Jezus umarł za Dreja

– Trudno pogodzić się z tym, że wielkich Polaków do dziś musimy szukać po lasach – mówi ks. Tomasz Trzaska, kapelan Muzeum Żołnierzy Wyklętych.

Agata Puścikowska: Gdyby nie Łączka, kim byłby ks. Tomasz Trzaska?

Ks. Tomasz Trzaska: Z pewnością innym człowiekiem, innym kapłanem. Ale jakim? Wiele osób Łączka zmieniła i uformowała. To dla wielu moment przełomowy. Poznałem profesora Szwagrzyka w Łomży, gdy przyjeżdżał do nas z wykładami. Później zrobiłem o pracach ekshumacyjnych reportaż. Ale jak to bywa z Łączką, która jest już symbolem nie tylko prac na Wojskowych Powązkach, ale i w ogóle poszukiwań naszych zamordowanych bohaterów, nie pozwala ona o sobie zapomnieć. Oni nie pozwalają. I tak to Pan Bóg poukładał, że gdy dotknąłem tej wielkiej pracy, misji, chciałem dać coś od siebie. Zacząłem więc przyjeżdżać do Warszawy jako wolontariusz. Nauczono mnie prac przy przesiewaniu ziemi, przekonałem się, jak wielką czcią i szacunkiem otaczane są przez ekipę nawet najmniejsze kosteczki polskich żołnierzy. Łączka to był pewnego rodzaju wyzwalacz, który pozwolił dotknąć sedna, zrozumieć głęboko, a nie tylko w teorii.

Wolontariusz od prac fizycznych?

Tak, bo była taka potrzeba. Jeździł ze mną również ks. Robert Szulencki i razem, w roboczych ubraniach, woziliśmy ciężkie taczki, żeby trochę odciążyć drobne dziewczyny. I oczywiście tony ziemi przesialiśmy. Na pierwszym moim dyżurze znalazłem ząb. To było wzruszenie nie do opisania, bo właśnie z zęba stosunkowo najłatwiej odczytać DNA, konieczne do identyfikacji. Szybko jednak się okazało, że potrzebna jest także posługa księdza, duszpasterza. Nie miałem najpierw śmiałości sam tego proponować, po prostu pracując fizycznie, cicho się modliłem. Kiedy jednak poznaliśmy bliżej ekipę, innych wolontariuszy, stało się dla nas jasne, że to ludzie w większości wierzący, że to, co robią, ma również wymiar duchowy. I że też indywidualnie modlą się przy znalezionych szczątkach. Profesor Szwagrzyk zaproponował, byśmy poprowadzili pierwsze nabożeństwo polowe. Potem włączałem się m.in. w nabożeństwa towarzyszące przenoszeniu szczątków czy oficjalnym pogrzebom zidentyfikowanych bohaterów. Dzięki tamtemu doświadczeniu wiem, że w każdym duszpasterstwie najważniejsze są towarzyszenie i modlitwa. Reszta to dodatki.

Obecnie pracuje Ksiądz z ekipą w różnych miejscach Polski. Są momenty, gdy po ludzku chce się płakać?

Najczęściej towarzyszy mi ciągła motywacja, by jak najwięcej osób odnaleźć i przyczynić się do ich identyfikacji, oddania czci, jak również dotarcia z ich historiami do Polaków. Ale bywa i tak, że chociaż faceci nie płaczą, to wzruszenie skutecznie pokonuje profesjonalizm. Pamiętam, jak pierwszy raz, jeszcze na Łączce, zobaczyłem odnaleziony cały ludzki szkielet. Sztuczna szczęka tego człowieka została odnaleziona obok, nie przy czaszce. Spytałem profesora, jak to możliwe. Zapewne miał szczękę schowaną na noc w kieszeni. I wyrwany ze snu przez oprawców, nawet nie mógł założyć zębów na własną śmierć. Poczułem ogromny żal, ból, dotknąłem dramatu tego człowieka. Schowałem się gdzieś na uboczu i płakałem. Bo gdy się dotknie konkretnej historii, staje przed nami człowiek. Albo też w czasie prac w lesie na Białołęce, gdzie znaleźliśmy 35 osób, głównie kobiety i dzieci. Najmłodsza ofiara bestialstwa miała pół roku. Wówczas miałem już spore doświadczenie, widziałem wiele, ale tu ofiarami nie byli żołnierze, lecz bezbronni ludzie. Dzieci! To również było wstrząsem...

W czasie takiej pracy doświadcza się w jakiś szczególny sposób świętych obcowania?

Niewątpliwie. Chociaż to są delikatne, intymne sprawy. Nie ma wątpliwości, że oni są z nami. W trakcie prac panuje atmosfera przedziwna, trudna do zrozumienia i opisania. Jest w tym jakaś świętość, dotykanie tajemnicy. Kiedyś zapytałem koleżankę antropologa, czy odnajdywani ludzie jej się śnią. Bo mnie się wówczas nie śnili. Ona z zupełnym spokojem i prostotą odpowiedziała, że przychodzą do niej czasem. Potem i mnie zaczęli śnić się wyklęci. Zwykle w sytuacjach związanych z ich męczeństwem, doznanymi katuszami. Przyznam szczerze, że nadal tego wszystkiego nie ogarniam. Nie jestem w stanie pojąć ich bohaterstwa, a potem doznanych krzywd i skali bestialstwa. Trudno pogodzić się z tym, że wielkich ludzi, wielkich Polaków do dziś musimy szukać po lasach, czasem na śmietnikach. Trudno spokojnie myśleć, że ich oprawcy dożywali sędziwych lat w dobrobycie, a potem chowani byli z dystynkcjami i honorami.

