieśni Bogu. Ten motyw częsty jest w Psalmach. Niektóre sięgają najstarszej tradycji hebrajskiej - wyjścia z Egiptu. “Wysławiajcie Pana, bo dobry jest, bo wiecznie trwa miłosierdzie jego! Któż wyrazi wielkość Pana, wysłowi całą jego chwałę?… Ojcowie nasi nie zważali na twoje cuda w Egipcie, nie pamiętali o wielkim miłosierdziu twoim, buntowali się nad Czerwonym Morzem. Lecz on wybawił ich dla imienia swego, by okazać im swoją moc… Błogosławiony Pan, Bóg Izraela, od wieków i na wieki!” (Ps 106 [105], t³. L. Staff).

Wśród wielu darów Wszechmocnego jest jeden zupełnie wyjątkowy: dar przebaczenia. Oczyszczenie z grzechów jest darem samego Boga i tylko Boga. Człowiek przeżywający swą grzeszność i wołający do Sprawiedliwego z otchłani grzechu, gdy otrzyma przebaczenie, będzie z radością dziękował: “Błogosławiony, komu odpuszczono nieprawości i zapomniano winy…Iżem milczał, wysychały kości moje od jęków całodziennych… Wreszcie wyjawiłem ci mój grzech, nie kryłem dłużej mej winy…, i odpuściłeś mi przestępstwo moje… Weselcie się i radujcie, wierni, w Panu i śpiewajcie wszyscy prawego serca” (Ps 32 [31]). Błogosław, duszo moja, Panu, i ty, me serce, świętemu imieniowi jego… On odpuścił ci wszystkie nieprawości i uzdrowił wszystkie dolegliwości twoje (Ps 103 [102], tł. L. Staff).

Nie sposób podpowiadać i wskazywać wszystkich Psalmów, w których brzmi nuta wdzięczności, bo cały Psałterz jest właściwie jedną wielką dziękczynną pieśnią. Byle tylko człowiek potrafił dostrzec, jak bardzo został przez Niego obdarowany. A modlitwy dziękczynienia warto z Psałterza się uczyć.

95. Radość kochającego

Grzesznik, człowiek doświadczony cierpieniem, obdarowany przez Boga… W każdej z tych sytuacji jest on człowiekiem kochającym Boga. Bliskość Boga, osobisty z Nim kontakt, serdeczność - a nade wszystko radość. Takimi są modlitwy wielu psalmów. Ze wszystkich ksiąg Starego Testamentu właśnie psalmy duchem są najbliższe Nowemu. To wszystko sprawia, że Psałterz, ten modlitewnik (a raczej śpiewnik) Starego Przymierza, stał się modlitewnikiem chrześcijan - ludzi Przymierza Nowego. Psalmy od wieków stanowią osnowę liturgicznej, oficjalnej modlitwy Kościoła. Śpiewają je mnisi i zakonnice, odmawiają kapłani i świeccy. W każdej Mszy św. śpiewamy choć kilka strof któregoś z psalmów. Wiele pieśni naszego, chrześcijańskiego repertuaru to albo tłumaczenia psalmów, albo ich przeróbki. Po Psałterz sięgali i sięgają najwybitniejsi z poetów, by tłumaczyć tę wspaniałą i ponadczasową poezję. A i wielu kompozytorów ożywiało Psałterz wspaniałą muzyką. Radość przenikająca każdą psalmową strofę pociąga ludzi, sądzę, najbardziej. Radość człowieka kochającego Boga.

“Venite, exsultemus Domino!” - tymi słowami zaczyna się każdego dnia liturgiczna modlitwa Kościoła. Przyznam, że choć modlę się po polsku, to jednak ten powitalny Psalm 95 wolę po łacinie. Odmawiam go zresztą z pamięci, bo przecie codziennie od kilkudziesięciu lat to czynię: “Przyjdźcie, radośnie śpiewajmy Panu, wznośmy okrzyki ku chwale Opoki naszego zbawienia. Stańmy przed obliczem Jego z uwielbieniem, z weselem śpiewajmy Mu pieśni…” Kto powiedział, że pobożność Starego Przymierza naznaczona była lękiem wobec Boga? Z tego Psalmu tryska radość! Owszem, autor tej pieśni jest doskonale świadom kim jest Bóg, a kim on sam: “Przyjdźcie, uwielbiajmy Go padając na twarze, klęknijmy przed Panem, który nas stworzył…” (Ps 95[94], tł. z Biblii Tysiąclecia). Radość i uwielbienie… Pokochać Boga, znaleźć radość i nie zapomnieć o uwielbieniu. I ta pieśń, ten Psalm liczy sobie już dobrze ponad dwa i pół tysiąca lat! Powtarzając te pełne uniesienia słowa czuję się zjednoczony z pokoleniami Hebrajczyków i pokoleniami chrześcijan, którzy tymi samymi słowy swą radość wobec Boga wyrażali.

