Katechizm inaczej. Dekalog

ks. Tomasz Horak

dodane 01.05.2006 15:26

Skarbiec wiary Kościoła jest ogromny. Są w nim "nova et vetera" - rzeczy nowe i stare. Te "stare" nie starzeją się nigdy. A "nowe" nie są nowe. Trzeba jedynie najdawniejszą tradycję Kościoła odczytywać na nowo. - abp Alfons Nossol

Katechizm inaczej. Dekalog

56. Teiści, ateiści i agnostycy

“Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!”

Kiedyś na szkolnej przerwie byłem świadkiem sporu dwóch szóstoklasistek. Kłóciły się o horoskop. Każdej z nich zapowiadał jakieś wspaniałości. Jedna była urzeczona i aż promieniała radością. “Widzisz! Będziemy bogate!” Druga najwyraźniej też chciała być bogata i szczęśliwa. “Ale - mówiła - skąd jesteś taka pewna?” Pierwsza odpowiadała: “No, przecież jest w horoskopie!” Dołączyłem do nich, zapytałem: Jesteś pewna, że to się spełni? Popatrzyła na mnie lekko nieprzytomnym wzrokiem. “No, bo tym horoskopom można wierzyć”. Druga wpadła koleżance w słowo: “A ja, wie ksiądz, wierzę, że to się nie spełni”. Właśnie tak powiedziała: wierzę, że to się nie spełni. Jedna wierzyła i druga wierzyła. Tyle, że jednak wierzyła “na tak”, druga wierzyła “na nie”. I to jest cały problem wiary. Wierzę, bo nie wiem. To znaczy wiem, ale tylko troszkę, zawsze za mało. A tu trzeba powiedzieć swoje “tak” lub swoje “nie”. Orzeł lub reszka? To byłoby zbyt proste. A może w ogóle nie zastanawiać się nad problemem, którego nie sposób rozstrzygnąć? Owszem, o niektóre rzeczy nie warto wieść sporu. Są jednak sprawy, obok których nie potrafimy przejść obojętnie. A są i takie, wobec których nie wolno pozostać neutralnym. Jedną z takich spraw jest pytanie o Boga. Wyrasta ono z innego ludzkiego pytania: skąd jestem i kim jestem? Skąd jestem ja i skąd jest świat? Te pytania są niepokojące. Bo albo odpowiedź wskazuje jakąś przypadkowość, albo wskazuje na Kogoś, kto jest Początkiem. Przypadkowość rodzi pustkę - tego zaś nie znosimy. A znowu Ktoś, kto jest Początkiem, jest tak inny i odległy od naszych wyobrażeń, że trudno w Niego uwierzyć. A uwierzyć trzeba. Albo, że On jest. Albo, że Go nie ma.

W liceum, wpajano nam (początek lat 60-tych) tak zwany “światopogląd naukowy”. Na jednej z lekcji wychowawczych naszego profesora zastąpił ktoś inny. Temat: “twój światopogląd”. Po chwili nauczyciel został wywołany z klasy, zostaliśmy sami. Dyskusja trwała. Szczegółów dziś nie pamiętam. W każdym razie utworzyły się trzy obozy. Jedni wierzyli “że tak”. Drudzy “że nie”. Po obu stronach była wiara, a nikt nie potrafił przytoczyć sensownych argumentów na obronę swojej tezy. Parę osób twierdziło, że niczego właściwie powiedzieć się nie da i po co ten cały hałas. Tych zakrzyczano. Kilka osób siedziało cicho, słuchając tylko. Wśród nich byłem i ja. Argumentów nie miałem, choć wierzyłem “że tak”. Modliłem się, do spowiedzi i komunii chodziłem, byłem ministrantem. “Wiedziałem”, że ten Ktoś przy mnie jest. Postać Jezusa, znana mi z fragmentów Ewangelii, fascynowała mnie. Szkolny dzwonek przerwał spory. Miałem zamęt w głowie. Mimo to, a może właśnie dlatego moja wiara była odtąd mocniejsza.

I to jest pierwsze przykazanie Dekalogu: “Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!” Sformułowanie wyrastające z uwikłania w kulturę świata sprzed trzech i pół tysiąca lat! Ale właśnie o wiarę w tym przykazaniu chodzi. Za czasów Mojżesza, pośrednika w objawieniu i zredagowaniu Dekalogu, spór o wiarę toczył się na płaszczyźnie “który bóg jest Bogiem?” Dziś jest to spór trzech (co najmniej) frakcji: teistów (czyli wierzących “że tak”), ateistów (czyli wierzących “że nie”) oraz agnostyków (czyli przekonanych, że i tak nie da się o tym wszystkim czegoś sensownego powiedzieć). Czy jednak pierwsze przykazanie Dekalogu nie jest jakimś nieporozumieniem? Bo jeśli ktoś wierzy, że jest Bóg, to po co mu nakazywać, by nie czcił innych bogów? A jeśli ktoś nie wierzy, to Dekalog nic dla niego nie znaczy. Odpowiedź wydaje się prosta. Starożytny tekst Dekalogu musimy odczytywać nie na poziomie słów, ale jego głębokiej treści. W epoce Mojżesza troska o wiarę znaczyła przede wszystkim odcięcie się od wszechobecnego bałwochwalstwa. Dziś troska o wiarę znaczy co innego. Przede wszystkim musi to być troska o rozumność wiary. O oczyszczanie jej z naleciałości magii, powierzchownego tradycjonalizmu, pustej obrzędowości. Troska o wiarę to także wyznawanie jej, w razie potrzeby obrona wiary - bo wiara umacnia się najbardziej wtedy, gdy ją przekazujemy, gdy o niej świadczymy i jej bronimy. I wtedy wiara owocuje nadzieją. A wysiłek włożony w zbliżenie się do Niewidzialnego otwiera przed człowiekiem zupełnie nowe perspektywy życia.

Czy może być inaczej, skoro On jest? I jest bliżej nas, niż my samych siebie?

57. By wiary nie utracić

“Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną!”

Mama - katechetka, tato - organista. Mały Szymek był całkiem mały, ale składał już proste zdania. Tato był po południu w kościele. Mama wróciła z pracy zła, o coś tam poszło z proboszczem. Sprzątnęła dom, przygotowała obiad na jutro, nakarmiła Szymka i położyła go do łóżeczka. Zajęta w kuchni, nagle usłyszała głośny płacz dziecka. Malec stał na kołderce, łzy ciekły po wykrzywionej buzi, rączki złożone jak do modlitwy wysuwał pomiędzy pręty łóżeczka. “Mamo! Czemu nie? Czemu nie?” pytał. Nie potrafił nazwać modlitwy słowem, gest był jednak zupełnie czytelny. Mamie zrobiło się strasznie głupio i wstyd. Faktycznie, obrażona na cały świat, obraziła się i na Pana Boga. Codziennie wieczorem oboje z mężem klękali do modlitwy, Szymek między nimi. Dziś modlitwy brakło. W tym momencie drzwi się otwarły, wrócił tato. Klęknęli, jak co wieczór, do wspólnego pacierza, Szymek między nimi. I jeszcze Ktoś tam był - wedle obietnicy Jezusa: “Gdzie dwaj, albo trzej są zebrani w imię moje, tam i jestem pośród nich”.

Modlitwa - najbardziej codzienny i podstawowy wyraz wiary człowieka. Modlitwa, która dopiero później jest słowem, a najpierw jest pamięcią o Kimś obecnym w moim życiu. Modlitwa - to jak myśli zakochanego człowieka, które wciąż wracają do ukochanej osoby. To nie ciężki obowiązek - to oddech ludzkiego ducha. Nie zawsze tak jest? Wiem. Tylko, co znaczy twoje “nie zawsze”? Dlatego jeden rzadziej, inny często, jeszcze inny bardzo często modlitwę zaniedbuje. Albo nie modląc się wcale, albo redukując modlitwę do samego tylko przeżegnania się. Modlitwa wyrasta z wiary. Ale też wiara karmi się modlitwą. Braknie modlitwy - marnieje wiara. To najczęstszy mechanizm spłycenia wiary, jej obumierania lub wręcz utraty. I też najczęstszy grzech przeciw I przykazaniu Dekalogu. Więcej - modlitwa jest niezbędnym warunkiem posłuszeństwa wszystkim przykazaniom. Jeśli więc braknie modlitwy, grzech wkrada się w życie człowieka w wielu innych miejscach życia. A Jezus mówiąc o modlitwie, powiada, że “zawsze trzeba się modlić i nie ustawać” (Łk 18,1). Modlitwy trzeba się także uczyć. W dzieciństwie był “paciorek”. Proste, często wierszowane formuły. Potrzebne dziecku, przeszkadzające dorastającemu chłopakowi czy dziewczynie. Dlatego odrzucane w pewnym okresie życia. Na ich miejsce powinno wejść coś więcej. Nowe formuły? Też. Ale od nich bardziej potrzebna modlitwa własnego serca i umysłu. Modlitwa zaczynająca się od przepraszania Boga, przez dziękowanie, prośby, aż po uwielbienie.

Gdzie gaśnie wiara, pojawiają się demony. To widać aż nadto wyraźnie w naszym świecie. Faktem jest, że wiara wielu ludzi przygasła. Lub nie formowana należycie, stała się tak powierzchowna, że prawie bez znaczenia. Wyrastają wtedy, jak chwast na polu, zabobony, wróżbiarstwo i magia. Zabobon ma cechy praktyk religijnych, są one jednak wypaczone, najczęściej z pogranicza jakiejś dziwnej “pobożnej magii”. Przykładem są wszystkie “modlitewne łańcuszki”: przepisz modlitwę ileś tam razy, roześlij znajomym, a jeśli nie zrobisz tego, to zobaczysz, co cię spotka! Zabobon - tylko głupota, czy już grzech? Swoją drogą sam Jezus głupotę kwalifikuje jako grzech (Mk 7,22). Wróżbiarstwo trudno już nazwać głupotą. Jest ono chęcią panowania nad czasem, nad historią, wreszcie nad ludźmi. Równocześnie jest pragnieniem zjednania sobie ukrytych mocy. Jeśli nie Boga, to kogo? Czy szatan nie staje tu gotów do usług? Nie po to, by odsłonić przyszłość, lecz po to, by najpierw człowieka otumanić, a potem odebrać prawdziwą nadzieję. Dlatego nawet tak zwane “niewinne horoskopy” powinny budzić obawę. Także jako grzech: bo odwracają uwagę człowieka od Boga. Co najmniej tyle, a i to wiele. Magia to próba pozyskania tajemnych sił, by posługując się nimi osiągnąć nadnaturalną władzę nad ludźmi bądź przedmiotami. Człowiek prawdziwie wierzący stawia od razu pytanie: jakie to “tajemne siły”? Skoro nie Bóg, to kto? Warto powtórzyć: Czy szatan nie staje tu gotów do usług? Co najmniej po to, by człowieka ogłupić. Zgubienie Boga z oczu zaczyna owocować złem - i inaczej być nie może. Bo “nikt nie jest dobry, tylko sam Bóg” (Mk 10,18). Najstraszniejszym wynaturzeniem wiary, które wyrasta na glebie zabobonu, wróżbiarstwa i magii, jest satanizm. To też wiara, to też kult i adoracja - ale odwrócone od Boga, zwrócone ku szatanowi. I dobrze wiemy, że nie są to zmyślone sprawy. Niestety, satanizm stał się dziś bardzo realnym i bardzo niebezpiecznym zagrożeniem. A pierwsze przykazanie Dekalogu jest napomnieniem ciągle aktualnym. Właśnie dla nas, wierzących, byśmy w czasach zamętu nie utracili wiary - tej głębokiej i mądrej wiary.

58. Jak mówić o Świętym?

“Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego na daremno!”

Jechałem z dziećmi, z za zakrętu pojawiły się wieże Głogówka. “Proszę księdza, wieże!” Tak, ta parafialnego kościoła, ta ratuszowa, ta kościoła franciszkanów, a tamta zamkowa. “A dlaczego kościoły mają zawsze wieże? I dlaczego inaczej wyglądają?” Rozgorzała dyskusja: bo kościół musi ładnie wyglądać, bo jest zabytkowy, bo dzwony, bo się musi dużo ludzi zmieścić. Dzieci nie wpadły jednak na najważniejsze “bo”: bo kościół jest znakiem sacrum w naszym świecie. Powiedzmy to prościej: kościół jest przypomnieniem, że oprócz codzienności naszego życia, istnieje świętość. Coś świętego, i Ktoś święty. Tak bardzo inny, a zarazem bardzo bliski. Musimy Go nazwać, dać Mu imię. Nie on - my potrzebujemy tego imienia. Rzecz nie nazwana znika z pola świadomości. Osoba bez imienia jakby nie istnieje. Psychologicznie “nie ma” kogoś, kto nie ma imienia, lub czyjego imienia nie znamy. Dlatego i Istocie Najwyższej człowiek przypisuje imię. Przed tym problemem stanął Mojżesz, gdy Bóg z gorejącego krzaka mówił: “Pójdziesz!” Odpowiada Mojżesz: “Pójdę, ale jakie jest Twoje imię? Gdy zapytają ‘jakie jest Jego imię?’ co mam powiedzieć?” (Wj 3,13-15)

Imię… Chodzi jednak o coś więcej. Dla nas imię jest najczęściej takim “numerem rejestracyjnym”. Ale czy tylko? Dlaczego ktoś zadał sobie tyle trudu, by na wysokiej, betonowej ścianie wymalować prawie metrowej wysokości literami imię “Monika”? Drogie dla niego widać imię Moniki. Gdy człowiek kocha, to imię kochanej osoby jest czymś więcej niż tylko zawołaniem. Pieści to imię, rysuje inicjały, cieszy się dźwiękiem tego imienia. Imię nieomalże stało się kimś. Stało się “święte”. I biada, gdy ktoś tej świętości dotknie. Wracam do domu, dzieci idą ze szkoły. Dwóch chłopaków bije się, i to nie na żarty. Stanąłem, oderwałem ich od siebie. “Proszę księdza, to on się zaczął!” Zwracam się do obwinionego: Co masz na swoją obronę? “Bo on na asfalcie napisał…” Urwał, wyraźnie się speszył. Inni go wyręczyli: “Bo on na asfalcie napisał Iwona!” No tak, sprawa jasna. Znieważył świętość kolegi. Przygarnąłem ich, stuknąłem lekko głową o głowę: Więcej tego nie rób. Ty nie bij nikogo, a ty nie tykaj tego, co dla innych święte.

