Twarde łzy Matki Boskiej

Sam sadzi je w ogrodzie, sam je zbiera, a potem z zegarmistrzowską precyzją z twardych jak skała ziarenek tworzy różańce. Chcecie poznać sekret 92-letniego brata Józefa Bałabana? Zanim wyśle w świat zrobiony przez siebie różaniec, najpierw sam się na nim modli.

Jest nieco spłoszony, widząc zainteresowanie mediów. Dziwi się, że przyjechaliśmy specjalnie do niego. – Ja nie jestem od gadania, ja jestem od roboty – uśmiecha się delikatnie, ściskając w dłoni misternie wykonany różaniec, który właśnie ukończył. Przed nim na stoliku w skromniutkiej celi kotłowanina łańcuszków, paciorków, krzyżyków i dłutek.

Jak gdyby nigdy nic

​W wielobarwnych witrażach zaprojektowanych przez Stanisława Wyspiańskiego tańczą promienie słońca. Akcje zimy gwałtownie spadają, a okna potężnego krakowskiego kościoła św. Franciszka z Asyżu zaczynają grać feerią barw. Wiosna tuż, tuż. Gdyby nie porażające informacje o rosyjskiej agresji na Ukrainę i eksplozjach w jej największych miastach, dzień byłby sielski. Teraz zrobiło się groźnie i potwornie smutno.

Na witrażu sędziwy brodaty „Bóg Stwórca” oddziela światło od ciemności. Za oknami pustawo. Pandemia wymiotła tłumy turystów, nieliczni studenci spieszą się na uczelnie (sporo ma zajęcia online), tramwaje suną w stronę kościoła przybyłych tu osiem wieków temu dominikanów. A sędziwy brat Józef Bałaban? Jak gdyby nigdy nic nawleka na drucik paciorki różańca.

Siedzi przygarbiony przy stoliku w klasztornej celi i z zegarmistrzowską precyzją tworzy nowy różaniec. Paciorek po paciorku. Spokojnie, bez pośpiechu. – Gdzie ja mam się w moim wieku spieszyć? – uśmiecha się. – Umierać jeszcze nie chcę… Czy boję się śmierci? Trochę tak, bo to zawsze doświadczenie, którego nie znamy. Ale liczę na Boże miłosierdzie. Najlepszy kontakt to mam z Matką Boską. Ile ja Różańców już zmówiłem! Pan Bóg raczy wiedzieć. Zresztą sama praca jest dla mnie modlitwą. Ile różańców wyszło już spod mojej ręki? A kto by to zliczył… Pewnie kilka tysięcy. To nie jest żadna filozofia. Jeden różaniec robię z 2,5 godziny. Dziennie udaje mi się wykonać dwa albo trzy – opowiada.

Ogród w sercu miasta

– To brat sadził w klasztornym ogrodzie łzawicę ogrodową? – pytam. – A to ja nawet nie wiedziałem, że ta roślina tak się nazywa – odpowiada pokornie. – Ja mówię na nią „łzy Matki Boskiej”. Tak, sam pielęgnuję te rośliny. Pierwszą dostałem wiele lat temu od tutejszych szarytek. Zasadziłem, przyjęła się. To z tych ziarenek robię paciorki.

Dojrzałe nasiona łzawicy ogrodowej, zwanej również „łzami Hioba” czy „prosem jerozolimskim”, swoją budową rzeczywiście przypominają krople wody. – Musiałem je sadzić co rok, bo to jednoroczna trawa – opowiada brat Józef. – Jak wyrośnie, ma około pół metra wysokości. Zbieram te małe kuleczki. Wyglądają jak twarde kamienne grudki, a to roślina! Ooo, sami zobaczcie – franciszkanin wyciąga chudziutką, spracowaną dłoń. – A potem wystarczy nanizać je na drut. Zakładam na palce skórzane ochraniacze, by nie popłynęła krew.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11