I zaraz następny psalm, który swą treścią jest tak bliski Ewangelii: “Pieśń nową zaśpiewajcie Panu, śpiewaj Panu, ziemio cała!… Oddajcie Panu, rodziny ludów, oddajcie Panu chwałę i moc… Niechaj weselą się niebiosa i raduje cała ziemia, niechaj szumi morze i to wszystko, co ono zawiera, niechaj cieszą się pola i wszystko, co jest na nich, a potem niech radośnie krzyczą wszystkie drzewa leśne przed obliczem Pan…” (Ps 96 [95], t³. R. Brandstaetter). Gdzie tu przysłowiowa ciasnota żydowskiego getta? Ja jej nie widzę. Psalmista zaprasza do radosnej pieśni “rodziny ludów”, a do radości całą ziemię. I te drzewa, co “krzyczą radośnie”! W następnym zaś psalmie “rzeki klaszczą rękoma” - jak wspaniale brzmi to w Psałterzu Jana Kochanowskiego, a z muzyką współczesnego mu Mikołaja Gomółki. Twórcy tych natchnionych pieśni, a także ich tłumacze byli bez wątpienia ludźmi kochającymi świat i jego piękno, ale równocześnie kochali Boga. Ta podwójna radość udziela się i nam, gdy bierzemy do ręki ten starożytny, a tak współczesny modlitewnik.

Radość kochającego… Nie, to nie ja wymyśliłem. To Psalmista - król Dawid - wprost, dosłownie o swej miłości do Boga śpiewa: “Miłuję Ciebie, Panie, siło moja!” To prawda, Dawid miał wtedy wiele powodów, by Boga wielbić - dzięki Bożej pomocy uszedł z rąk wrogów. Ale ogromny ładunek poezji zawarty w jego pieśni świadczy o tym, że umiłował Boga wcześniej, dużio wcześniej. A doznana pomoc spotęgowała jego radość i uniesienie: “Wzniósł się dym z Jego nozdrzy i ogień z ust Jego trawiący, głownie ogniste z Niego leciały. Nachylił niebiosa i zstąpił, a pod Jego stopy podesłała się czarna mgła. I wsiadł na cheruba, i leciał, i unosił się na skrzydłach wiatru… Bo któż jest Bogiem? Tylko Wiekuisty. I któż jest opoką? Tylko nasz Bóg!” (Ps 18 [17], tł. Cz. Miłosz). Przypominam sobie inne psalmy - są przecież moją codzienną modlitwą, wertuję ich księgę, by odnaleźć miejsca najbardziej nasycone radością. Nieraz w chwilach trudnych i smutnych były dla mnie słowami napomnienia i zachęty. Wracała wtedy pogoda mego ducha, wracała radość. “Gotowe jest serce moje, Boże, zaśpiewam i zagram. Zbudź się, chwało moja, zbudź się, harfo i cytro! Chcę obudzić jutrzenkę. Wśród ludów będę chwalił Cię, Panie, zagram Ci wśród narodów… Bądź wywyższony, Boże, ponad niebo, a Twoja chwała ponad całą ziemię! (Ps 108 [107], tł. z Biblii Tysiąclecia).

Ukochać Boga… I nie swej korzyści szukać, a Bożej chwały. Dla miłującego ważniejszym od niego samego jest umiłowany. Ten wątek też odnajdziemy w psalmach: “Nie nam, o Panie, nie nam, lecz imieniowi twemu daj chwałę, dla twojej łaski i twojej wierności! Aby nie mówili poganie: ‘Gdzież jest ich Bóg?’ W niebiosach jest nasz Bóg i czyni wszystko, co chce…” (Ps 115 [113B], t³. L. Staff). Zresztą - cały Psałterz jest jedną wielką pieśnią chwały Boga. Dlatego jest to najwspanialszy modlitewnik i najdoskonalszy podręcznik modlitwy. Dlatego od dwudziestu wieków stanowi trzon modlitwy Kościoła. I jeśli ukochałeś Boga, rozraduj się Nim słowami Psalmów. Będziesz jednym z głosów śpiewających wieczne pieśni.