Imię… Imię dziewczyny, imię mamy, taty, nawet nasze własne. Ale jest przecież jeszcze inny świat. Jest Ktoś, kto sam imienia nie potrzebuje, bo jest Jeden. Ale jak mamy o Nim mówić, myśleć, do Niego się zwracać? Dlatego Mojżesz pytał: “Jakie jest Twoje imię?” Usłyszał “Jestem, który jestem”. W języku hebrajskim brzmi to bardzo krótko, zwięźle. Właśnie, jak imię: JAHWE! Imię to zostało otoczone taką czcią, że nawet w czasie czytania świętych ksiąg w synagodze nie wolno było wypowiedzieć świętego Imienia. Zastępowano je innym określeniem. Np. Najwyższy, Przedwieczny, Sprawiedliwy, Potężny… Tak rozumiano od czasów Mojżesza, drugie przykazanie Dekalogu: “Nie będziesz brał imienia Pana, Boga swego, na daremno”.

Czy jednak tylko o samo imię chodzi? I czy w ten sposób? Sposoby zmieniają się, tak jak odmienia się obyczaj i kultura społeczeństw. Inna wtedy, inna dziś. Inna w Europie, inna w Azji. Istota sprawy pozostaje nietknięta: w człowieku, w jego obyczaju musi być szacunek dla tego, co Święte. Piszę dużą literą, by podkreślić, że nie chodzi tu o moralną doskonałość człowieka. Tak jak mówimy np. “Święty Franciszek”. Gdy mówimy “Święty Bóg” - słowo “Święty” znaczy co innego. I tak trudno to ująć w słowa. Napotykamy na tę samą trudność, której nie potrafimy pokonać, pytając “kim jest Bóg?” Tyle, że odpowiadając na to pytanie, możemy pozostać na płaszczyźnie filozoficznych określeń: pierwsza przyczyna, istota niematerialna, istnieje ponad czasem i przestrzenią itd. Gdy jednak pytamy o imię, przechodzimy na płaszczyzną zupełnie inną: osobową, bliską każdemu człowiekowi, bezpośrednią nieomal. Bóg filozoficznych definicji jest jakiś daleki, by nie rzec obcy. Bóg, który ma imię, już zbliżył się do człowieka. Do każdego człowieka.

Czy chodzi o samo imię? Nie. Chodzi o obecność Kogoś w naszym świecie. O całą sferę spraw, wartości, oczekiwań, obowiązków, które choć na tym świecie, jednak nie są z tego świata. Tak bliskie, a równocześnie nieskończenie przerastające wszystko. Takie codzienne, a przecie nie zbrukane naszą codziennością. Takie nasze, a jednak nie od nas zależne. Takie codzienne, a zarazem odświętne. Ta Obecność, i ten Ktoś, i jego Imię, i wszystko z Nim związane domaga się szacunku. Wyjątkowego, głębokiego, serdecznego, szczególnego.

Dawno już minęliśmy Głogówek. Gdy dojeżdżaliśmy do Krakowa, zachodziło słońce. W oddali, na wzgórzu widać było na tle purpurowego nieba sylwetę kościoła kamedułów. “Widzi ksiądz? Kościół! Jak pięknie wygląda… Jak imię Boga wypisane na niebie…”

59. Nic już nie jest święte?

“Nie będziesz brał imienia Pana, Boga twego na daremno!”

Małe miasteczko na północy Stanów Zjednoczonych. Parterowe domki, dużo drzew, balkony. Na jednym, na drugim, na dziesiątym imię JEZUS uplecione z kwietnych girlandów i kolorowych lampek. Na którymś balkonie napis: I LOVE JESUS! Najpierw mnie to dziwiło. Później się przyzwyczaiłem. Wreszcie zacząłem się zastanawiać. Tak, imię kochanej osoby chciałby człowiek wykrzyczeć, wyśpiewać całemu światu. A jeśli ktoś kocha Jezusa? Czy nie ma prawa wypowiedzieć tego po ludzku? Ma. Ale…

Ale: czy jest, a jeśli tak, to którędy przebiega granica pomiędzy ludzkim, spontanicznym odruchem, a szacunkiem dla świętego imienia i dla świętości w ogóle? Sam Jezus wskazuje potrzebę nakreślenia takiej granicy, gdy mówi: “Nie dawajcie psom tego, co święte i nie rzucajcie swoich pereł przed świnie…” (Mt 7,6). Mocno powiedziane. Tak, święte powinno świętym pozostać. A granica, o którą zapytałem, na pewno jest. Tyle, że nie zawsze łatwo ją nakreślić. Ot, choćby te amerykańskie domki z imieniem Jezusa. Wyraz wiary? Skutek obyczaju? Moda? Chęć popisania się przed sąsiadami? Czy samo imię Jezusa jest odczuwane jako święte? Czy tak spowszedniało, że nie jest odbierane jako święte? Amerykańskie balkony? Czy tylko? Bynajmniej. Jak często wyrywa się człowiekowi odruchowe “Jezus, Maria!” Najkrótsza forma modlitwy? Pełne szacunku zwrócenie się do Zbawiciela i jego Matki? Czy tylko niewiele znaczący okrzyk? Wchodzę kiedyś na pocztę w czeskim miasteczku. Ja z jednej strony drzwi, jakaś Czeszka z drugiej. Nie widzieliśmy się nawzajem. Przestraszyła się, zakrzyknęła: “Ježíš, Maria!” Uśmiechnąłem się i zapytałem: “Jste pokřtěna? - Czy pani jest ochrzczona?” Odpowiedziała: “Ne…” Spoważniała, za moment uśmiechnęła się. Ucieszyłem się, że w ustach niechrześcijanki usłyszałem najdroższe mi imię, ale… Ale czegoś tu niedostawa. Na pewno wiary. I na pewno odczucia świętości. Tego naszemu światu brakuje coraz bardziej. Także naszemu, polskiemu i katolickiemu światu, który z samego chrześcijańskiego imienia powinien być otwarty na wszelkie przejawy szacunku dla tego, co święte.

“Nie będziesz brał imienia Pana, Boga swego, na daremno!” Nie tylko “Ježíš, Maria!” owej Czeszki jest braniem świętego imienia na daremno. W wielu europejskich krajach, od kilku lat i w Polsce, imię Chrystusa w formie przymiotnika “chrześcijański” obecne jest także w polityce. Dobrze, że tak jest. Ludzie należący do Chrystusa - czyli chrześcijanie - powinni wpływać na kształt świata. Wszelako czasem nasuwają się wątpliwości, czy nie nadużywa się przymiotnika “chrześcijański”. Czy zatem mamy wymazać to słowo z nazw? Nie. Powinno tam pozostać. Ale użycie świętego imienia zobowiązuje. A wszystkim innym chrześcijanom daje prawo do wyrażania dezaprobaty, jeśli nazwa “chrześcijański” zamiast przynosić chwałę Chrystusowi, przynosi uszczerbek szacunku należnego świętości.

Siedzę w konfesjonale i patrzę na wchodzące do kościoła dzieci. Inaczej wchodziło moje pokolenie. Świątynia była święta. Człowiek stawał się tu jeszcze mniejszy, by urosnąć w bliskości Tajemnicy. Dziś wchodzące do kościoła dzieci zachowują się bardzo swobodnie, nie widać po nich tego dotknięcia świętości. Przyklęknięcie, jeśli jest, to takie byle jakie. W buzi guma. Za chwilę szeptana, a bywa że i głośniejsza rozmowa z koleżanką. Nie, nasze pokolenie nie było idealne. Ale coś się zmieniło w przeżywaniu świętości. Jesteśmy z Panem Bogiem za pan brat. Tak, to prawda, że Syn Boży stał się naszym Bratem. Ale my nie staliśmy się bogami! Jakie to cudowne, że jesteśmy Mu tacy bliscy. Ale nie wolno zagubić dystansu, szacunku, nawet lęku i bojaźni. Tak, lęku i bojaźni także. On jest Kimś tak wielkim, choć zarazem tak bliskim, że słowa “lęk i bojaźń” są ze wszechmiar na miejscu. Przerażają nas wybryki młokosów dewastujących cmentarze. To dalszy i, niestety, logiczny ciąg zanikania szacunku do wszystkiego, co święte. Nie jest święty krzyż, nie jest święte miejsce nim naznaczone. Szacunek dla krzyża i wszystkiego co święte wyrywali z ludzkich serc gorliwi słudzy ateistycznego komunizmu. Z dugiej strony nadgorliwość i nieprzemyślany pośpiech w zawieszaniu krzyży może się stać, niestety, “dawaniem psom tego, co święte i rzucaniem pereł przed świnie”. A właśnie przed tym ostrzegał Jezus. Ogromnej wrażliwości trzeba, i mądrości także, by ani przez zaniedbanie, ani przez przesadę nie wystawiać świętości na znieważenie.

60. Szabat dla człowieka

“Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!”

W jednej z moich dawnych parafii mieszkała była więźniarka Oświęcimia. Niezwykła była jej opowieść o ucieczce. Udanej zresztą. Ale równie przejmująca była opowieść o pracy w kombinacie chemicznym. “Wie ksiądz, nie wiedziałyśmy, jaki to dzień tygodnia. Wszystkie dni były jednakowe. Krzyk, głód, ciężka praca… Postanowiłam sobie, że jeśli uda mi się przeżyć, niedziela zawsze będzie dla mnie święta”. Słucham tej opowieści i przypominają mi się Hebrajczycy w Egipcie: “Pamiętaj, że byłeś niewolnikiem w ziemi egipskiej i wyprowadził cię stamtąd Pan, Bóg twój, ręką mocną i wyciągniętym ramieniem: przeto ci nakazał Pan, Bóg twój, strzec dnia szabatu” (Pwt 5, 15). Szabat, czyli co siódmy dzień wolny od pracy, jest znakiem wolności. Więcej niż znakiem - ten dzień wolność współtworzy. Wolność człowieka, o której Bóg przypomina. Wolność, której obszar człowiek musi umieć wypełnić. Bo wolność, także wolność dnia świątecznego, nie może być pustą przestrzenią. Pustka zawsze obraca się przeciw człowiekowi.

Odwieczny obyczaj, nie tylko chrześcijański, każe część świątecznego dnia poświęcić Bogu. Prawo kościelne precyzuje to i określa następująco: “W niedzielę oraz w inne dni świąteczne nakazane wierni są zobowiązani uczestniczyć we Mszy świętej” [2180]. Niejeden zapyta: jak to, wolność dnia świątecznego, a tu nakaz? Ograniczenie tej wolności? Nie, to nie tak. Ten nakaz jest pomocą w zagospodarowaniu wolności. Tak, jak cały Dekalog jest dokładnie tym samym: pomocą dla człowieka, któremu trudno żyć pełnią wolności. A zatem - niedziela i święta to najpierw Msza św. Tak, najpierw. Bo jak powiada przysłowie: “Gdzie Bóg na pierwszym miejscu, tam wszystko na swoim miejscu”. Wszelako to “najpierw” musi być wsparte na innej jeszcze sprawie. Niedziela i święta to odpoczynek. Bez poszanowania tej zasady, nie sposób mówić o czasie dla Boga, swej duszy, swego serca, swego umysłu.

I swoich bliskich… Bo niedzielny i świąteczny odpoczynek to nie tylko fizyczne wytchnienie od wysiłku. To zanurzenie się w środowisku, bez którego nie sposób żyć i być człowiekiem - w rodzinie. Prawda, tak wielu potrzebuje “po prostu odpocząć”. Wyspać się, czuć się swobodnie, niczego nie musieć po całym tygodniu wstawania skoro świt, oficjalnego ubioru w pracy, ciągłej presji obowiązków. Ale jakże łatwo o przysłowiowe wylanie dziecka z kąpielą: wstaje się o 10, piżama lub szlafrok do 13, pan nie ogolony, pani rozczochrana… Właściwie niedzieli nie było. Mąż nie miał żony, żona męża, dzieci rodziców, a rodzice “szczęśliwi”, że dzieci zajęte telewizorem dają im spokój, nawet nie pomyśleli ile tracą. Być może na zawsze.

Nie wolno pominąć pewnego pytania: dlaczego właśnie niedziela? Niby oczywiste. Ale spotykamy się czasem z zarzutem, że przykazanie brzmi “Pamiętaj, abyś dzień szabatu święcił!” A szabat - to sobota. Nasza, chrześcijańska odpowiedź sięga samego Jezusa. Najpierw widzimy go, jak dość swobodnie, ku zgorszeniu faryzeuszy, traktuje szabatni odpoczynek. Nie, nie lekceważy, ale przestawia akcenty - z czysto formalnego podejścia do świętości, ku wskazaniu istotnej treści. Warto w tym momencie sięgnąć do Ewangelii i przeczytać, co pisze św. Marek. Zacytuję, co najistotniejsze: “To szabat został ustanowiony dla człowieka, a nie człowiek dla szabatu. Zatem Syn Człowieczy [Jezus tak zwykł mówić o sobie samym] jest panem szabatu” (Mk 2, 23 - 3, 6). Na dzień swego zmartwychwstania Jezus wybrał nie szabat, ale “pierwszy dzień po szabacie” (J 20, 1). Przypadek? A jeśli nawet, czy nie powinniśmy tego uszanować? Tak to odczytało pierwsze pokolenie Jego wyznawców. Zbierali się na modlitwę i “łamanie chleba” właśnie pierwszego dnia po szabacie (Dz 20, 7). Później nazwano ten dzień “Dniem Pańskim”, my po polsku powiadamy “niedziela” i jesteśmy wierni tradycji apostolskiej.

W słowach Jezusa warto wskazać jeszcze jeden akcent: “szabat został ustanowiony dla człowieka”. I od tego zaczęliśmy tę katechezę: od wskazania, że to my, ludzie potrzebujemy świętowania. Potrzebujemy w tej potrójnej perspektywie: by odpocząć, by odpoczywając odnaleźć tych których kochamy i by razem z nimi szukać Boga. Znajdując Go, choćby tylko w sakramentalnych znakach, odnajdziemy na nowo siebie i bliskich. Zazdrośnie strzegąc swego “prawa” do świątecznego odpoczynku i pozostawiając ten dzień pusty - roztrwonimy resztę tego, co nam jeszcze zostało.

