Facet, który palił w piecu

Jego sufit jest podłogą dla nowych pokoleń, które czerpią z jego przykładu, mądrości, odwagi i świętej bezczelności. Nieprzypadkowo Andrzej Sionek nazywany był prorokiem jedności.

Gdy 22 stycznia Sanita, jego żona, napisała na Facebooku: „Dziś w nocy mój mąż odszedł do Boga, któremu służył całe życie”, nie było w tym cienia przesady. On naprawdę służył Mu całym życiem. „Gdy w Lanckoronie paliłem w piecu, przez radiowęzeł usłyszałem rozmowę studentów: »Słuchajcie, czy ten facet, który pali w piecu, będzie nam głosił konferencje?« – opowiadał mi przed laty. „Przyjmowanie namaszczenia Ducha Świętego zawsze zaprowadzi cię do służby. Służba to styl nieba”. Te słowa Andrzeja Sionka wracają do mnie nieustannie. I są kwintesencją jego życia.

Wkręcony w oazę fortelem

„Duch wieje, kędy chce. Nie wiadomo, skąd i dokąd podąża. Pewne jest to, że Andrzej Sionek po czasie opisze Jego działanie i zanalizuje je we właściwy dla siebie, profetyczny sposób” – pisałem o nim. Z błyskiem w oku opowiadał o swym mistrzu ks. Franciszku Blachnickim: „Płonął w nim ogień, żył pasją, był prawdziwie zainteresowany Bogiem. Był w stanie wszystko rzucić na jedną szalę. Był niezwykle wrażliwy na najmniejsze poruszenia Ducha Świętego”. Zaraz, zaraz! Przecież dokładnie to samo można powiedzieć o nim samym!

Urodził się w Krakowie 9 maja 1953 r. Jako licealista przeżył nawrócenie w stawiającej pierwsze kroki oazie. Jako nastolatek był ministrantem w potężnym kościele franciszkanów, w którym słońce igrało w wielobarwnych witrażach Stanisława Wyspiańskiego. „Moim duszpasterzem był o. Rufin Orecki, który na studiach spotkał ks. Blachnickiego. Tak się nim zafascynował, że właściwie nie potrafił mówić o niczym innym. W kółko jedynie Blachnicki i Blachnicki. Jego opowieści wydawały mi się zbyt pobożne i nie trafiały do dorastającego chłopaka. Ojciec Rufin za Chiny nie mógł mnie wyciągnąć do Krościenka. Wziął mnie fortelem. W 1967 roku zorganizował dla ministrantów obóz wędrowny, który kończył się w… Krościenku, i w ten sposób, chcąc nie chcąc, musiałem wpaść na ks. Franciszka”.

Ich pierwsze spotkanie, delikatnie mówiąc, nie zapowiadało trwałej współpracy. „Usnąłem, gdy przemawiał” – śmiał się po latach Sionek. „Byłem zmęczony wędrówką, a ks. Blachnicki miał nosowy, jednotonowy głos. A jeśli dodamy do tego, że zaczął mówić językiem teologii pastoralnej, łatwo można wyobrazić sobie efekt. Zgodziłem się zostać w oazie, a ponieważ nie było wówczas przeszkolonych ludzi, od razu zostałem animatorem. Po raz pierwszy w Kościele osobie świeckiej powierzono duchową odpowiedzialność za innych. To był przełom! Starałem się wcielić w czyn słowa ks. Franciszka, że »nikt nie potrafi odnaleźć siebie inaczej niż przez bezinteresowny dar z siebie«. Dziewczyny widząc, że staram się czynić bezinteresowny dar z siebie, zastanawiały się, czy nie mam wobec nich jakichś poważniejszych zamiarów” – śmiał się po latach. I dodawał: „Nie byłem w stanie wytrwać przy ks. Franciszku w modlitwie, bo dużo czasu poświęcał na adorację. Miał żywą relację z Jezusem i wiele rzeczy musiał z Nim przegadać. Mnie najczęściej kolana bolały”.

W 1978 roku ukończył fizykę i rozpoczął studiowanie teologii. Magisterkę napisał na KUL. Tu też rozpoczął studia doktoranckie pod kierunkiem ks. prof. Józefa Kudasiewicza i obronił pracę pod kierunkiem ks. prof. Henryka Witczyka. Ksiądz Franciszek zlecił mu przygotowanie grupy, która później stała się Centralną Diakonią Modlitwy.