96. Siedem próśb

Modlitwa… Malec klęczy siedząc na piętach, wpatrzony w “Bozię”, oczka błądzą po ścianie i firankach. Buzia powtarza paciorek. Zdawać by się mogło, że to mechaniczna czynność. Mama każe, więc trzeba… Dziecko skończyło paciorek i z poważną miną pyta: “Mamo, co to są ‘jakoimy’?” Mama odpowiada: “Zmyślasz, nie ma takiego słowa”. Malec nieomal obrażony: “To mama nie mówi paciorka? Przecież tam są ‘jakoimy’. Co to są te ‘jakoimy’?” Mama zrozumiała! “Nie ‘jakoimy’, ale ‘jako - i - my’, to znaczy ty, tatuś, mamusia, babcia, Kasia - po prostu my”. Malec podreptał do łóżeczka mrucząc do siebie: “Jakoimy, jako - i - my. Jakoimy, jako - i - my”. Widać, że zastanawiał się, co powtarza, skoro wyłowił te niezrozumiałe dla siebie “jakoimy”. A zdawało się, że bezmyślnie powtarza te słowa.

Te słowa… Nauczył ich sam Jezus. Św. Augustyn tak pisze: “Zbadajcie wszystkie modlitwy, jakie znajdują się w Piśmie świętym, a nie wierzę, byście mogli znaleźć w nich coś, czego nie zawierałaby Modlitwa Pańska”. Św. Tomasz z Akwinu dodaje: “Modlitwa Pańska jest najdoskonalszą z modlitw… W niej prosimy nie tylko o to, czego możemy słusznie pragnąć, ale także w kolejności, w jakiej należy tego pragnąć. Modlitwa Pańska nie tylko uczy nas prosić, ale także kształtuje wszystkie nasze uczucia”. Tak starannie ułożona - i to przez samego Jezusa - formuła, powtarzana codziennie, jest nieustanną nauką modlitwy.

“Ojcze nasz…” Najpierw “Ojcze!” - przywykliśmy do tego od dziecka. Gdy Jezus mówił o Bogu “Abba”, było to zaskakujące, wręcz rewolucyjne. Bóg był (i jest!) Panem, jest Wszechmocnym i potężnym Stwórcą, jest Sędzią a nawet Mścicielem. Ojcem jest dla Syna - dla Jezusa. A Jezus do tajemnicy Bożego dziecięctwa dopuszcza nas! Być dzieckiem Boga - to dar. Ogromny, niezasłużony, niezgłębiony dar. To zobowiązuje: dziecku Boga przystoi dobro i tylko dobro. Tak więc już początek Modlitwy Pańskiej oznacza zobowiązanie. A gdy mówimy “nasz”, zobowiązanie się potęguje - bo stajemy wobec Boga nie w oderwaniu od innych. Nie wynoszący się nad innych, lecz świadomi wielorakich powiązań z ludźmi - przede wszystkim powiązań miłości. Bo “Bóg jest miłością”.

“Któryś jest w niebie…” Niebo to nie miejsce, a sposób istnienia. Nie oddalenie - ale majestat Boga. Bóg to Ojciec tak bardzo nam bliski, ale równocześnie tak wielki, tak inny - że musimy w pokorze paść przed nim na kolana. Kochając Go - nie zapomnieć o szacunku tak wielkim, że graniczącym z lękiem.

“Święć się imię Twoje…” Ono jest święte. Ale powinno być święte w nas, w naszych myślach i słowach, w naszych czynach i całym życiu. Nie tylko w nas, ale i przez nas. A jeśli zostało nam dane bliższe zrozumienie tajemnicy Boga, przez nas powinna ona uświęcać innych ludzi. Jako dzieci Boga winniśmy wreszcie cały świat uświęcać.

“Przyjdź Królestwo Twoje…” A Królestwo Boże to - jak pisze Apostoł Paweł - “sprawiedliwość, pokój i radość w Duchu Świętym” (Rz 14, 17). Za dni naszego życia trzeba nam takie Królestwo budować. A ostateczne spełnienie oglądać i przeżywać będziemy, gdy Chrystus wróci w chwale. Gdy Boży dar pomnożony naszym wysiłkiem, osiągnie pełnię.