61. Nie masz kiedy rąbać tego drzewa?

“Pamiętaj, abyś dzień święty święcił!”

Kiedy to było? Dawno, ale mogło być zeszłego lata. Nasza harcerska drużyna wędrowała po beskidzkich bezdrożach. Czasy były jeszcze PRL-u, ale razem z drużynowym byliśmy przed południem na Mszy św. Kawał drogi było z hali i szałasu, w którym rozgościliśmy się na dwa dni. Po powrocie trzeba przygotować obiad. Niedzielny, oczywiście, z kisielem na deser. Miałem dyżur opałowy. To znaczy trzeba było wziąć toporek i naścinać suchych gałęzi do kuchennego ogniska. I na tym prozaicznym zajęciu przydybał mnie mieszkaniec okolicznej wioski. Stanął nade mną, jak kat nad grzeszną duszą i patrzy. No tak, pomyślałem, kradnę mu chrust. Góral chwilę patrzył na harcerzyka, wreszcie zaczął: “To nie masz kiedy rąbać tego drzewa, tylko w niedzielę? I to harcerz?” Zacząłem mu tłumaczyć, że wędrujemy po górach, że dopiero wczoraj, czyli w sobotę wieczorem przyszliśmy tutaj, że byliśmy na Mszy, a teraz chcielibyśmy ugotować obiad. Wysłuchał, pokiwał głową, po ojcowsku przemówił: “Widzę, że siekierki to ty trzymać nie umiesz. Narąbałbym ci, alem jeszcze w życiu siekiery w niedzielę w garści nie miał. Uważaj, żebyś sobie przy niedzieli tym żelastwem krzywdy nie zrobił”. Poszedł, ja zostałem pracując dalej.

Góral rację miał. Ja nie miałem wyjścia. Ta praca była potrzebna. Ale dał mi ów człowiek ważną naukę: niedziela jest czymś tak wielkim, że warto pomyśleć, czy nawet potrzebną pracę godzi się wykonywać. Teraz, jako proboszcz, patrzę wokół i widzę - jak wiele niepotrzebnej pracy wykonuje się w niedziele! Czasem fizycznej. Czasem innej. No bo jeśli mama przynosi z biura sterty formularzy, by spędzić nad nimi kilka niedzielnych godzin to…? To jest ciężka praca i tej też należałoby zaniechać. I nie przyzwyczajać szefa do swej zbytniej pracowitości. A te wszystkie dyżury przyjmowane, bywa, z chęci większego zysku? A i prace domowe, czy właśnie w niedzielę nie powinny być w szczególny sposób dzielone pomiędzy wszystkich domowników, by nikt nie musiał być niewolnikiem reszty? Wiele w tym względzie do zreformowania, w wielu domach.

Gdy tak z toporkiem w dłoni tłumaczyłem się góralowi, on uśmiechną się , gdy powiedziałem, że byliśmy w kościele. No właśnie, niedzielna Msza św. Przeglądam liczby: ilość uczestniczących we Mszy św. 38 - 43%. To na wsi w mojej okolicy. Sąsiednie miasteczko - już tylko 22 - 27%. Duże miasta mają wskaźnik spadający nawet do 10%. Mało. Bardzo mało. “Uczestniczących” - tak się to mówi. Jeden blisko ołtarza, modli się, śpiewa, widać z twarzy, że cały jest zanurzony w tajemnicy dziejącej się w kościele. Drugi - na dworze, pod brzozą, pali kolejnego “sobieskiego”… I te mamy z dziećmi. Koniecznie przed kościołem, chyba że pada lub mróz. Dzieciaki biegają, baraszkują. Dziwić się, że gdy zaprowadzę je w pierwszej klasie do kościoła, nie będą znały zwykłych gestów pobożności: przyklęknięcia, przeżegnania się? I nie nauczę ich tego, a one będą pozbawione bardzo ważnego elementu przeżywania niedzieli. A część z nich w ogóle świętować nie będzie. Bo łatwiej. Ale będzie im tego brakować. Bo można jakoś żyć nie świętując, nie mając odniesienia do tajemnicy, największej Tajemnicy, którą jest Bóg. Można świętowanie zredukować do chrzcin, ślubu i pogrzebu. Ale wtedy nawet ten zwyczajnie ludzki wymiar życia staje się bardzo płaski i pusty.

Czy opuszczenie niedzielnej Mszy św. jest grzechem? Jest. Apostoł w Liście do Hebrajczyków pisze: “Nie opuszczajmy naszych wspólnych zebrań, jak to się stało nieobyczajem poniektórych…” (Hbr 10, 25). Kontekst tego zdania jest bardzo mocny i zdecydowany, nie dziw przeto, że Katechizm ogłoszony przez papieża Jana Pawła II przypomina starą zasadę: “Ci, którzy dobrowolnie zaniedbują ten obowiązek, popełniają grzech ciężki” [2181]. Zasadę tę przypomina również pierwsze przykazanie kościelne: W niedziele i święta we Mszy św. nabożnie uczestniczyć.

Msza św., każda, ale niedzielna szczególnie, jest dopełnieniem czegoś i zapoczątkowaniem. Ze spotkania z braćmi i siostrami we wierze, ze zjednoczenia się z Kościołem w modlitwie, a z Jezusem w Komunii św. płynie siła człowieka, by nie tylko mógł być dobrym, lecz by potrafił siebie i świat przemieniać. Po sześciu dniach tego wysiłku, owocnego w dużej mierze, chrześcijanin przychodzi znowu na Mszę św., by razem z ofiarnym chlebem i winem - owocem ziemi i pracy rąk ludzkich - złożyć na ołtarzu dobro swych czynów. Chleb staje się Ciałem Chrystusa i wraca do nas. Dobro naszych rąk przemienione, oczyszczone i udoskonalone przez Chrystusa też do nas wraca. Jak więc nie świętować niedzieli? Jak więc nie pójść, by stanąć przed ołtarzem Jezusa?

62. Nie wystarczy kochać

“Czcij ojca swego i matkę swoją!”

Zawsze odwiedzam rodziny przed chrztem dziecka. Swego czasu miałem sposobność być u kilku niemłodych już, bo “w okolicy czterdziestki” matek i ojców. Malec (ten jeszcze nie ochrzczony) zaczął płakać. Mama z całą miłością próbuje spełnić swój macierzyński obowiązek. Nic z tego. Malec już nie płacze, ale się drze. Podchodzi tato, bierze na ręce i… dzieciak momentalnie cichnie, a podtatusiały tatuś chodzi z nim wokół stołu wpatrzony w syna. To trzeba było zobaczyć: spojrzenie ojca pełne miłości, czułości, oddania, nieomalże nabożeństwa. I tu widzę początek rozumienia czwartego Bożego przykazania: głęboka, naturalna - a więc Boża więź łącząca ojca i matkę z dzieckiem. Dla rodziców dziecko jest świętością. Jest. Dlatego dla dziecka jest wszystko, nawet gdyby rodzicom brakowało. Dlatego za dzieckiem matka wskoczyłaby w ogień, a ojciec gotów harować do upadłego, by na chleb zarobić. Znasz takie rodziny? Bo ja znam. U podstaw, w głębi tajemnicy ojcostwa i macierzyństwa zapisana jest tajemnica Bożego ojcostwa, Bożego daru. Życie jest tym darem. I tajemnicą - bo to nie mężczyzna i kobieta dają życie. Daje Bóg - oni je tylko przekazują. I dlatego, że w przekazywaniu daru życia stoją tak blisko Boga, właśnie im: ojcu i matce należy się ogromny szacunek. Oni są naprawdę “pierwsi po Bogu”.

“Czcij ojca swego i matkę swoją”. Nie powiedział “kochaj”, ale właśnie “czcij”. Bo nakaz “kochaj” rodzi się z potrzeby serca i odruchu dziecięcej bezradności. I to jest piękne, i znaczy bardzo dużo - dlatego, że miłość jest z Boga, a Bóg jest miłością. Aby jednak ta miłość - dziecka do rodziców - wyróżniała się spośród wielu rodzajów miłości, dany został nakaz: “Czcij!” W śląskiej gwarze można było wyrazić ową cześć należną rodzicom. Do brata mówiło się “za jedno” - czyli “ty”. Do sąsiada mówiło się “za dwoje” - czyli “wy”. Do matki i ojca mówiło się “za troje” - czyli “oni”. Lubiłem tego słuchać, gdy odwiedzałem mojego dawnego katechetę. Mieszkała z nim na plebanii jego matka. Zawsze mówił do niej “za troje”, posługując się tą pełną czci i uszanowania formułą. To było jednak więcej, niż formuła. Kochaj ojca i matkę! Kochaj - ale miłością pełną czci. Taka miłość i taka cześć jest jedyna.

I na zawsze. Bo czwarte przykazanie dane zostało człowiekowi na całe jego życie, nie tylko na czas dzieciństwa. Wychodzi człowiek z domu, dorośleje, zaczyna żyć swoim życiem. Nieraz do rodziców daleko, z drugiego końca Polski, albo i dalej. Czasem do rodziców daleko w inny sposób: oni, prości, wiejscy albo fabryczni ludzie, a dorosłe dziecko ma swoja pozycję w życiu, jest “kimś”, z tytułami: może doktor, może biskup, może pułkownik, może senator czy wojewoda. “Czcij ojca swego i matkę swoją!” Pismo św. idzie dalej i powiada: “Synu, czcij ojca swego czynem i słowem…, a jeśliby nawet rozum stracił, miej wyrozumiałość…” (Syr 3, 1 - 16).

Nie jest łatwa ta miłość pełna czci. Dla obu stron. Bo dla matki i ojca dziecko zawsze zostaje dzieckiem. Serce domaga się czułości i opiekuńczości, troski i bycia razem. A trzeba się rozstać. Trzeba, bo zaborcze zatrzymywanie dziecka przy sobie zwykle prowadzi do bolesnego przekreślenia czwartego przykazania. Dziecko dorośleje - czułości już nie potrzebuje, opiekuńczości też nie. Bycie razem niemożliwe, a i troska staje się inna. Dlatego obie strony - rodzice i dziecko muszą z biegiem lat odnajdować nowe formuły rozumienia i realizacji Bożego nakazu i potrzeby serca.

Jedną, nieraz drażliwą kwestią, jest posłuszeństwo wobec rodziców. Dla dziecka staje się ono problemem kilkakroć. Raz, gdy trzy- czterolatek odkryje moc słowa “nie!” W tym okresie trzeba mądrości rodziców, którzy będą umieli odkrytą przez dziecko wolność skierować we właściwym, choć trudniejszym kierunku: na “tak!”, na umiejętność akceptacji. Drugi raz (upraszczając) dziecko i rodzice zaczynają mieć problem z posłuszeństwem, gdy nastolatek zaczyna się usamodzielniać. I wtedy posłuszeństwo musi się umniejszać, a poszerzać odpowiedzialność. Z obu stron potrzeba zaufania. Rodzicom, by nie weszli w koszarowy rygor. Dziecku, by nie popełniło w młodości błędów mogących przekreślić całą przyszłość. I tak, jak życie jest darem Boga, a nie rodziców, tak i miłość oraz cześć okazywane rodzicom zawsze prowadzą do Boga. A zaufanie i posłuszeństwo okazywane rodzicom stają się szkołą posłuszeństwa Bogu. A to jedyna, naprawdę skuteczna droga ku dobru.

63. Nie tylko dla dzieci

“Czcij ojca swego i matkę swoją!”

Były imieniny pani Anny, przezacnej wakacyjnej gospodyni z Helu. Wszyscy składaliśmy życzenia. Najmłodsza, dziewięcioletnia Marysia zerwała się równo z lipcowym słońcem. Chciała być pierwsza. I była. A potem wszyscy musieli podziwiać prezent, który mama dostała od Marysi: mały, czekoladowy batonik… Wszystko inne było mniej ważne od tego drobiazgu. W ówczesnych realiach dziecko musiało przez kilka miesięcy zbierać po 10 lub 20 groszy, by uzbierać 4,50 zł (pamiętam do dziś!). Dziecko i matka, dziecko i rodzice… Miłości nakazywać nie trzeba - a jednak ta miłość bywa tak trudna, że gaśnie. Nakazał Bóg czcić rodziców - a bywa, że nakaz ten bywa zlekceważony. Przez ręce rodziców każdy z nas otrzymał dar największy, bo podstawowy: życie. A obok wspaniałych i wzruszających przykładów wdzięczności możemy obserwować, jak dziecko - to już dorosłe dziecko - krzywdzi rodziców. I na odwrót: dziecko to największy skarb - a bywa, że zostanie odrzucone. Bywa jeszcze inaczej - jest “skarbem” i bywa traktowane jak skarb, jak rzecz, przedmiot, który można zawłaszczyć. Tak - czwarte przykazanie, tak proste z pozoru, wcale nie jest takie łatwe w realizacji. I nie sposób przez całe życie być dziewięcioletnią Marysią. I dlatego przez całe życie trzeba czwarte przykazanie uwzględniać w swoim rachunku sumienia - i to zarówno z punktu widzenia dorosłego dziecka jak i z punktu widzenia rodziców samodzielnego już syna bądź córki.

Przeżywałem kiedyś z pewną rodziną dramat. Rodzina była przykładna, dobra. Trzy pokolenia. Któregoś razu młodzi, z dwójką dzieci, pojechali na zagraniczny urlop. Po kilku dniach grom z jasnego nieba. Wiadomość, że nie wrócą, bo urządzają się za granicą. Patrząc na to z perspektywy wielu lat, widzę dwie sprawy splecione w jeden węzeł, którego nikt nie był w stanie rozwikłać. Młodym przy rodzicach było dobrze i …aż za dobrze. Serdeczna troskliwość matki (a więc i teściowej, i babci) powodowała, że średnie pokolenie, które potrzebowało własnej, samodzielnie urządzanej przestrzeni życiowej, nie miało możliwości wyrwania się spod nadopiekuńczych skrzydeł mamy. Nie można tej troskliwości nazywać grzechem - ale było to nieroztropne, nawet bardzo. Młodzi nie mieli dość odwagi (czy jak to nazwać?), by przerwać błędne koło. Uciekli. I to było złe. Wina? Czyja? A może w ogóle kategoria winy jest tu nieodpowiednia? Myślę, że w tym momencie potrzebna jest pewna dygresja. Otóż wychowano nas (a my wychowujemy tak kolejne pokolenia) do robienia rachunku sumienia “z grzechów”. I to jest potrzebne. Nie nauczono jednak zauważania i korygowania zachowań, które choć grzechem nie są, niszczą niejedno w nas i w naszych bliskich lub zaprzepaszczają życiowe szanse. Uśpieni dokładnymi rachunkami sumienia i drobiazgowymi spowiedziami, przechodzimy obok własnych błędów, które wymknąwszy się uwadze mogą prowadzić do wielkiej nieraz katastrofy.

