Parafia w schronie

– Jestem przekonany, że z tych wojennych katakumb zrodzi się żywa wspólnota i już za nią dziękuję Bogu – mówi greckokatolicki ksiądz Roman Hrydkovets, który w Czernihowie przeżył czterdzieści dni rosyjskiej okupacji.

Jego pierwszą parafią stał się schron. Gdy słucham jego opowieści, na myśl przychodzą mi słowa zwierzchnika Ukraińskiego Kościoła Greckokatolickiego, który w jednym ze swych codziennych orędzi wojennych mówił: – W oczach naszych kapłanów widzę zwycięstwo Ukrainy. Arcybiskup Światosław Szewczuk wspominał księży nocujących wraz z wolontariuszami w zakrystii obok świętego ołtarza, żyjących w schronach i patrzących, jak ich dzieci rodzą się w piwnicy przy blasku świecy.

Trudna decyzja

– Moim zadaniem jest głosić Chrystusa i w czasie pokoju, i podczas wojny. Świadczyć o Jego miłości, dzięki której zło i śmierć nie mają na świecie ostatniego słowa – mówi „Gościowi” ks. Hrydkovets. Gdy się go słucha, wydaje się to proste, ale dni okupacji, które przeżył w Czernihowie, były prawdziwym piekłem. Trwał nieustanny ostrzał. Ludzie nie mogli wyjść ze schronu w obawie przed rosyjskimi agresorami, którzy bestialsko mordowali, gwałcili i głodzili Ukraińców. Sytuacja humanitarna stała się dramatyczna, gdy po miesiącu okupacji zniszczono most na Deśnie i do miasta nie docierała już żadna pomoc. Rosjanie rabowali cywilom ostatnie resztki żywności. W mieście nie było elektryczności, brakowało wody. Gdy 5 kwietnia Rosjanie zostali wypędzeni z Czernihowa, które zajęli 25 lutego, schrony zaczęli opuszczać wycieńczeni ludzie, którzy wciąż się zastanawiają, jak udało im się przeżyć ten czas gehenny. – Moją misją na ten czas była obecność – mówi ks. Hrydkovets. Gdy wybuchła wojna, założył sutannę, wziął Biblię do ręki i wraz z przerażonymi ludźmi zszedł do schronu, który stał się wówczas jego parafią.

Do Czernihowa przyjechał w grudniu ubiegłego roku razem z żoną Bohdanną (jej imię znaczy – dana przez Boga) i obecnie siedmiomiesięczną córeczką Bożenką, po tym, jak po ukończeniu seminarium w Kijowie zrobił specjalizację z misjologii w Rzymie. Było to kilka miesięcy po jego święceniach kapłańskich. Miał się zająć utworzeniem nowej wspólnoty w tym mieście, leżącym nieopodal granicy z Białorusią. – Parafia istniała jedynie na papierze. Nie było wiernych, kościoła, ani nawet terenu, na którym mógłbym rozpocząć budowę świątyni. Musiałem zaczynać od zera – mówi.

Pierwsze dwa wojenne tygodnie spędził w schronie z rodziną. Gdy nadarzyła się okazja, wysłał bliskich na zachodnią Ukrainę, gdzie było bezpieczniej, a sam został z parafianami. – Decyzja była trudna, ale nie miałem wątpliwości. Zrozumiałem, że moją misją na ten czas jest po prostu bycie z ludźmi, do których zostałem wysłany, by głosić Jezusa – mówi ks. Hrydkovets. Na początku modlił się w milczeniu i po prostu siedział w schronie razem z ludźmi, których z każdym dniem zaczął lepiej poznawać. Większość stanowili niewierzący, choć wielu z nich było ochrzczonych. Z czasem zaczął proponować wspólną modlitwę w intencji pokoju i rodzin tych, z którymi się ukrywał. Wypowiadał proste wezwania, zrozumiałe dla ludzi, którzy z Kościołem niewiele mieli wspólnego. – Zaproponowałem, żebyśmy powtarzali kilkakrotnie: „Boże, ratuj nas”, „Panie, nie opuszczaj nas”. Te proste wezwania płynęły prosto z naszych serc – mówi ks. Hrydkovets.

Ksiądz opowiada bajki

W schronie były również dzieci. Każdego wieczora ten brodacz o uśmiechniętych oczach zbierał je i opowiadał bajki, zamieniając gehennę wojny w zaczarowany świat. – Ewangeliczne przypowieści w tych warunkach nabierały szczególnej mocy – mówi. Raz dziennie włączał komórkę i dzwonił do żony, by poinformować, że żyje i upewnić się, że ona też ma się dobrze. Oszczędzał baterię, nie wiedząc, kiedy ponownie będzie mógł ją naładować.

Obecnie większość schronów w Czernihowie opustoszała. Zostali w nich jedynie ludzie, którym bomby zniszczyły domy i nie mają gdzie się podziać. Jednak jeden ze schronów stał się swoistymi katakumbami, w których, jak w pierwszych wiekach chrześcijaństwa, rodzi się pierwsza wspólnota. – Stało się już tradycją, że w miejscu, gdzie przetrwaliśmy najcięższe chwile, spotykam się dalej z dziećmi, które nadal przychodzą słuchać, jak opowiadam im bajki i Ewangelię. Towarzyszą im rodzice i znajomi – mówi ks. Hrydkovets. Kilka dni temu napisał na WhatsAppie: „Jestem przekonany, że z tych wojennych katakumb zrodzi się wspólnota i już za nią dziękuję Bogu”. Wcześniej wspominał o wzruszeniu, które towarzyszyło mu w schronie, gdy dorosłych ludzi uczył na nowo modlitwy i słuchał spowiedzi po wielu latach. – Gdy spotykam teraz tych ludzi, podchodzą do mnie i dziękują, że z nimi byłem – mówi. Cały czas pomaga swoim parafianom. – Ludzie są wstrząśnięci przemocą, niesprawiedliwością i barbarzyństwem, którego byli świadkami. Rzeczą naturalną jest to, że rodzi się złość, bunt, dlatego cały czas jestem przy nich. Pozwalam im się wygadać, wylać cały swój smutek i ból, zachęcając do modlitwy do Boga, aby nas wspierał i wyzwolił z nienawiści. Na przebaczenie i pojednanie przyjdzie jeszcze czas – mówi kapłan.