“Bądź wola Twoja jako w niebie tak i na ziemi…” Wolą Bożą jest, “by wszyscy ludzie zostali zbawieni i doszli do poznania prawdy” (1 Tm 2, 4). Wolą Bożą jest dobro. Wypowiadając tę prośbę Modlitwy Pańskiej, nie wolno ze zrezygnowaniem spuszczać głowy ku ziemi, ulegać fatalizmowi, zaniedbania swoje lub innych ludzi usprawiedliwiać słowami “Bóg tak chciał”. Przeciwnie, powtarzając te słowa, stajemy w rzędzie ludzi świadomie aktywnych, czynnych w pełnieniu dobra. Tak, by ziemia stawała się niebem. A nie jest łatwo bez reszty być posłusznym Bogu w każdym dobrym dziele.

“Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” Tak całkiem po prostu: “daj!” Ufność dzieci wobec Ojca. A “chleb” to nie tylko to, co na codzienny stół potrzebne. “Nie samym chlebem żyje człowiek” - mówił przecież Jezus (Mt 4, 4). Prosimy o wszystko, co potrzebne i konieczne życiu: cielesne, materialne i duchowe. Najbardziej duchowym chlebem jest oczywiście Chleb Ciała Pańskiego. W świetle całej Ewangelii nie wolno owego “daj nam” rozumieć jako wyrazu bierności. Bóg daje, a człowiek z Bożym darem musi współpracować. Bo słudze nieużytecznemu - mówi Jezus - odbiorą nawet to, co ma (Mt 25, 29n).

“Odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy…” To nie tylko zwykła prośba o przebaczenie grzechów. To uświadamianie sobie każdego dnia na nowo, “że strumień Bożego miłosierdzia nie może przeniknąć do naszego serca tak długo, jak długo nie przebaczyliśmy naszym winowajcom” [2840]. Jeśli zaś potrafimy przebaczyć - to czyż Boże miłosierdzie nie ogarnia nas od razu całą swoją łagodną, a zarazem potężną mocą?

“Nie wódź nas na pokuszenie…” Tradycyjny polski przekład może sugerować, że to Bóg nas kusi. Apostoł wyjaśnia: “Bóg nie podlega pokusie ku złemu ani też nikogo nie kusi” (Jk 1, 13). Ale czyż dobro nie umacnia się, gdy poddawane jest próbie? Dlatego próby muszą przyjść. Prosimy, by nie brakło nam sił w godzinie próby i pokusy. By zwyciężyło dobro.

“Ale nas zbaw ode Złego”. Ta duża litera to nie pomyłka. Nie chodzi bowiem o jakieś abstrakcyjne zło, czy jakiekolwiek zło, przykrość, cierpienie, ból. Chodzi o szatana. Jego imię tutaj to “Zły”. Jeśli on, wróg dobra i wszystkiego co dobre, został już przez Jezusa zwyciężony, dlaczego to zwycięstwo nie miałoby objawić się w nas już teraz? A ze zwycięstwem nad szatanem przyjdzie zwycięstwo nad każdym przejawem zła i cierpienia. - Bardzo daleko sięga ta, ostatnia prośba Modlitwy Pańskiej.

“Modlitwie Pańskiej” Katechizm Kościoła Katolickiego, poświęca bardzo wiele miejsca - nr. 2759 -2865.

97. Nie można modlitwy oderwać od życia

Tereska po dyplomie w liceum medycznym chciała wstąpić do klasztoru. Rodzice jedynaczki nie mogli się z tym pogodzić. Szczególnie ojciec. Wybór Tereski wydawał mu się po prostu bezsensowny. “Proszę księdza - przekonywał - przecież te zakonnice bujają w obłokach. Żyją jakimś nierzeczywistym życiem, nic o świecie nie wiedzą, modlą się i plewią bez końca swój ogródek”. Nie przekonałem go, ale i on nie przekonał Tereski. Minęło kilka lat. Tereska po odbyciu nowicjatu co roku przyjeżdżała do domu na urlop, a rodzice odwiedzali ją na kolejnych placówkach. W jednej z wiosek siostry opiekowały się kościołem i chorymi. Klasztor był jakby ośrodkiem zdrowia. Tereska miała mnóstwo zajęcia. Lubiana, uśmiechnięta, szczęśliwa - niosła radość innym. Po kilku latach trafiła do małego miasteczka. Dalej służyła chorym, ale klasztor był tam domem opiekuńczym dla dzieci z ulicy. Ojciec Tereski widział to wszystko. Dostrzegł, że nie tylko życie sióstr, ale także ich modlitwa wcale nie jest “bujaniem w obłokach”. Obserwował ile ludzkich kłopotów trafia do klasztornej kaplicy. Zorientował się, że dzięki modlitwom sióstr wiele splątanych spraw znalazło rozwiązanie. Zrozumiał, że zakonnice robią bardzo wiele - a siłę daje im właśnie modlitwa. Widział jak jego Tereska haruje i jest szczęśliwa! Opowiadał o tym… I dodał: “A ja kiedyś myślałem, że modlitwa jest oderwana od życia. Nie znałem życia i nie znałem modlitwy”.