Wróćmy jednak do tematu. Można zapytać: co jest ideałem? Czy jak najszybsze usamodzielnienie się młodych po ślubie - a więc także osobne mieszkanie? Czy raczej mieszkać pod jednym dachem z rodzicami, a może i dziadkami? Innymi słowy: który model rodziny, jedno czy wielopokoleniowy, stwarza lepszą płaszczyznę dobra, miłości i czci, jakiej domaga się Bóg w czwartym przykazaniu? Bardziej naturalny dla człowieka jest model wielopokoleniowy. Jest w nim możliwe uczenie się życiowej mądrości od starszego pokolenia i wzajemne świadczenie miłości. Wszelako realia naszych dni są ograniczone, i to bardzo. Po prostu najczęściej brakuje życiowej przestrzeni. Czy to dosłownie jako “metrów kwadratowych”, czy w szerszym znaczeniu jako możliwości znalezienia miejsca w życiu. Z tego drugie powodu tysiące młodych rodzin przeniosło się na przestrzeni ostatnich kilkudziesięciu lat do miejskich blokowisk, choć na wsi stoją puste domy. A w nich… a w nich staruszki matki i ojcowie. Samotni, przeraźliwie samotni. “Czcij ojca swego i matkę swoją…” Tę samotność trzeba rozświetlać obecnością jak najczęściej. A i to tylko plaster na ranę w sercu. A życie i tak w pewnym momencie zainscenizuje niezwykle trudny egzamin: co zrobić, gdy pochyleni wiekiem rodzice będą potrzebowali stałej opieki pielęgnacyjnej? Wiem, że nie ma w takim przypadku rozwiązań idealnych. Ale czwarte przykazanie i jego kategoryczne “czcij ojca i matkę” ciągle nas wiąże. I trwa potrzeba serca. Bez wątpienia, to jest przykazanie nie tylko dla dzieci. Bo życie to dar nie tylko na dni dziecięcej beztroski.

64. Ciesz się życiem!

“Nie zabijaj!”

Siła i urok budzącego się życia… Szare, brzydkie, kamieniste podwórko. Któregoś dnia zauważyłem, że leżący blisko furtki kamień jest jakoś dziwnie przekrzywiony. Odsunąłem kamień nogą. Ujrzałem ściśnięty i usiłujący wydostać się na wierzch zawiązek kasztana. Wziąłem delikatnie budzące się życie w ręce i przeniosłem w bezpieczniejsze miejsce. Wyrósł na spore drzewko i cieszy oczy. I to jest właśnie czar wiosny: urok budzącego się życia. Wiosna - czy może być bez szpaków i krzątających się po podwórzu wróbli? W ich gniazdach też budzi się życie. W dzieciństwie naprzeciw mego okna, na jabłoni, wisiała budka dla szpaków. Potrafiłem godzinami obserwować, jak ptaki uwijają się karmiąc pisklęta. Miałem kiedyś kotkę - widać było, że niedługo będą małe kocięta. Raz Niuśka przyszła do mnie, zaczęła miauczeć i oglądając się na mnie prowadziła do pokoju. Wskoczyła do swego pudła, wierciła się niespokojnie, za parę chwil na świat przyszło pierwsze kociątko. Zrobiłem kilka niecodziennych zdjęć. Życie - przychodzące na świat życie…

Bo zaczynając refleksję nad piątym przykazaniem Dekalogu, od tego właśnie trzeba zacząć - nie od człowieka, a od roślin, kwiatów, sosen i dębów, od szpaków, wróbli, kotów i saren. Stwórca życia powiedział krótko: “Nie zabijaj!” Sądzę, że kto nie potrafi poddać się urokowi życia roślin, ryb, ptaków i zwierząt, nie potrafi cieszyć się życiem i szanować życia. Ludzkiego życia - swojego i innych. Ale już na poziomie naszego stosunku do życia roślin i zwierząt mamy problem. Brutalny problem. Wszak żyć to znaczy zabijać… Czyż nie? Miałem kiedyś pod opieką grupę młodzieży na oazie. Kupiliśmy cielaka, trzeba przecież jeść. Co było! Większa część mięsa się zmarnowała - “on był taki śliczny, a wyście go zabili!!!” Młodzież była z miasta. Dla nich “cielęcina” to było coś, co mama przynosiła ze sklepu. A tu - tak brutalnie, tak inaczej, “tak nieludzko!” - usłyszałem. Nie nowy to problem. Otwórz pierwsze karty Biblii - natchniony Autor wkłada w usta Boga słowa: “Oto daję wam wszelką roślinę przynoszącą ziarno… i wszelkie drzewo, którego owoc ma w sobie nasienie. One będą dla was pokarmem” (Rdz 1, 29). Nic o zabijaniu zwierząt, a nawet o zjadaniu roślin (to wolno tylko zwierzętom!, wiersz 30). Człowiek, tak jak zamyślił to Bóg w dziele stworzenia, ma żyć, ale nie zabijać. Biologizm życia okazał się twardszy i brutalniejszy, dlatego w Biblii odnajdujemy też inne spojrzenie. Po potopie Noe i uratowani z kataklizmu słyszą słowa: “Wszystko, co się porusza i żyje, jest przeznaczone dla was na pokarm. Tak, jak rośliny zielone, daję wam wszystko” (Rdz 9, 3). W naszych czasach sprawa wróciła jako ideologia wegetarian, jako sprzeciw wobec hodowli zwierząt futerkowych, jako protesty przeciw polowaniom.

Niesamowite jest w drugiej połowie XX wieku to jakieś pomieszanie postaw: z jednej strony zaangażowanie nowoczesnej i niezwykle drogiej techniki medycznej, by życie ratować, ruchy wegetariańskie, sprzeciw wobec kary śmierci - a z drugiej strony nieomalże pogarda życia. Nie mówię już o ofiarach wojen, a to w końcu nieprzeliczone milionyistnień. Jak nigdy rozprzestrzenia się krwawy bandytyzm, terrorystyczne (a przy tym bezsensowne) zamachy, stępienie wrażliwości na śmierć powodowane ogromną ilością wypadków komunikacyjnych, nieraz makabrycznych. Nakładem ogromnych kosztów ratuje się życie jednego dziecka (a jest ono tego warte), a równocześnie prowadzi się boje o dopuszczalność zabijania nie narodzonych. Ratuje się kilka tygodni życia umierającego człowieka, a równocześnie głośno rozprawia o dobrodziejstwach eutanazji. Nie ci sami ludzie stoją po dwóch stronach? Ale wszystko dzieje się w tym samym, rozdartym sprzecznościami społeczeństwie. I - jak nie wspomnieć - bawienie się życiem i śmiercią w dziesiątkach coraz mniej wybrednych filmów i filmideł. Że to nie jest prawdziwa śmierć, tylko “ekranowa”? Są jednak świętości, których nie wolno w jakikolwiek sposób nadużywać i są sprawy, z których nigdy nie wolno żartować. Tajemnica życia i śmierci są taką świętościa i powinny nią pozostać.

Ojciec św. użył kiedyś określenia “cywilizacja śmierci”. Dramatyczne to sformułowanie. I oskarżenie. I ostrzeżenie. Sądzę, że nie uporamy się z tym wewnętrznym rozdarciem duszy społeczeństwa, jeśli nie wrócimy z krainy biologii do świata wiary. Ze świata materii - do świata ducha. Jeśli w budzącym się życiu nie zobaczymy cudownego daru Boga, a nie samą tylko grę białek, enzymów, hormonów i energii. Można komentować V przykazanie złowrogimi ostrzeżeniami przed śmiercią. Ale wolałbym inny komentarz: Ciesz się życiem!

65. Strach i bezradność

“Nie zabijaj!”

Znacie Klimka Bachledę? Zakopiański góral sprzed lat bez mała stu. Tatrzańskie pogotowie pod wodzą swego założyciela, gen. Zaruskiego, wyruszyło w sierpniu roku 1910 do akcji w ścianach Małego Jaworowego. Akcji nieomalże beznadziejnej. Ale przecież, jeśli jest szansa jedna na tysiąc - życie trzeba ratować. Po kilku dniach generał przerywa poszukiwania. Wedle oceny człowieka znającego góry, szans już nie było żadnych. Przełożony nie miał prawa dalej narażać życia podwładnych. Klimek nie posłuchał. Rozkazu? Prośby? “Klimku! Wróćcie!!” Zginął Klimek, wytrawny przewodnik i ratownik.

Czy wolno mu było się narażać? Odpowiedź jest oczywista: tak, wolno było. Ratowanie życia jest warte tyleż, co życie samo. Iluż było i jest takich Klimków! Dobrze, że telewizyjny program «Zwyczajni niezwyczajni» wydobywa ich sylwetki z szarzyzny naszych dni. Są tacy “zwyczajni niezwyczajni”, którzy są gotowi za cenę swego życia ratować życie innych. I są tacy “zwyczajni niepojęci”, którzy gotowi są życie zniszczyć. Nie będę przypominał tych wszystkich tragicznych doniesień o ludziach młodych i starych, uzbrojonych w rewolwery, bassebalowe kije lub stłuczone butelki, mający powody (powody???) i zabijający bez powodu. Życie sprowadzone do samej tylko gry atomów i cząsteczek, białek, mikroelementów, hormonów i energii przestało być święte. Życie sprowadzone do codziennej krzątaniny, nieciekawej i szarej. Życie sprowadzone do coraz bardziej powszedniejącej walki o przetrwanie. Nie, nie o przetrwanie biologiczne. To nam nie grozi. Ale właśnie dlatego jesteśmy bardziej bezwzględni, okrutni i srożsi sobie wzajemnie niż drapieżne zwierzęta. One zabijają wtedy, gdy mają powód. Jeden powód: zdobyć pokarm.

Życie musi stać się święte tą świętością, której źródłem jest Bóg. Nie wolno mi tknąć życia - bo nie w mojej mocy tknąć Boga. Gdy uzurpuję sobie prawo władania życiem, to tak, jakbym siebie na miejscu Boga stawiał. Taki sposób myślenia jest niezrozumiały dla tych, którzy Boga nie znają. A takich jest wielu w naszym świecie. Z życiowej przestrzeni naszego pokolenia wypychała Boga propaganda ateistyczna. Dziś dzieje się to inaczej, ale kto wie, czy nie radykalniej. Dlatego panem życia staje się sam człowiek. Jeśli o przyznawaniu prawa do życia może decydować parlament - dlaczego nie ja? - pytanie może nie zawsze uświadomione, ale jestem przekonany, że takie powiązanie istnieje. Jeśli można wieść boje o prawo do życia nie narodzonych, jeśli coraz to podnoszą się głosy w sprawie eutanazji - czyż nie jest to ten sam mechanizm: sięganie po owoc zakazany? Dramatem ludzkości stało się sięgnięcie po owoc z drzewa poznania dobra i zła (Rdz 2, 9; 3, 22). Czy nie czeka nas większy dramat, jeśli nie uszanujemy drugiego rajskiego drzewa, drzewa życia?

A kara śmierci? Czy wolno człowiekowi taką karą szafować? Wielowiekowa tradycja mówiła “tak”. Wstyd powiedzieć, ale egzekucje bywały publicznym widowiskiem. Miało to odstraszać potencjalnych przestępców, a przeradzało się w schlebianie najniższym instynktom. Spór o karę śmierci trwa. Nie tu miejsce na podejmowanie udziału w tej debacie. Mamy przed oczyma dwa krótkie słowa spojone w jeden kategoryczny zakaz: “Nie zabijaj!” I to powinno wystarczyć. Choć kara śmierci budzi ogromne kontrowersje, na codzień nie sądowe wyroki zabijają. Zabija bezmyślność kierowców i pieszych, zabija beztroska w obchodzeniu się gazem i prądem, zabija lekceważenie nawet najbardziej zdroworozsądkowych zasad bezpieczeństwa. Zabija brawura i ryzyknactwo. Tak, jakby poczucie świętości życia zatarło się do tego stopnia, że nie ma już wpływu na zachowanie się człowieka. Dlatego coraz bardziej ogarnia nas strach i bezradność. Boimy się o życie swoje i tych, których kochamy. I jesteśmy bezradni, przeraźliwie bezradni. I nie pomoże prokuratura, nie pomoże usprawnienie i dofinansowanie policji, nie pomogą kolejne reformy prawa karnego. Wprowadzenie na nowo kary śmierci też nie pomoże. Przykazaniu “Nie zabijaj!” musi zostać przywrócona jego pierwotna treść: Nie zabijaj, bo życie jest nie tylko Bożym darem, ale Bożą własnością. Zabić - to nie tylko skrzywdzić człowieka i jego bliskich, nie tylko okaleczyć społeczeństwo. Zabić - to usiłować stanąć na równi z Bogiem. Pozbawić kogoś życia - to popełnić świętokradztwo.

A Klimek Bachleda? Myślę, że on i ci wszyscy, którzy ratują życie narażając samych siebie, mają głęboko w duszy zapisaną tajemnicę świętości Boga i życia. Dlatego strach i bezradność nie opuszczą nas dopóty, dopóki nie pozwolimy Bogu wrócić w nasze życie.

66. Tak trudno być Adamem i Ewą

“Nie cudzołóż!”

