Zwyciężyć. I co dalej?

Można zwyciężyć i przegrać. Na polu chwały ponieść klęskę.

Oswoiliśmy się z wojną. Obrazy zniszczeń, cierpienia, śmierci, już nie angażują nas emocjonalnie jak u jej początku. Jeśli spadająca na polską ziemię rakieta wywołała pewne poruszenie, nie czarujmy się, było chwilowe. Po kilku dniach wszystko wróciło do normy.

Norma… Co nią jest? Zastanawiając się nad pytaniem trzeba zwrócić uwagę na jeden z aspektów wojny. Wstydliwie skrywany. To reakcje, nasze, na obrazy walk. Wielu znajomych przyznaje: w pewnym momencie uświadomiliśmy sobie, że widok ginących nieprzyjaciół, te wszystkie bombodrony, snajperzy, wylatujące w górę wieże czołgów i inne obrazy zniszczeń, wywołują nieskrywaną satysfakcję, a nawet radość. Czyżby taka miała być cena zwycięstwa? Czy to jeszcze norma, czy już patologia?

Oczywiście każda wojna ma swoje prawa. Zabijanie – niestety – jest jej nieodłączną częścią. Bez śmierci, wrogów i swoich, nie ma zwycięstwa. O reszcie, na etapie walk nie myślimy. Ale przecież kiedyś ta wojna się skończy. Co z niej pozostanie w umysłach i sercach? Wolność? A może wolność spowita kajdanami niechęci, nienawiści, obojętności… Tym wszystkim, co mimo wolności zewnętrznej wewnątrz jakoś nas odczłowiecza, skarla, tłamsi, odziera, obnaża…

Wracam myślami do wielkopiątkowej Drogi Krzyżowej. Pamiętamy emocje, jakie wywołała propozycja odczytania medytacji przez Rosjankę i Ukrainkę. Pamiętamy dyskusję o przebaczeniu, jego warunkach, etycznej stronie wojny. Tak, trzeba pamiętać o uznaniu win, zadośćuczynieniu, naprawieniu krzywd. O warunkach stawianych agresorom. Paradoks polega na tym, że mający przebaczyć również musi spełnić pewne warunki. Jeśli jest człowiekiem wierzącym, są one jeszcze bardziej wyśrubowane. Ewangelia, także w kwestii przebaczenia, poprzeczki nie zaniża. Przeciwnie. Nie siedem, ale siedemdziesiąt siedem… Naszym winowajcom… Nigdzie nie jest napisane pod jakim warunkiem.

Chociaż… Jest napisane. Właściwie opisane. Ów centralny moment historii zbawienia. Na krzyżu Jezus nie stawia warunków. Uznaje niewiedzę oprawców, ofiarowując im przebaczenie bezinteresowne. Im i nam. „Gdyśmy jeszcze byli grzesznikami…”

Wielu zaprzeczy. Przecież mówił o konieczności nawrócenia, przemiany życia. Słynne „jeśli się nie nawrócicie…”. Kto wie, może nawrócenie między innymi na tym właśnie polega, by bezinteresownie przebaczyć. Jeśli mamy nosić w naszym ciele „życie Jezusa”.

Przy okazji sierpniowych rocznic chętnie wracamy do Modlitwy Bonawentury. „Uchroń od zła i nienawiści, niechaj się odwet nasz nie ziści. Na przebaczenie im przeczyste, wlej w nas moc Chryste”. Wiedział, co pisał. Można zwyciężyć i przegrać. Na polu chwały ponieść klęskę.

Ktoś powie: nie nasz problem. Nie możemy narzucać walczącemu o wolność narodowi warunków przebaczenia. Owszem, ale mówimy o tym, co dzieje się w naszych, obserwatorów, sercach. O tej dzikiej niekiedy satysfakcji, wspomnianej na początku. O czymś, co już się sączy do naszych umysłów, zatruwając je, obezwładniając, czyniąc ze zwycięzców kolejne ofiary.

Niekiedy zastanawiam się jak będzie wyglądał czyściec. Mam swoje prywatne teorie. Nie widzę go miejscem wymierzania kar, podpiekania nie piekielnym, ale jednak ogniem. Pewnie będzie miejscem dojrzewania. Do bezinteresownej miłości Boga i człowieka, także do przebaczenia. Widzę siebie obok kogoś uznawanego w tym życiu za największego wroga. (Czy człowiek, oprócz szatana, może mieć jakiegoś wroga?) Stoimy naprzeciw siebie, patrzymy w oczy i nagle padamy sobie w objęcia. Bracie, jacy my byliśmy głupi, ile życia zmarnowaliśmy, nienawidząc się i walcząc ze sobą. Być może na ten właśnie moment będą czekać aniołowie stróżowie, by dawszy nam czas na przeżycie radości płynącej z przebaczenia, powiedzieć: wejdź do radości twego Pana.

Trudne to wszystko. Pewnie długo będziemy lizać rany cudze i swoje, zmagając się z dylematem czy przebaczyć i za jaką cenę. Wszystko przyjdzie z czasem. Na początek co innego. Uzdrawiającym będzie moment, gdy patrząc na kolejną zabijającą, obojętnie kogo – nieprzyjaciela czy „naszego” – bombę, serce przeszyje ból. Bo zginął człowiek. Kolejna bezsensowna śmierć. Ten ból – być może – będzie oczyszczający i w przyszłości pozwoli nam zbudować coś nowego. Co nie będzie dziełem szaleńców, zmuszających ludzi do stawania przeciw sobie. Będzie dziełem Boga, marzącego o człowieku na miarę Jego Syna.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7