Powiązanie życia i modlitwy to nie tylko cecha klasztorów. Tam, być może, widać to w sposób szczególny. Bo i modlitwy tam jest więcej. Ale wszędzie, dla każdego chrześcijanina modlitwa musi być cząstką życia, a życie cząstką modlitwy. I to na wiele sposobów.

Przede wszystkim modlitwa zobowiązuje. Jest przecież szukaniem Boga i wyznaniem “jestem Twoim dzieckiem”. Muszę zatem żyć w sposób godny Bożego dziecka, nie mogę złym postępowaniem przynosić ujmy Jego Imieniu. “Święć się imię Twoje” - przez moje czyny i słowa. Bywa, że nie dorastamy do poziomu Bożych dzieci. Źle, jeśli nie dorastamy. Ale to nie powód, by odrzucić modlitwę. Przeciwnie - to powód, by więcej i bardziej zdecydowanie wymagać od samych siebie.

Modlitwa uczy cierpliwości. Może inaczej: to Bóg uczy modlącego się człowieka cierpliwości. Bo najpierw budzi się w nas i krzepnie wiara. Umocniona wiara staje się ufnością. A Bóg - jak świetny pedagog - każe czekać, czasem długo. Boża perspektywa sięga wieczności. Modlący się człowiek zaczyna to czuć, po części nawet rozumieć. Musi więc być cierpliwy. I chce być cierpliwy, by nie zburzyć tego, co już osiągnął i co spodziewa się wymodlić. Czekając i trwając na modlitwie zanurza się głęboko w życie. Bo czym byłoby życie bez cierpliwości? Nawet przyroda i jej naturalne procesy potrzebują dziesięcioleci. Modlitwa wyrastająca z wiary prowadzi dalej - do wieczności.

Modlitwa uspokaja. Wiem o tym dużo - bo i mnie tego wewnętrznego spokoju nieraz brakuje. Najbardziej brakuje go wtedy, gdy zaczynam odczuwać swą bezsilność. Czasem jest to bezsilność wobec samego siebie, swoich możliwości i swoich błędów. Czasem jest to poczucie bezsilności wobec ludzkich, zagmatwanych spraw, wobec których staję jako duszpasterz. Czasem jest to bezsilność wyrastająca z obawy o przyszłość - zwłaszcza dzieci, wśród których pracuję i z którymi jestem mocno zżyty. Przychodzą wtedy do głowy różne myśli, a wspólną ich cechą jest zamącenie wewnętrznego spokoju. Wtedy potrzebna jest modlitwa. Z wiarą i ufnością złożyć sprawę, siebie, drugiego człowieka w ręce Boga - a niepokój znika, jak mgła dotknięta promieniami słońca.

Modlitwa wiąże ludzi związkami prawdziwej przyjaźni. Jeśli modlimy się razem - przestajemy być sobie obcy, coś ważnego zaczyna nas łączyć. Gdy pamiętając o sobie, modlimy się wzajemnie za siebie, albo razem za kogoś - łączy nas coraz więcej. Jeśli w tym związku trwamy, po jakimś czasie zaczynamy widzieć owoce naszej modlitwy. Przyjaźń się umacnia. A na przyjaciela ze wspólnej modlitwy mogę liczyć także w innych sprawach. Bo przyjaźń zbudowaliśmy na mocnym fundamencie.

Modlitwa daje siłę ducha. Dlatego właśnie ludzie, których czcimy jako świętych, dokonali w swym życiu tak wiele, że wiele, bardzo wiele się modlili. Porywali się na rzeczy trudne, przerastające ich siły, a nieraz zdawało się, że niemożliwe. Stawali wobec muru niezrozumienia, a często wrogości. Niemożliwe się spełniało. Siłą ducha przełamywali opór otoczenia i świata. Ale to nie jakiś przywilej świętych - to szansa dla każdego z nas. Jako proboszcz obserwuję tę prawidłowość w każdej parafii, gdzie mi przychodziło pracować. Wszędzie spotykam ludzi, dla których siłą była i jest modlitwa.

I właśnie dlatego modlitwa przemienia świat. A nie można modlitwy oderwać od życia. Ale też nie można życia oderwać od modlitwy. Nie wyczytałem tego w książce. Widzę to codziennie wokół siebie.