Byłem na hospitacji w klasie siódmej. Katecheta zaczął omawiać ósme przykazanie. Pytam. Widzę, że dzieci orientują się w materiale. Z wyjątkiem przykazania szóstego: Nie cudzołóż. Usłyszałem: “Nasz ksiądz powiedział, że opuścimy to przykazanie, bo nie będzie nam potrzebne”. Jakoś się wykręciłem z niezręcznej sytuacji. A wiem, że niełatwo o tym mówić. O tym? To znaczy o czym? O tym, że człowiekiem jest się jako kobieta lub jako mężczyzna. I ze swoją męskością lub kobiecością coś trzeba w życiu począć. Na różne sposoby, to prawda, ale nie można udawać, że jest się “ponad” lub “obok”. I że “to nie będzie potrzebne”. Kiedyś widziałem taki rysunkowy dowcip: plaża otoczona wysokim parkanem. Nad wejściem napis «Plaża nudystów». Mały chłopczyk zagląda do środka przez dziurkę po sęku. Za ramię ciągnie go dziewczynka i pyta: “Mężczyźni czy kobiety?” Odpowiedź: “Nie wiem, bo nie są ubrani”. - Jest w tym jakaś psychologiczna prawda. Ta mianowicie, że dopiero w pewnym wieku człowiek zaczyna dostrzegać różnicę płci. Ale tak naprawdę dzieje się to bardzo wcześnie. I problem jest żywy do starości. Nie wszystko człowiek pojmie. Nie wszystko zdoła uporządkować, nawet nie wszystko zaakceptować.

Najpiękniejsza droga spełnienia się mężczyzny i kobiety to wspólnota rodzinna. Ta droga jest piękna już u samego początku, a powiedziałbym, że nawet w zawiązku. Zadzwonił kiedyś telefon. Jeden z moich chorych ministrantów: “Niech ksiądz powie Ance, żeby do mnie przyszła…” W głosie brzmiała jakaś charakterystyczna nuta. Za dużo mam do czynienia z dziećmi, bym się nie domyślił jaka. Spotkałem Anię na przerwie. “Kuba prosił, żebyś go odwiedziła”. Błysk w oku, ale zaraz minka niby to obojętna. Po południu wychodzę z psem na spacer. Ania pedałuje rowerem, buzia nie tylko że uśmiechnięta, ale promienieje! “Do Kuby?” Odpowiedzią był rumieniec i kiwnięcie głową. “Jaka ona śliczna” - pomyślałem. Pierwszy sygnał budzącej się świadomości małej kobietki. Czy to nie piękne obserwować, jak rozkwita w człowieku jego szczególna tożsamość? Z całym przekonaniem, że takim człowieka stworzył Bóg: “Stworzył Bóg człowieka na swój obraz… stworzył mężczyznę i kobietę” (Rdz 1, 27). Ta inność dążąca do jedności - to szczególny rys podobieństwa do Boga, który choć jeden - nie jest wiecznym samotnikiem. Tak, tak. Zapatrzenie się ich dwojga w siebie jest odbiciem największej i najświętszej tajemnicy Boga - wielości osób w jedności natury. Jeśli komuś się zdaje, że powiedziałem zbyt wiele, niech otworzy list św. Pawła do Efezjan. Apostoł pisząc o małżeństwie, powiada: “Tajemnica to wielka, a ja mówię - w odniesieniu do Chrystusa i Kościoła” (Ef 5, 32).

Człowiek zawsze dostrzegał piękno ludzkiego ciała. Jakie wspaniałe owoce tego podziwu zostawili artyści różnych epok. Jak chętnie też twórcy wszystkich czasów malują i rzeźbią człowieka - raz jako mężczyznę, raz jako kobietę - bez odzienia. A “Pieśń nad pieśniami” w Biblii? Nie, to nie takie proste, by od razu wszystko ocenić jako bezwstydne, niemoralne i w ogóle “be”. Co jest piękniejsze? Ciało człowieka, które wyszło z rąk Stwórcy - czy jakieś tam, choćby najwspanialsze suknie? Nie przesadzajmy, bo to jednak Bóg jest największym Artystą. Słyszę głosy oburzenia: “Czyżby ksiądz popierał naturystów? Tych bezwstydnych golasów?” O nie! Daleki jestem od tego. Między pięknem, harmonią, wdziękiem ciała ludzkiego, a bezwstydem, ohydą i obrzydliwością granica bywa bardzo ulotna, cieniutka i niejasna. Rzecz w tym, by patrząc na piękno ludzkiego ciała - widzieć człowieka. Całego człowieka. A to jest trudne, bo wzrok zatrzymuje się na tym, co materialne, cielesne. A najgłębsza wartość człowieka tkwi w jego duszy, w jego wnętrzu. A i samo spojrzenie człowieka bywa zbrukane, i to bardzo. Dlatego człowiekowi uwikłanemu w grzech (a więc każdemu!) potrzebne jest poczucie wstydu.

Wstyd pełni rolę podwójną. Bo najpierw każe strzec jakiejś bardzo osobistej tajemnicy. Ale także każe uszanować podobną tajemnicę w drugim człowieku. Tylko miłość ma prawo uciszyć wstyd. Jeśli wstyd zostaje rozbrojony przez pożądanie - rodzi się grzech nieczystości. Gdy pożądanie nie liczy się z niczym - dochodzi do gwałtu. Jeśli wstyd zostanie zgaszony chęcią zysku - zaczyna się prostytucja. Jeśli od wstydu silniejsza jest chęć budzenia pożądania zmysłowego - mamy do czynienia z pornografią. Trzeba wielkiej ostrożności, by nie zniszczyć w człowieku, zwłaszcza młodym, wstydu - tej niezwykle delikatnej i niezwykle potrzebnej osłony jego tajemnicy bycia kobietą lub bycia mężczyzną. Po prostu - nie jesteśmy już niewinnymi dziećmi, które mogą mówić “nie wiem, bo oni nie są ubrani”. Dlatego tak trudno być Adamem i Ewą…

67. Być albo nie być

“Nie cudzołóż!”

Czytałem kiedyś wspomnienia młodego człowieka, “powiatowego Don Juana” - jak sam siebie nazwał. Zaczął studia w Warszawie i zaczął uprawiać z kolegami szczególnego rodzaju “sport”: kto ile dziewcząt “zaliczy”. Wpadła mu raz w oko dziewczyna. Zaproponował randkę. Spotkali się, on po piętnastu minutach postawił “niedwuznaczną propozycję”. Dziewczyna popatrzyła na niego ślicznymi oczyma i powiedziała: “Żal mi ciebie. Wy niczego innego w kobiecie nie widzicie?” Odwróciła się i zostawiła Don Juana zdumionego i zaskoczonego. Dotychczas żadna mu się nie oparła. Nie znał nawet jej imienia, a czuł się, jakby w gębę dostał. Gdy po kilku miesiącach spotkał ją w stołówce, znowu zaprosił ją na spotkanie. O dziwo, przyszła w umówione miejsce. On jednak nie miał śmiałości czegokolwiek proponować. Widywali się częściej. Po kilku miesiącach znajomości obdarzyła go pierwszym pocałunkiem. Wracał do akademika szczęśliwy i wniebowzięty. I nie ten sam. Bo choć nie łatwo być Adamem i Ewą - to jednak być trzeba. Znajomość ich dwojga przemieniła się po kilku latach we wspólnotę rodzinną. I taka jest kolej rzeczy: ich dwoje staje się “jak jedno ciało” (por. Mk 10, 6 - 9).

“Jedno - niepodzielne! - ciało” Bo rodzina jest żywym organizmem. Jakakolwiek próba podziału żywego organizmu oznacza śmierć i całości, i jego poszczególnych części. Dlatego wśród dziesięciu kategorycznych nakazów i zakazów Dekalogu jest i to przykazanie: “Nie cudzołóż”. Nie cudzołóż… mamy mały problem z przekładem tego przykazania. Katechizmowa formuła używa przestarzałego, na codzień nie używanego już słowa oznaczającego płciowe współżycie z cudzą żoną lub cudzym mężem. Czyli złamanie małżeńskiego przymierza, rozbicie małżeńskiej więzi, a w konsekwencji i wspólnoty. Tyle, że takie złamanie przykazania jest czubkiem góry lodowej. Zanim do tego dojdzie… Zanim do tego dojdzie, o wiele wcześniej zaczyna się w życiu człowieka - tak mężczyzny jak i kobiety - dziać wiele złego. Nieraz od dzieciństwa. Bo jeśli dziecko napatrzy się na nienawiść ojca i matki, a wystarczy, że na ich wzajemną obojętność - jaki wzorzec życia i miłości będzie mu kiedyś przyświecać? Jeśli nasłucha się obelg, kłamstw, jeśli będzie widzieć udawanie wobec obcych, a egoizm i podłość na codzień - to jaki będzie z tego dziecka partner w przyszłym małżeństwie? A nie tylko to - jeśli od małego napatrzy się w domowym kinie (nieraz podglądając przemyślnie ukryte wideokasety rodziców) na seks wypełniający wszystko, a zupełnie odarty z miłości, a nawet z szacunku partnerów dla siebie nawzajem - to czy będzie potrafiło być prawdziwym mężczyzną lub prawdziwą kobietą? Czy uszanuje kiedyś swoje ciało i ciało drugiego człowieka? Także ciało żony lub męża? I czy będzie potrafiło widzieć w osobie płci przeciwnej człowieka, a nie tylko “gorącą babkę” czy “seksownego faceta”?

Niewątpliwie, rozbicie rodziny zaczyna się najczęściej nie przez przypadkowe “pójście do łóżka” z kimś trzecim, co oczywiście jest złe. Niemniej jednak ziarna, z których wyrasta to zło, nieraz przez lata drzemią w człowieku i bywają bardzo różne. Morze atramentu spisano na ten temat. A tymczasem nie jest lepiej. Statystyki rozwodów są przerażające, także w naszym, ponoć chrześcijańskim kraju (przepraszam za to “ponoć”, ale…) A to, co się dzieje i bez oficjalnych rozwodów - wszystkie rodzinne wojny, wszystkie małżeńskie trójkąty czy czworokąty, cała niefrasobliwość kochanków, lekkomyślność młodzieży połączona z beztroską rodziców - wszystko to łamie przykazanie Dekalogu wyrażone nieco staroświecko brzmiącym zakazem “Nie cudzołóż!” A przecież każde z tych przykazań jest cząstką naszej natury, czyli Bożego daru. Złamanie któregokolwiek z nich jest i odrzuceniem tego daru, i zamachem na ludzkie “być albo nie być”. Tu jednak chodzi o sprawę, ośmielę się rzec, najważniejszą. Ważniejszą od życia. O rodzinę. Bo życie człowiek otrzymuje w rodzinie. Życie ciała i ducha. W rodzinie staje się sobą. W rodzinie poznaje Boga i ojczyznę. W rodzinie dojrzewa jego człowieczeństwo. Samo biologiczne życie - bez całej duchowej nadbudowy - czym by było? Wegetacją psa przy budzie? Czy nie trzeba więc człowiekowi wrócić do bardzo rygorystycznego, bardzo szeroko też odczytywanego przykazania “Nie cudzołóż”?

A tych dwoje, których wspomniałem na początku? Może już dorastają ich dzieci. Ważne, by dziewczęta i kobiety umiały stawiać wymagania - wiedząc kim są. Ważne, by chłopcy i mężczyźni patrzyli dalej, niż chwila ulotnej radości czy wręcz uciechy. To “być albo nie być” nas i naszej przyszłości.

68. Nie jesteście komunistkami?

“Nie kradnij!”

Długo jeszcze nie wygrzebiemy się z chaosu, który pozostał nam w spadku po epoce realnego socjalizmu, który miał być drogą do komunizmu. Bogu dziękować, że ta wiodąca do nikąd droga skończyła się. A przed nami ogromna praca, wysiłek przemeblowania naszych umysłów, sumień, prawa i obyczajów w dziedzinie spraw własności. “Za komuny” było państwowe i było prywatne. Prywatne było “be” i tolerowane tylko przejściowo. Prywatne wybijano z głowy, z prawodawstwa, z życia. Wszystko stało się niczyje. Wszelako świat został przez Boga urządzony inaczej. Personalistycznie, czyli osobowo. I dlatego wszelka własność bierze swój początek we własności osobistej, prywatnej, jednostkowej - po prostu mojej, twojej i jego. Do takiej własności, do posiadania rzeczy, majątku, ziemi, pieniędzy człowiek ma prawo. Prawo przyrodzone - to znaczy wynikające z Bożego planu i z Bożego daru. Człowiek ma prawo i obowiązek posiadania jakiegoś zasobu dóbr. Bez nich nie można żyć, bez nich nie można stworzyć wspólnoty rodzinnej, bez jakiegoś minimum własności człowiek staje się z czasem uciążliwy dla innych. Przykazanie “Nie kradnij!” jest prostym odbiciem tego właśnie prawa i obowiązku posiadania dóbr materialnych.

Człowiek jednak nie jest samotnikiem - dlatego też problem własności jest bardziej skomplikowany. Bo żyjąc we wspólnocie rodzinnej musi dzielić z innymi swoje prawo do posiadania. Inni zaś dzielą z nim. Jest to swego rodzaju zysk - bo twoje zaczyna służyć mnie. Ale też jest to obciążenie - bo moje powinno służyć tobie. Ten rachunek zysków i strat podejmowany jest dobrowolnie, choć przecież jest koniecznością. To druga płaszczyzna własności: wspólne, nasze. Wspólna własność może zaistnieć wszędzie tam, gdzie jest zarówno potrzeba, jak i dobra wola choć kilku osób, nie tylko w rodzinie.

Jeśli wspólnota obejmuje szerszy krąg - staje się społecznością. Wioskową, osiedlową, miejską, gminną… To kolejny krąg własności: już nie “moje”, już nie “nasze”, a właśnie społeczne. Też “nasze” - ale jakoś inaczej. W spadku po komunizmie ciągle mamy tu lukę w świadomości. Bo tam było “prywatne” i “państwowe”. Społecznego w zasadzie nie było. Pytam dzieci na lekcji: Czyja jest szkoła? “Państwowa” - wołają. Nieprawda, odpowiadam. I pytam dalej: A czyj jest kościół? Cisza. Rozumieją, że nie państwowy, ale nie potrafią tego rodzaju własności nazwać. I może dlatego nasze gminy, miasta, osiedla, wioski ciągle nie funkcjonują tak, jak powinny. I może właśnie dlatego tak wiele społecznych (czyli naszych wspólnych) środków materialnych marnuje się. Z lekkomyślności nas wszystkich. I z jakiegoś zawieszenia w próżni lokalnych władz, które już nie są państwowe, ale jeszcze nie całkiem społeczne.