Można im przebaczyć?

Długo nie radziłem sobie z odpowiedzią na to pytanie. O takich sprawach milczą nawet podręczniki teologii. W końcu przyszło zrozumienie, a sprawa jest dość prosta: Jezus umarł na krzyżu za wszystkich. Za Nila, Pileckiego, Cieplińskiego, ale również za... Brystygierową, Różańskiego i Dreja (kat i oprawca żołnierzy wyklętych, który zamordował m.in. płk. Łukasza Cieplińskiego – przyp. aut.). To jak mam ich nienawidzić? On ich kochał. Do tej pory jednak mam pewien problem, by modlić się o miłosierdzie dla nich. Szczerze modlę się o sprawiedliwość. Nie wiem, czy kiedyś to wszystko do końca pojmę. Na razie staram się swoją robotę wykonywać maksymalnie dobrze, na swoim odcinku prostować, naprawiać, porządkować świat.

Na swoim odcinku, czyli dziś jako kapelan Muzeum Żołnierzy Wyklętych na Rakowieckiej i pracownik IPN.

Poproszono mnie, bym został kapelanem, co jest dla mnie ogromnym zaszczytem. Mam świadomość, że uczestniczę w wielkich sprawach, mam też styczność z wielkimi ludźmi. Możliwość przebywania, rozmów np. z Zosią Pilecką jest niebywałą radością. Widzę ciało z ciała rotmistrza i krew z jego krwi. To dar. Również praca u boku prof. Szwagrzyka, rozmowy, towarzyszenie formują mnie jako człowieka i kapłana. Nie wiem, jak długo będzie mi to dane, ale staram się czerpać z tego jak najwięcej. I oddawać dobro, które otrzymuję.

Mówią na Księdza „ksiądz od wyklętych”.

Albo „kapelan żołnierzy wyklętych” – co mnie trochę postarza. (śmiech) Jako kapelan w muzeum odpowiadam za kwestie duchowości, odprawiam Msze św. za pomordowanych – często w celach śmierci, miejscach kaźni. W IPN, w Biurze Poszukiwań i Identyfikacji zajmuję się mediami społecznościowymi, korespondencją, dokumentacją prac foto i wideo. Cały czas jeżdżę też w miejsca, gdzie poszukiwani są nasi bohaterowie i pracuję fizycznie. Wszystkie sprawy liturgiczne i duchowe podejmuję za wiedzą i przyzwoleniem kard. Kazimierza Nycza.

Od pewnego czasu nie słychać o spektakularnych odkryciach, kolejnych identyfikacjach. Nie odnaleziono też Pileckiego, Nila i Cieplińskiego. To dla Księdza trudne?

Jest to jakiś ból. Ale nie poddajemy się. Jesteśmy biurem poszukiwań, nie odnajdywań, więc celem jest szukanie do skutku. Działania, które podejmujemy, są szerokie, a metody najnowcześniejsze na świecie. Nie warto skupiać się wyłącznie na spektakularnym sukcesie. Brak szczątków rotmistrza to nie dowód na to, że nie istniał. Żyją jego dzieci, są zapisane dziedzictwo i historia. Jeśli naprawdę chcemy odnaleźć rotmistrza, poznawajmy jego życiorys. Od marszów i wielkich publicznych pogrzebów ważniejsze jest kierowanie się na co dzień jego wartościami i świadectwem. Nie sądzę, by Pileckiemu zależało na wielkiej manifestacji, lecz raczej na tym, byśmy kochali Polskę i żyli dla niej. Chociaż bardzo bym chciał, by Zosieńka i Andrzej mogli pochować tatę. I o to się modlę.

Kiedy czytałam grepsy płk. Cieplińskiego, miałam dreszcze. Wielu mówi: to był święty. Jak Ksiądz postrzega tę postać?

Kiedy płk Łukasz Ciepliński pisał z celi śmierci, wiedział doskonale, że zostanie zabity. Nie złorzeczył oprawcom, lecz błogosławił żonę, dzieci. Jakby miał w sobie przebaczenie, zrozumienie, że chociaż zło go zabije, to dobro zatriumfuje. To rodzaj dziennika duchowego, z którego wyłania się postać wielka, nietuzinkowa, gigant moralny, głęboko wierzący Polak i żołnierz. W moim rozumieniu jest to świadectwo świętości. Jakiś czas temu odkryłem nieprawdopodobne podobieństwo tekstów Cieplińskiego i... św. Ignacego Antiocheńskiego. Teksty te dzieli 18 wieków. A są tak podobne... Jeden jedzie do Rzymu, gdzie będzie skazany i zabity jako męczennik za wiarę. Podobne słowa pisze Ciepliński w oczekiwaniu na śmierć z rąk komunistów. Mimo innej nieco stylistyki i innych czasów oba teksty są bardzo podobne. Jeden i drugi wie, za co umiera, jeden i drugi przebacza i wie, że ofiara wyda plon stokrotny. Mam nadzieję, że postać płk. Cieplińskiego, niezależnie od tego, czy zostanie odnaleziony czy nie, stanie się nam bliska i Polska pozna jego życie, świadectwo i świętość.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11