Wojenny proboszcz

W Chersoniu pozostał z ludźmi bazylianin ks. Ignatij Moskalyuk, którego wierni nazwali „wojennym proboszczem”. 28 lutego rozpoczęła się trwająca do dziś okupacja miasta. Jednej trzeciej ze 100 tys. mieszkańców udało się ewakuować. – Część naszej wspólnoty wyjechała, ja postanowiłem zostać i widzę, jak ważne jest to dla ludzi. Czy pasterz może zostawić swe owce na pożarcie wilkowi? – mówi ks. Moskalyuk.

Na początku okupacji ludzie byli zbyt sterroryzowani, by przychodzić do kościoła. Pierwszą liturgię pod okiem Rosjan odprawiał w monastyrze św. Włodzimierza dla dwunastu wiernych, z czasem sytuacja się zmieniła. – Lęk i panika ustąpiły miejsca woli oporu. Ludzie nie tylko przychodzili do świątyni, ale także systematycznie manifestowali na ulicach przeciwko agresorowi. Ilekroć Rosjanie zdjęli z urzędu miasta ukraińską flagę, ktoś ją znów tam umieszczał – opowiada. Podkreśla, że największym bólem napełnia mieszkańców niepewność co do losu 500 zaginionych osób; nikt nie wie, co się z nimi dzieje. – Moją najczęstszą posługą jest teraz błogosławienie grobów. Na miejscowym cmentarzu przybywa ich średnio szesnaście dziennie, przeważnie nie wiemy, co jest przyczyną śmierci – mówi. Wyznaje, że ludzie bardzo przeżyli to, iż pośród wystrzałów, spadających bomb i wymierzonych w nich luf rosyjskich karabinów Jezus prawdziwie zmartwychwstał. – Solidarność jest teraz ogromna, po każdej Mszy spotykamy się na wspólnym posiłku, każdy przynosi to niewiele, co jeszcze ma, bo pomoc humanitarna do nas nie dociera. Podczas tych braterskich chwil staramy się wzajemnie umacniać. Przypomina mi to agapę pierwszych chrześcijan – mówi wojenny proboszcz.

Front duszpasterski

Sławutycz został zajęty przez Rosjan pierwszego dnia wojny. Dziesięć lat temu przyjechał tam greckokatolicki kapłan Jurij Lohasa z żoną Iriną. Jeszcze przed ślubem postanowili, że po jego święceniach udadzą się na te tereny Ukrainy, gdzie nie istnieje wspólnota greckokatolicka. Tak trafili do miasta na pograniczu z Białorusią. – Nie była to łatwa posługa, mentalność ludzi jest tutaj bardzo trudna, komunizm zrobił swoje – mówi Irina, która od początku wspierała męża. W tym mieście urodziło się troje ich dzieci, a wraz z nimi, jak śmieje się kobieta, narodziła się i krzepła pierwsza wspólnota greckokatolicka. – Najmłodszego syna rodziłam nocą 15 marca w szpitalnej piwnicy, w okropnym zimnie. Ciemności rozpraszał jedynie płomień świecy – opowiada kobieta. Gdy po dwóch tygodniach nadarzyła się okazja, mąż wysłał ją z dziećmi do rodziny na zachodnią Ukrainę, skąd Irina pochodzi, a sam został z parafianami. Z wiosek pod Sławutyczem rolnicy przywożą do niego m.in. mleko i warzywa, a on mimo bombardowań rozdaje je potrzebującym w specjalnym punkcie pomocy zorganizowanym przy parafii. Wielu ludzi prosi o spowiedź, a mimo ostrzału w liturgii uczestniczy więcej osób niż przed wojną.

Najtrudniejsze chwile Irina przeżywała, gdy ostrzał przybierał na sile i najstarsza córka wtulała się w nią, mówiąc: „Mamo, nie chcę umierać”. – Nie wiedziałam, co powiedzieć, bo przecież nie wiedzieliśmy, co nas czeka – opowiada Irina. – Mój mąż nie musiał wybierać między parafią a rodziną, ponieważ on przede wszystkim jest kapłanem, człowiekiem powołanym przez Boga – co do tego nie mieliśmy żadnych wątpliwości. To ja, jako matka, musiałam zadbać o bezpieczeństwo naszych dzieci i wywieźć je w spokojne miejsce, zostawiając swego męża – mówi Irina. Wyznaje, że było to dla niej wielkie wyzwanie. – Dwa razy żegnaliśmy się już tak, jakbyśmy nigdy więcej nie mieli się spotkać. To było bardzo bolesne – opowiada. – Coraz mocniej rozumiem, że żona greckokatolickiego kapłana pełni jego misję razem ze swym mężem – mówi. Irina wskazuje, że w tym czasie to właśnie kobiety stały się symbolem siły i męstwa Ukrainy. To one dźwigają ciężar wojny, czuwają nad życiem pośród morza śmierci. I wspierają mężczyzn walczących na różnych frontach, także tych duszpasterskich. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6