Państwowe? Tak, oczywiście, ten rodzaj własności też istnieje. To też jest własność wspólna, ale służąca nie bezpośrednio jakiejś lokalnej społeczności i jej poszczególnym członkom, a wszystkim w kraju. Jest to własność nieomal abstrakcyjna, bo będąca poza bezpośrednim doświadczeniem poszczególnych obywateli. Państwowy jest majątek wojska, państwowy jest pałac prezydencki, gmach Sejmu, państwowy jest bank centralny, państwowych powinno być jeszcze kilka innych “rzeczy”. Byle nie za dużo. Ale “państwowe” - to też rodzaj własności i do niej w całej rozciągłości odnosi się przykazanie “Nie kradnij!” Zresztą - na poziomie prawa Polska ma tu do zrobienia chyba jeszcze wszystko. Epoka komunizmu, w sensie zabagnienia stosunków własnościowych, trwa w najlepsze. Wraz z tym trwa rozregulowanie sumień, w których dawno już brakło poczucia “ukradłem” i które trudno będzie odbudować. A odbudować trzeba. Koniecznie!

Kilka dni temu w mojej zakrystii wybuchł spór między ministrantkami. Poszło o alby. Któraś służyła w cudzej albie, wybrudziła, wyszarganą powiesiła do szafy. Powiedziałem wtedy: “W was to ciągle jeszcze siedzi komunizm”. Oburzyły się na mnie: “My to na pewno nie jesteśmy komunistkami”. Tłumaczę: Nie potraficie waszych wspólnych alb potraktować jak swoich. Bierzesz, nie szanujesz, jakby to było niczyje. Ktoś to samo potem zrobi z twoją albą. A to naprawdę nasze! - Wydaje mi się, że nie zrozumiały mnie. I wielu ludzi ciągle nie rozumie. Musimy jeszcze przejść bardzo długą drogę od komunizmu do pełnego i prawdziwego poszanowania siódmego przykazania.

69. “To nie ważne, czyje co je - to je ważne, co je moje”

“Nie kradnij!”

Gdzieś chodzi mi po głowie taki urywek góralskiej przyśpiewki. “To je ważne, co je moje!” Tak, naprawdę ważne. Wydaje mi się (po kilku dziesiątkach lat obserwacji świata), że w istocie problem siódmego przykazania Dekalogu wcale nie zaczyna się od kradzieży. Zaczyna się od tego, co jest moje. Asia przyszła do szkoły z nowym piórnikiem. “Jaki ładny, a jak praktycznie urządzony” - podziwiam, a dziecko aż pęcznieje z dumy. “Od taty na urodziny”. Ten sam piórnik za dwa tygodnie: zamek wydarty, obie połówki wiszą na jakichś strzępach, ładna, kolorowa faktura materiału pobazgrana długopisem. “Asiu, co się stało z twoim piórnikiem?” Dziecko patrzy na mnie nierozumiejącym wzrokiem. “Eee, babcia kupi nowy”. Tak dziecinnie zachowują się nie tylko dzieci, lecz wszyscy ci, którzy nie musieli się wysilać, by coś mieć. Inna sprawa, że starsze pokolenie stara się młodemu pokoleniu wysiłku zaoszczędzić. A tymczasem podstawą, fundamentem, początkiem prawa własności jest praca! Komunizm robił wszystko, by unicestwić zakorzenione w naturze człowieka powiązanie “własność = praca”. Przesadzam? Pozwólcie sobie przypomnieć: “Od każdego według jego możliwości, każdemu według jego potrzeb”. Jedna ze wspaniałych zasad marksizmu - leninizmu. Hasło tyleż piękne, co przewrotne. Potrzeby członków partii zawsze były większe od potrzeb szarych obywateli. A im wyżej kto był w hierarchii komitetów - tym większe miał potrzeby, a cała reszta ochoczo je zaspokajała. Inni z kolei, rozgrzeszając się tą niesprawiedliwością, powtarzali wierszyk “Czy się stoi, czy się leży, dwa badyle się należy”. Oczywiście, wygodniej było leżeć, co i czyniono. A potem diabli wzięli i pracę, i własność, i pieniądze. I całą nieomal Polskę. I jak to dziś odrabiać? Pokolenie babć i dziadków, którym nieraz było szaro, biednie i nijako, nadrabia straty, obdarowując wnuki czy trzeba, czy nie trzeba. Asia dostała piórnik - zniszczyła w dwa tygodnie. Przemek dostał rower - resztki walały się miesiąc później pod płotem. Heniek (jeszcze nie ksiądz, ale niedługo) dostał samochód, bo “będzie mu potrzebny”. A tak, będzie. Ale we wszystkich tych sytuacjach widzę łamanie podstawy przykazania VII: “własność = praca”. Nie grzech obdarować i nie grzech przyjąć dar. Ale stawiać wszystko do góry nogami? “To już nie grzech, to gańba (czyli wstyd)”, jak mawia się u nas, na Śląsku.

Strasznie trudno mówić dziś o kradzieży. A to dlatego, że od lat gdzieś dwudziestu pojęcie kradzieży zniknęło z naszych rachunków sumienia prawie bez reszty. Jestem spowiednikiem i wiem: od lat nie słyszę prawie wcale przy spowiedzi słowa “ukradłem”. A jeśli już, to z ust dziecka, albo w jakichś zupełnie błahych przypadkach. Realia epoki komunizmu zrobiły swoje. Sienkiewicz był prorokiem, gdy w usta Kalego włożył słowa “grzech, to jak ktoś Kalemu ukraść krowy. A dobry uczynek - jak Kali komuś ukraść krowy”. Z dobrych uczynków spowiadać się nie trzeba, to i o kradzieży się nie mówi. Wiem, niewesołe takie refleksje pełne sarkazmu. Ale też i problem niewesoło wygląda. VII przykazanie zepchnięte zostało do roli szacownego, muzealnego zabytku.

A złodzieje działają w najlepsze! Ale co powiedzieć takiemu złodziejaszkowi przyłapanemu na kradzieży pary butów w sklepie, skoro ktoś inny za bezcen kupił sprywatyzowaną dziwnym sposobem fabrykę obuwia? Toż ten złodziejaszek, nawet gdyby przez resztę życia codziennie kradł jedną parę butów, nigdy nie osiągnie zysku nowego właściciela fabryki. Tylko że jednemu łatwo można zarzucić: ukradłeś! Drugiemu nawet nie bardzo wiadomo co zarzucić i jak to udowodnić - choć każdy zdrowo myślący człowiek na odległość wyczuwa nieczysty interes. Społeczeństwo stało się bezradne zarówno wobec małych złodziejaszków, jak i wobec wielkich aferzystów. Jest to nie tylko przykre, ale niesamowicie destrukcyjne dla przyszłości kraju. A co najgorsze, zbyt wielu ludzi - i tych małych, i tych wielkich - nie jest zainteresowanych zwycięstwem sprawiedliwości. A może trzeba powiedzieć ostrzej: wielu jest zainteresowanych tym, by ani policja, ani prokuratura, ani sądy nie mogły zrobić więcej niż robią. Tylko jeśli w krwioobieg społeczeństwa dostał się wirus niszczący fundamentalny zapis prawa natury “własność = praca”, to pytam: jaka jest perspektywa cierpiącego na śmiertelną chorobę państwa? Czas się ocknąć wszystkim: i małym złodziajaszkom, i wielkim kombinatorom, i przedobrym babciom, i nazbyt rozpuszczonym dzieciom. Dalsza destrukcja przykazania “Nie kradnij!” jest naprawdę śmiertelnie niebezpieczna. Dla wszystkich.

70. Dziura w dętce

“Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu!”

Uśmiałem się wtedy serdecznie. Pojechałem z dziurawą dętką do wulkanizacji. W warsztacie stała kolorowo ubrana dama, majster trzymał przed nią mokrą dętkę i pokazywał tłumacząc: “Widzi pani, tu jest dziura, bo idą bąbelki”. Dama usiłowała coś zobaczyć, wreszcie zirytowanym głosem krzyknęła: “Nie chce mi pan powiedzieć, że to przez tę jedną, maleńką dziurkę, której nawet pan nie widzi!” - Proszę wszystkich o zachowanie powagi, ale tak było. Zresztą, nie o dętkę chodzi, a o prawdę. Tak, tak - o prawdę naszych słów, mówionych lub pisanych. I nie tylko słów… Rzadko się zdarza, by wszystko, co ktoś mówi, od początku do końca było nieprawdą. Wystarczy, że w dziesięciu tomach akt sądowych jedno tylko zdanie będzie kłamstwem. Cała reszta nie ma wtedy żadnego znaczenia. Cała reszta, choćby była prawdą, staje w służbie tego jednego kłamliwego zdania. Prawda w służbie kłamstwa? Tak bywa. I to jest ogromne niebezpieczeństwo. Powiem więcej - świętokradztwem jest świadome wciąganie prawdy w służbę kłamstwa. Podstawowa zasada, leżąca u podłoża wartości, których broni VIII przykazanie Dekalogu, brzmi: Cała prawda i tylko prawda.

Lub milczenie! To drugi przywilej prawdy: Nie każdy jest uprawniony, by poznać każdą prawdę. Oczywiście, nie będziemy kogoś “nieuprawnionego” częstowali kłamstwem. Chodzi o umięjętność i odwagę zachowania tajemnicy bądź sekretu, a jest to bodaj potrzebniejsze od mówienia prawdy. Bo życie uczy, że kto nie potrafi dotrzymywać tajemnicy, prędzej czy później zaczyna posługiwać się kłamstwem. Choćby maleńkim, jak owa dziura w dętce. Choćby mimowolnym - ot, wyrwało się. Prawda tymi maleńkimi bąbelkami, jak powietrze z dętki, ujdzie. Cała reszta będzie bezużyteczna.

Nie wiem, czy jest cokolwiek ważniejszego od prawdy. Powie ktoś: najważniejsza jest miłość! Wiem, to ze św. Pawła. Wszelako tyle razy obserwowałem w życiu, jak umierała miłość. Umierała zatruta kłamstwem. Czasem rodzaj tej strasznej trucizny jest tak piorunujący, a dawka tak duża, że miłość ginie w godzinę. I to widziałem w życiu. Czasem kłamstewka bywają “niewinne” i podawane drugiej stronie z taktem i nie za często, ale ta niesamowita trucizna nie tylko pozostaje w sercu okłamywanego, lecz jeszcze większe spustoszenia czyni w sercu kłamiącego. Z obu bowiem stron narasta nieufność. Jeden przestaje z wolna wierzyć, bo odkrył te “niewinne” kłamstewka. Drugi przestaje wierzyć, bo nie mając szacunku dla prawdy, podejrzewa o to samo wszystkich dookoła. Podobnie umiera zatruta kłamstwem przyjaźń, współpraca, interesy, wszystko.

Czy wierność wobec prawdy ma tylko ten jeden, praktyczny, życiowy motyw? Czy należy mówić prawdę tylko dlatego, by cieszyć się zaufaniem? Nie. Nie tylko. I w tym etyka chrześcijańska różni się od etyki ateistycznej. Chrześcijanin otwiera Ewangelię i czyta zdania wypowiedziane przez Jezusa: “Ja jestem drogą, i prawdą i życiem” (J 14, 6); “Poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli” (J 8, 32); “Prawdy w nim [w diable] nie ma. Kiedy mówi kłamstwo, od siebie mówi, bo jest kłamcą i ojcem kłamstwa” (J 8, 44). Spośród etycznych wartości ludzkiego świata właśnie prawda ma w Ewangelii tak mocne i metafizyczne uzasadnienie. Nieraz w naszym świecie bywa tak, że kłamstwo, dobrze wkomponowane w jakąś rozgrywkę, może wydawać się (a nawet być) skuteczniejsze od prawdy. Jest to pokusa ogromna. Chrześcijanin powiada wtedy: NIE! Zresztą, żadnego złego środka dobry cel nie uświęci. Tym bardziej nie uświęci kłamstwa. Bo prawda jest niejako istotą Boga. Oczywiście, ta Prawda powinna być pisana “przez duże P”. Niemniej jednak każda ludzka prawda w samym Bogu i w Jego Prawdzie ma zakotwiczenie. Dlatego kłamstwo w szczególny sposób niszczy więzi nie tylko między ludźmi ale i z Bogiem. I dlatego wystarczy “tylko ta mała dziurka”… Dlatego kłamstwo brata człowieka z szatanem. Wszak słowa szatańskiej pokusy z raju nie były namawianiem Ewy - były subtelnie spreparowanym kłamstwem. Strasznym kłamstwem: “Będziecie tak jak Bóg…” (Rdz 3, 1nn). Dlatego każde kłamstwo zniewala - kłamiącego i okłamywanego. Dlatego najbardziej destrukcyjnym ustrojem społeczno-ekonomiczno-politycznym okazał się komunizm, bo zasadzał się na całym systemie kłamstw i mistyfikacji. Aż po tytuł oficjalnego dziennika komunistycznego drukowanego w Moskwie. Pamiętacie ten tytuł? No właśnie, “Prawda”. Inny dziennik nazywał się “Wiadomości”. A pamiętacie jaka była między nimi różnica? Otóż nie było żadnej. Bo w “Wiadomościach” nie było prawdy, a w “Prawdzie” nie było wiadomości. To nie tylko stary, polityczny dowcip. To bardzo niewesoła refleksja na temat wdzierania się szatana w nasz świat. Potrzeba prawdy na codzień między zwykłymi ludźmi. Ale jakże ostoi się ta prawda, jeśli świat będzie dalej brnąć w nieskończenie głębokie bagno kłamstwa?

71. “Język co kłamie, z trzaskiem się złamie”

“Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu!”

Przyjechałem kiedyś do mojej Mamy. “Wiesz - mówi - nie mogę już z tą Ireną”. Słowo po słowie, dowiedziałem się. Otóż często dzwoniła do niej przyjaciółka. Potrafiła godzinę i więcej wytrzymać przy telefonie. “Zrób tak: jak zadzwoni, porozmawiaj kilka minut, połóż słuchawkę obok aparatu i potem co 5 - 10 minut podejdziesz i powiesz ‘tak, tak, no właśnie’, a ona niech nadaje do woli”. Za trzy tygodnie jestem u Mamy. Wita mnie opowieścią o telefonie! “Półtorej godziny gadała!” Uśmialiśmy się serdecznie. Prawda - szacunek dla niej, to najpierw szacunek dla słów. Jeśli ich zbyt wiele, człowiek traci kontrolę nad nimi. Stają się niczym owe zaczarowane przez ucznia czarnoksiężnika wiadra, które nosiły wodę bez końca, grożąc powodzią. Powódź słów - równie groźna dla człowieka i jego spraw. Powódź słów jak wezbrana rzeka może zniszczyć spokój, przyjaźń, miłość. A nadmiar słów i brak kontroli nad nimi prędzej czy później zakwita kłamstwem. To bezlitosna prawidłowość, którą nieraz obserwowałem w życiu. Dlatego pierwszym wykroczeniem przeciw VIII przykazaniu jest wielomówstwo, gadatliwość. Pierwszym zaś grzechem nie tyle kłamstwo, ile łamanie sekretu, tajemnicy.

Nie od razu tajemnicy wagi państwowej. Raczej tajemnicy, czy też sekretu płynącego z szacunku dla człowieka, dla osoby. Także dla samego siebie. Bo i o sobie nie powinien człowiek rozgadywać wszystkiego. A już na pewno nie każdemu. Nie wystarcza, że “powiedział, co wiedział”. Potrzebne jeszcze, by “wiedział, co powiedział”. I komu. Bo jeśli ktoś nie potrafi być dyskretny we własnej sprawie, to jak może liczyć na to, że ten drugi będzie dyskretny? Ileż przyjaźni rozbiło się z tego właśnie powodu… Waga sekretu i tajemnicy bywa bardzo różna. Od spraw banalnych i błahych po sprawy honoru, życia i śmierci. Każdy sekret powinien jednak zostać sekretem, nawet najbłahszy. Szacunek dla osoby i szacunek dla prawdy domaga się tego.

Czy jednak czasem nie należy wyjawić sprawy sekretnej, nieznanej, by w ten sposób zapobiec złu, albo pomóc w zdemaskowaniu i ukaraniu zła? Innymi słowy: czy godzi się donieść na kogoś? Sprawa jest i delikatna, i bardzo złożona. Przy podejmowaniu decyzji trzeba wziąć pod uwagę kilka czynników. Pierwszy - to motyw. Czyli: dlaczego zastanawiam się nad oskarżeniem kogoś? Ile w tym chęci zemsty, dokuczenia drugiemu, zniszczenia wroga…? Ile rzeczywistej troski o sprawiedliwość i dobro? A jeśli jest to autentyczna troska, to czy nie ma innego sposobu zaradzenia złu? Doniesienie i oskarżenie, zwłaszcza publiczne, to jednak jakaś ostateczność - tak to w Ewangelii przedstawia Jezus (Mt 18, 15 - 17). A jeśli już doniesienie i oskarżenie, to tylko wtedy, gdy masz niezachwianą pewność, jak sprawy się mają. Bo łatwo skrzywdzić kogoś i stać się winnym bezpośredniego złamania przykazania: “Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”.

Fałszywe świadectwo… Jeśli nad oskarżeniem i doniesieniem trzeba się zastanawiać, to problem składania fałszywych zeznań jest zupełnie przejrzysty: nie wolno nigdy i pod żadnym pozorem. A ciężar tego grzechu (bywa że nawet zbrodni) jest, jak mniemam, większy od ciężaru zła o które chodzi w fałszywych zeznaniach. Dlaczego? A no dlatego, że do istniejącego już zła, ktoś drugi dokłada kłamstwo i krzywoprzysięstwo. Cóż to dużo mówić… To wcale nie takie rzadkie w naszych czasach. A co gorsza, prawie zawsze znajdzie się usprawiedliwienie dla fałszywych zeznań: ma dzieci to go trzeba bronić, a on nie taki jeszcze najgorszy, bo by go posadzili na 5 lat. Nie mówię o innych “motywach” - o przekupstwie, a tu grzech jeszcze cięższy; o “bezinteresownej” chęci zniszczenia kogoś… Podobnie wielkim złem jest oszczerstwo, czyli kłamstwo wymyślone w jednym celu: by zniszczyć drugiego. I, dziwne, nie trafiło mi się nigdy usłyszeć w konfesjonale wyznania: “Zeznawałem fałszywie”. Widocznie z tym grzechem jedzie się do franciszkanów. Oby. Oby fałszywe zeznania liczyć sobie za grzech. I to wielki. Grzech, który musi zostać naprawiony!

Są i sprawy niby to mniejszej wagi - ale jakże potrafią uprzykrzyć życie, spodlić drugiego, nasiać zamętu, skłócić rodziny, parafie, wioski. Obmowa - niby prawda, ale tak przedstawiona, by zaszkodzić. A przecież prawda ma budować, nie szkodzić. Plotka - może prawda, może nieprawda… Nie sprawdzone, nie przemyślane, chlapnięte dalej. Źle, niepotrzebnie. Bo bez szacunku i dla prawdy, i dla osoby. A jak trudno naprawiać skutki plotek i obmów! Toż to zbieranie piór na wietrze.

Lubię słuchać «Nieszporów Ludźmierskich». I tego wołania w nich zawartego: “Język co kłamie z trzaskiem się złamie”. Złamie się, złamie. Kłamstwo ma zawsze krótkie nogi. Zwłaszcza w bardzo długiej drodze do wieczności.

72. Głową w szybę

“Nie pożądaj żony bliźniego swego!”

Skończyłem kazanie u św. Jakuba, szedłem do kościoła św. Piotra i Pawła. Prze pusty rynek szła jakaś mama, ciągnięta za rękę przez kilkuletniego brzdąca. Malec zwolnił, role się odmieniły i za chwilę mama ciągnęła dziecko. Po kilku krokach mały stanął. Podniósł główkę, coś mówił. Mama się nachyliła i coś tłumaczyła. Cała scena rozgrywała się przed witryną sklepu z zabawkami. Mama pokazuje dziecku kłódki wiszące na drzwiach. Chłopczyk pokazuje coś na wystawie. Nagle zaczyna wrzeszczeć, jakby go ze skóry obdzierali, głową tłucze w szybę. Mamie brakło cierpliwości. Jedną ręką podniosła malca do góry, drugą przyłożyła kilka klapsów w przeznaczone do tego przez naturę miejsce. Krzyk ucichł, oboje poszli dalej.

“Nie pożądaj!” To jedno z podstawowych praw ludzkiej natury. Możesz (i powinieneś) pragnąć, chcieć, planować, marzyć, dążyć, zabiegać - ale nigdy pożądać. Bo pożądanie to utrata kontroli nad swoimi pragnieniami. Z punktu widzenia ludzkiej natury - czysta głupota. Czy trzeba przekonywać, jak często głupota owocuje złem? A pożądanie ogarnia człowieka zwykle tam, gdzie przekroczona zostaje bariera pomiędzy dobrem i złem. I nie ma się co dziwić. Chrześcijanin widzi w świecie nie tylko splot naturalnych przyczyn i powiązań, lecz obecność szatana - niepojętej i ciągle dziwnie lekceważonej osobowej siły wrogiej dobru i człowiekowi, bo wrogiej Bogu. Gdzie kończy się kontrola człowieka nad samym sobą, nad swymi pragnieniami i zamiarami - tam od razu zjawia się ktoś, kto przejmuje z naszych rąk stery życia. Pożądanie nie jest procesem naturalnym - jest raczej zachwianiem równowagi natury człowieka. Dlatego, zauważ, nie zwierzęta ulegają pożądaniom, a ludzie. Z tych powodów wśród kategorycznych zakazów Dekalogu jest i ten: “Nie pożądaj!”

Ów malec przed sklepem uległ pożądaniu. Zauważ: zapragnął zabawki! Nic złego, powie ktoś. Tak, nic złego. Jednak jego pragnienie było irracjonalne, głupie - bo w tym momencie, w tych okolicznościach żadną miarą nie mogło zostać spełnione. Dwie kłódki, na które matka wskazywała, były argumentem nie do odparcia. Ale malca nie przekonały, bo… Bo on nie “chciał”, on “pożądał”. Myślę, że Pan Bóg jest równie (albo i bardziej) anielsko cierpliwy, jak owa mama. Wszakże nie dziwię się, że i On czasem musi posłużyć się jakiegoś rodzaju “klapsem”, by przywrócić nam naturalny obraz świata wykrzywiony pożądaniami. Inna sprawa, że wykonawcą tego “klapsa” najczęściej bywamy sami. Mechanizm? Bóg zostawia nas naszym pożądaniom. Jakby chciał powiedzieć “bądź wola twoja, człowieku”.

Właściwie wszystko zaczęło się w raju. Człowiek stworzony na Boży obraz obdarowany został wolnością. Czyli zdolnością akceptowania tego, co dobre, wartościowe - akceptowania i czynienia, spełniania tego. Wolność jest jednak zadaniem trudnym - wymaga bowiem najpierw rozeznania, co jest dobre, a co złe. A potem - poszanowania rozpoznanego ładu, ładu moralnego. Szatan podpowiada człowiekowi, że może być jak Bóg i sam może ustanawiać własny ład. Człowiek uwierzył w swą wielkość. Zaczął ustanawiać własny ład. Efektem stał się chaos i nieopisany zamęt w świecie i w duszy człowieka. W tym chaosie, z tego zamętu rodzą się ludzkie pożądania. I zgubiliśmy już rozeznanie, co można, a czego nie. Co dobre - co złe. Co pożyteczne - co niszczycielskie. Co godne - co haniebne. Co wielkie - co małe. Co święte - co grzeszne. Co piękne - co ohydne. Co normalne - co wbrew naturze. W takim świecie budzą się najdziwaczniejsze i najstraszniejsze pożądania.

Grzech na świecie, od rajskiej katastrofy, zawsze był obecny. Byle jednak grzech nazwać grzechem, zło - złem. Jesteśmy w naszych czasach świadkami zamętu niebywałego. Czarne nazywa się białym, białe czarnym. W różnych dziedzinach życia. Komunizm powywracał ład własności i prawdy. Faszyzm zatarł granice życia i śmierci. Liberalizm unicestwia ład miłości i rodziny. W tym zamęcie wychowują się kolejne pokolenia. Pożądania stają się coraz bardziej natrętne, coraz bardziej zwariowane, coraz bardziej destrukcyjne. Wciąż mam w pamięci widok tego malca tłukącego głową w sklepową szybę. Świat dorosłych - to bardzo często świat takich duchowych smarkaczy, którzy już nie głową w szybę tłuką, ale terroryzują swymi pożądaniami całe otoczenie. A mając w ręce baseballowe kije, zorganizowane szajki, świetnie uzbrojone gangi, a bywa że ogromny kapitał, bywa że polityczne wpływy, bywa że prasowe i telewizyjne koncerny - otóż takie duchem niedorsłe chłoptasie, a siłą - Goliaty, usiłują każde swoje pożądanie zaspokoić. Biada temu, kto im stanie na drodze.

Przykazanie “Nie pożądaj!” nigdy dotąd chyba nie było tak potrzebne i równocześnie tak łamane, jak za naszych dni.

73. Jest taka ślepa uliczka

“Nie pożądaj żony bliźniego swego!”

Czegoś tu nie mogę pojąć. Ciągle słyszę o procesach o seksualne molestowanie. Nawet prezydenci bywają na cenzurowanym. Mogłoby wyglądać, że obrona niewinności, wstydu, dziewictwa, wierności są najważniejszym przedmiotem wysiłków społeczeństwa. A przecież nie jest żadną tajemnicą, że lekceważenie niewinności, wstydu, dziewictwa, wierności stają się normą. Pamiętam swój pierwszy pobyt w Brukseli. Uliczka, bynajmniej nie biedna, za witrynami “sklepów” - wstyd pisać - golusieńkie panie, co niektóre na wolno obracających się fotelach, by lepiej było widać “towar” ze wszystkich stron. Z ogromnym niesmakiem zmykałem stamtąd. Jakieś dwa lata później świat z przerażeniem dowiedział się, że właśnie w Brukseli dokonywał swoich zbrodni niejaki Dutroux (pamiętacie, dwie śliczne, ośmioletnie dziewczynki, najpierw zamienione w żywe zabawki, potem zagłodzone na śmierć). Kto winien? Dutroux, czy też wszyscy, którzy tworzyli w tym samym mieście klimat burdelu? Gdy zbrodnie zboczeńca wstrząsnęły Europą, w tejże Brukseli odbył się “biały marsz”. Protest przeciw panu Dutroux? Tak to wyglądało. A właściwie protestować trzeba było przeciw owej uliczce, przeciw kioskom oblepionym pornografią, przeciw automatom z prezerwatywami, przeciw sexshopom, przeciw dziesiątkom “filmów” wideo, które są prymitywną, ohydną i bezwzględną karykaturą tego, co jest pięknym, cudownym, świętym darem Boga. Nie mogę pojąć sprzeczności, które targają naszym światem. Polskim światem, niestety także - i to z miesiąca na miesiąc coraz bardziej.

Z lękiem odczytuję Jezusowe Kazanie na górze: “A ja wam powiadam: każdy, kto pożądliwie patrzy na kobietę, już się w sercu dopuścił cudzołóstwa” (Mt 5, 28). W Dekalogu wskazanych zostało kilka dóbr, które bywają przedmiotem pożądania (Wj 20, 17). Na pierwszym miejscu - dom (co wtedy znaczyło “rodzina”) i żona. Czy żony nie pożądają mężów? Jak znam życie - też. I nie pytajmy, czyje pożądanie potrafi być silniejsze i bardziej destrukcyjne. W czasach Mojżesza kobieta, żona, nie miała zbyt wiele sposobności, by obracać się wśród ludzi spoza kręgu bliskich. Taki był styl życia. Dlatego zakaz skierowany został do mężczyzn, jako że to oni spędzali sporą część swego czasu poza domem i mieli okazję poznać niejedną kobietę, cudzą żonę. W naszych, zmienionych warunkach życia, należy przykazanie IX odczytywać szerzej: “Nie pożądaj nikogo jako przedmiotu swych namiętności”. Tak, tak - do tego stopnia zmąciliśmy naturalny i piękny układ pomiędzy mężczyzną i kobietą, że normy etyki nie nadążają za pomysłowością naszych czasów.

W obszarze płciowości jesteśmy wszyscy wewnętrznie rozdarci. Bo z jednej strony czujemy, że jest to święta sfera życia, z drugiej - ulegamy biologicznemu naporowi rządzących ciałem hormonów. Ponadto wciąga nas jakiś niesamowity wir: każdy jest bombardowany treściami seksualnymi, co powoduje nasilenie dyktatu hormonów i reakcji fizjologicznych. W pewnym momencie nawet najczystsze spojrzenie człowieka na człowieka staje się zbrukane. W każdym może odezwać się Dutroux. Niestety. Mechanizm ten dotyka każdego, kto nie jest pustelnikiem. Dla ludzi młodych, dla dzieci jest to niebezpieczne w stopniu niewyobrażalnym. Jakie one będą, gdy minie 20 lat i zostaną mężami i żonami? Ile z nich nie założy rodziny, a zwiąże się tylko z “przyjacielem” (przyjaciółką), by wspólnie mieszkając, nie mieć żadnych zobowiązań ani wobec siebie, ani wobec społeczeństwa, ani wobec natury, ani wobec Boga. I by móc dać upust pożądaniu ciała. I, proszę was, nie nazywajmy tego miłością. Miłość obdarza drugiego, tu mamy do czynienia tylko z braniem. Nieraz na siłę.

Pożądanie w obszarze seksualnym, jeśli wymknie się kontroli człowieka, staje się zarzewiem wielorakiego zła. Rozbicia rodzin, a przez to duchowego kalectwa następnego pokolenia. Płatnej “miłości”, gdzie kobieta jest już tylko rzeczą, nie osobą. Inne zło - to seksualne perwersje, na pierwszym miejscu homoseksualizm. I nie dajmy sobie wmówić, że oni “kochają inaczej”. Oni może się p… inaczej - ale od tego do miłości cała nieskończoność. A może jeszcze dwom tatusiom, z których jeden jest mamusią, powierzyć dziecko na wychowanie? A może jeszcze rozdawać (i przyjmować) nagrody “za postawę tolerancji” od gejów i lesbijek? Słabość człowieka i grzech, nawet wielki, zawsze były. Katastrofą jest to, że zło jest dziś publicznie uznawane za dobro. Nienormalne - za normalne. Zwyrodniałe - zyskuje miano natury. Najpiękniejsze pragnienie człowieka i cudowny dar Boga - potrzeba miłości owocującej życiem i dar ciała - stały się przedmiotem irracjonalnego, obłąkanego pożądania całych społeczeństw.

Co będzie dalej? Czy zdążymy się otrząsnąć? Czy świat ma się stać jednym wielkim domem uciech?

74. Czy muszę mieć wszystko?

“Ani żadnej rzeczy, która jego jest!”

Obserwowałem dzieci na wakacyjnej wycieczce. Pierwsza godzina podróży, mieliśmy przesiadkę. Na peronie kiosk, a w nim dużo rzeczy - potrzebnych i niepotrzebnych. Bo czy np. maskota w postaci zajączka jest w podróży potrzebna? Moje dzieci obległy kiosk, noski przy szybie. Za chwilę w ruch poszedł pierwszy portfelik. Paweł nakupił całe naręcze różności. Tego pluszowego zajączka też. “Paweł, mówię do niego, pieniędzy ci na końcu braknie”. Popatrzył na mnie, machnął ręką i przeciągle powiedział: “Nie braaaknie”. A jednak brakło. “Może mi ksiądz pożyczyć?” Nie, nie pożyczyłem, ucz się i umiaru, i gospodarzenia swoim pieniądzem. Za rok pojechaliśmy znowu. Ciąg dalszy obserwacji. Iza stoi przed stoiskiem ze słodyczami i przelicza drobne w garści. Zauważyła mnie i jakby się speszyła. Pytam: “Masz za mało?” Energicznie pokręciła główką. “Nie, wystarczy, ale na dziś się skończyły. No i czy muszę mieć wszystko?” Pomyślałem tylko, że nauka nie idzie w las. Bo przed rokiem to i jej po dwóch dniach brakło kieszonkowego. A wszystko streszcza się w jednym słowie - i w postawie człowieka: umiar. Zresztą, gdyby tylko o te dziecięce drobiazgi chodziło! Umiar potrzebny jest we wszystkim i każdemu.

We wszystkim - bo nawet najlepsza, najpiękniejsza, ba! - nawet najświętsza sprawa może stać się powodem zła. Nie ona sama - lecz brak umiaru ze strony człowieka. Umiar jest konieczny. Brakło kiedyś umiaru jednemu z nowoupieczonych ministrantów. Służył na każdej Mszy. “Nie przychodź jutro, nie masz dyżuru” - mówię. “Ale ksiądz jest! Wypędza ze Mszy, a ja chcę służyć Panu Jezusowi…” Po kilku tygodniach nie ma go w niedzielę. Spotykam go w poniedziałek w szkole. “Byliście wczoraj u babci?” Głowa spuszczona, kręci nią i cicho mówi: “Nie. Ale ja już nie miałem siły znowu iść do kościoła”. Umiar we wszystkim.

A zwłaszcza tam, gdzie chodzi o sprawy niezupełnie potrzebne, wątpliwe, bezwartościowe. Bo zatracenie umiaru przyniesie wtedy na pewno grzech, nieraz ciężki i brzemienny w skutki. I dlatego wśród przykazań Dekalogu zostało dane człowiekowi i to: “Nie będziesz pożądał żony bliźniego twego, ani jego niewolnika, ani jego niewolnicy, ani jego wołu, ani jego osła, ani żadnej rzeczy, która należy do bliźniego twego”. Katechizm skrócił nieco biblijny tekst, i dobrze. Bo większość nas nie ma sposobności pożądać osła i niewolnicy swego bliźniego. Dziś trzeba by powiedzieć: “Nie pożądaj samochodu swego bliźniego, ani jego sekretarki, ani jego anteny satelitarnej, ani konta bankowego”. Warunki życia się zmieniają, ale napięcie pomiędzy potrzebą umiaru, a presją pożądania zostaje. Może nawet dziś jest większe, niż wtedy, czterdzieści bez mała wieków temu. Bo dziś więcej mamy - dlatego budzi się apetyt na więcej.

Z braku umiaru rodzi się zazdrość. A zazdrość niejedno ma oblicze. Bo jest zazdrość, która jest tylko ukłuciem serca. Jest zazdrość, która mobilizuje do wysiłku. Jest zazdrość gotowa drugiemu szkodzić. Jest wreszcie zazdrość, która każe drugiego zniszczyć. To ukłucie w sercu - to naturalny i zwyczajny odruch człowieka. Jeśli potrafisz i starasz się nad nim panować - zachowałeś przykazanie i siebie samego. Jeśli zazdrość zmobilizowała cię do bardziej wytężonej pracy, by kupić elegantszy samochód niż ma sąsiad - to potrzeba tylko jednego: czujności, by nie zatracić umiaru. Ale jeśli budzi się zazdrość rodząca szkodę, niszcząca wszystko dookoła - pamiętaj, że zniszczysz w końcu samego siebie. Zawsze tak jest. Destrukcyjna siła pożądania karmionego zazdrością ma w sobie coś szatańskiego. Toż to w końcu piekielna pycha, krewniaczka zazdrości, kazała zbuntowanym aniołom rzucić Bogu w twarz: “Nie będę służył!” Anioł przemienił się w szatana. Nic nie zyskał. Tak i ludzkie pożądanie pomnożone przez zazdrość, karmiące się pychą niszczy najpierw wszystkich wokół, a potem człowiek ów zniszczy siebie. Innych scenariuszy w życiu nie widziałem.

A ów mój ministrant wydający kieszonkowe? No cóż, jego pieniądze, a więc jego problem - powie ktoś. Ja powiem jednak inaczej. Zło nie od zbrodni się zaczyna. Zawsze najpierw jest jakieś małe ziarenko. Jeszcze nie zło, dopiero ziarenko. Nie wiadomo, co z niego wyrośnie. Musi ktoś czuwać nad człowiekiem, zwłaszcza młodym, by nauczył się umiaru i rozsądku. Gdy człowiek dorośnie, musi sam, do śmierci pilnować, by rozsądku i umiaru nie zatracić. We wszystkim. Bo gdy braknie umiaru - cały Dekalog przestanie cokolwiek znaczyć. A bez Dekalogu ani siebie, ani świata nie uratujemy.

75. Dobro i pozory

“Ani żadnej rzeczy, która jego jest!”

“Nie pożądaj!” Czego? “Żony, ani żadnej rzeczy, która należy do twego bliźniego”. Właśnie: rzeczy. Pożądanie skupia się zwykle na materialnym przedmiocie. Tak, tak - gdy o pożądaniu mowa, nawet osoba staje się przedmiotem. Materialnym, cielesnym. Przecież pożądanie to szukanie zaspokojenie jakiegoś cielesnego pragnienia. Obserwowałem kiedyś zabiegi pewnego człowieka, wykształconego, mądrego (przynajmniej, gdy o uniwersyteckie dyplomy chodzi), przystojnego, dobrze sytuowanego. “Kręcił się” wokół pewnej podejrzanej osóbki. Owszem - sylwetka zgrabna, twarzyczka śliczna, oczy wyjątkowo ładne. Ale na tym koniec superlatywów. Że była naiwna i głupia, to można jeszcze wybaczyć. Ale że równocześnie była prostacka, że była nieznośna, że nie potrafiła się odezwać bez wstawki typu “jasna ch…” (to było najdelikatniejsze w jej repertuarze) - wszystko to było odpychające. Bez wątpienia, klasyczny przypadek pożądania ciała, nie osoby. Pragnienie czegoś - nie zaś oczekiwanie kogoś. Pożądanie spłaszcza widzenie i wartościowanie świata. Takie wartościowanie przestaje być wartościowaniem. Bo najgłębsze, a tym samym najwyższe w hierarchii wartości sprawy człowieka są niewidzialne, są duchowe. Przykazanie “Nie pożądaj!” jest ostrzeżeniem niezwykle ważnym. Ostrzeżeniem przed odwróceniem porządku wartościowania, oceniania świata, ludzi, rzeczy, przedmiotów, wydarzeń.

W tym odwróceniu hierarchii wartości, a co najmniej w jej nieuporządkowaniu w życiu ludzi, upatrywać trzeba źródło moralnego zła, czyli grzechu. Każdego grzechu. Bo człowiek bardzo rzadko wybiera zło dlatego, że jest złem - to byłaby postawa iście szatańska. Najczęściej zło stroi się w maskę dobra. Albo człowiek sam wymyśla pozory dobra i przybiera w nie przedmiot swych pożądań. Nawet większość morderstw popełniana jest nie z żądzy zabijania - pozbawienie kogoś życia staje się środkiem osiągnięcia celu przybranego właśnie w pozory dobra: potrzebuje ktoś pieniędzy, więc dokonuje napadu, licząc się z ryzykiem zabicia. Pozorem dobra może być też fałszywe pojęcie honoru, zemsta, porachunki sąsiedzkie - i ten pozór jest w stanie przesłonić jeden z najważniejszych nakazów prawa natury, jakim jest poszanowanie dla życia. A problem aborcji, czy nie jest dramatycznym przypadkiem pomieszania wartości ludzkich? Dlatego tak ważny jest zakaz “Nie pożądaj!”

Człowiek, by nie przekroczyć tej bariery, musi ciągle obserwować siebie i swój świat. Ale to nie wszystko - musi mieć jasny, obiektywny, oparty nie na własnych tylko odczuciach punkt odniesienia oceny. Nie tylko oceny co dobre, a co złe - ale też co ważne, a co mniej ważne, co najważniejsze, a co istotne. Ważne nie tylko na dziś i jutro - ale co ważne w perspektywie całego życia. A życie człowieka - to wieczność. Takim punktem odniesienia jest wiara, uznanie, że dobro tylko w Bogu ma podstawę. Nie sposób tworzyć etyki bez odniesienia do Boga. Owszem, nieraz próbowano tworzyć ateistyczne systemy etyczne bez takiego odniesienia. Wszystkie takie próby kończyły się źle. Albo okazywały się nietrwałe, albo - co gorsza - prędzej czy później prowadziły do zupełnego chaosu moralnego, w którym ostatecznie zwycięża to, co najłatwiejsze i najprymitywniejsze: gra pozorów, pożądanie i przemoc. Dlatego nie wolno bezkarnie eliminować z wychowania człowieka wiary. I dlatego Dekalog stawiając w centrum ochronę czterech najbardziej ludzkich wartości: życia, rodziny, własności i prawdy, umieszcza je na tablicy drugiej, w pierwszej zwracając myśl człowieka ku Bogu. Bez tej pierwszej tablicy i bez podstawowego jej zakazu “Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”, ostatni zakaz i ostrzeżenie “Nie pożądaj!” traci jakiekolwiek znaczenie. Bo niby dlaczego mam nie pragnąć tego, co w ulotnej chwili zdaje się być dobrem? Niby w imię czego mam ograniczać swoje pragnienia, zamiary, plany, pomysły, a nawet pożądania? Dlaczego nie postawić znaku równości między dobrym a przyjemnym? Między dobrym a użytecznym? Między dobrym a wygodnym? Czyż to nie pokusa z raju? “Będziecie jak Bóg znali dobro i zło” - mąci Ewie myśli kusiciel - szatan. Chcieli ludzie, wszystko jedno jak ich nazwiemy, Adamem i Ewą, czy w miejsce ich imion wpiszemy swoje własne, mieć wszystko. Gdy sięgnęli po wszystko, spostrzegli, że nie mają nic. Są golusieńcy, wszystko inne zniknęło. Zostało rozczarowanie, puste dłonie, puste serca i pusty świat wokoło. Dlatego z Dekalogu nie wolno gubić niczego. Nie wolno poprawiać Tego, który stworzył człowieka, by służył dobru, a dobro - by służyło człowiekowi. Prawdziwe dobro - nie pozory. Trwałe dobro. Trwałe aż po całą wieczność.