Nie było Żyda ani Greka

Nie był mówcą porywającym tłumy. Wynikało to z jego precyzyjnego do bólu sposobu wyrażania swych odważnych myśli. Jego słowa w kraju, w którym wielu katolików w mediach społecznościowych zamiast zdjęcia profilowego wkleja pobożne obrazki, nie mogły odbić się szerokim echem. A jednak wychował dwa pokolenia zaangażowanych we wspólnoty ludzi, którzy formowali się w ślicznym drewnianym ośrodku w Lanckoronie. Sam go wyremontował i utrzymywał. Ten odważny gest wart jest osobnego artykułu.

„Jak się kupuje dom, nie mając grosza?” – pytałem. „Ks. Blachnicki nauczył mnie, bym nie martwił się o pieniądze. Moim celem było wyremontowanie i odbudowa ośrodka bez ubiegania się o pożyczki, by nie uzależniać rozwoju dzieła od finansów. Niesłychanie budowało wiarę oglądanie, jak Pan dopełnia nasze braki. Kiedy odczuwałem brak? Wtedy, gdy za mało dawałem”. Ta ewangeliczna odpowiedź bardzo mnie dotyka. I zawstydza.

Ośrodek tętnił życiem. „Ręce do góry” wznosili w nim i katolicy, i protestanci. To była szkoła budowania mostów. „Powiem krótko: podłoga jest nasiąknięta łzami” – opowiadał Sionek. „Jedność w doktrynie jest dla nas ważna, ale dopiero wtedy, kiedy brak jedności jest przeżywany we wzajemnej bezpośredniej bliskości, odczuwamy, jaki to ból. Im głębsza jest nasza relacja z Bogiem, tym stajemy się dla siebie bliżsi, milsi i serdeczni. Od 2009 roku zaczęliśmy gromadzić się wspólnie na uwielbieniu”.

„Jako kleryk zacząłem z braćmi jeździć na spotkania do Lanckorony” – wspomina o. Grzegorz Siwek, franciszkanin. „Andrzej Sionek zapraszał ludzi z »różnych bajek«. Katolicy, protestanci, księża, pastorzy, żydzi mesjańscy. I my: bracia z trzynastowiecznego przebudzenia. (śmiech) Początkowo patrzyłem na to wielobarwne towarzystwo trochę nieufnie, segregując, kto jest skąd, z jakiej wspólnoty, Kościoła, zboru. Było miło, ale kurtuazyjnie. Ale gdy rozpoczęło się uwielbienie, po godzinie nie widziałem już zielonoświątkowców, katolików, protestantów. Widziałem ludzi uwielbiających Jezusa. Nie było Żyda ani Greka. Byli czciciele Jezusa. Wyszliśmy z okopów, piaskownic. Staliśmy razem skupieni na tym, co najważniejsze”.

Nie wszystko jedno

Ile razy słyszałem od Andrzeja: „Po co robić coś osobno, skoro można razem? Jeżeli nie będzie jedności Kościoła, to stracimy rację naszej zasadniczej misji, do której zostaliśmy powołani: abyśmy byli jedno. Po co? »Aby świat uwierzył«” – wyjaśniał. „Po co światu podzielony, popękany Kościół? Może dojdzie do takiej desperacji, takiego upokorzenia, że w końcu zrozumiemy, że nie ma innej drogi? Niestety, górę biorą lęki, wątpliwości, rozdrapywanie ran. A dziś »być albo nie być« chrześcijan w Europie to albo dać wspólne świadectwo Chrystusowi, albo zniknąć z mapy. Zgorszeniem jest już to, że zgodziliśmy się żyć w świecie podziału. To przekreślenie Ewangelii. Znamieniem uczniów rabbiego Jeszui była przecież dewiza: »Patrzcie, jak oni się miłują«. Tuż przed śmiercią sporządza się testament, mówi się o najważniejszych rzeczach pod słońcem. Na dzień przed kaźnią Jezus wołał o jedność”.

Sionek nazywał rzeczy po imieniu, porządkował je, nie pozwalał łatwo zbagatelizować tematu, drążył, pytał, szukał. „Mówił wprost, że reformacja stała się raną dla całego Kościoła, katolików i protestantów. Wszyscy na tym straciliśmy. Podział był wynikiem grzechu całego ciała Kościoła” – wspomina o. Roman Groszewski, jezuita. „Przez wieki zdołaliśmy zadać sobie tak wiele ran, że nasza historia jest antyświadectwem dla świata. Kościół podzielony traci na wiarygodności wobec Ewangelii, która jest orędziem pojednania”.

Czy to przypadek, że założyciel stowarzyszenia En Christo odszedł w Tygodniu Modlitw o Jedność Chrześcijan?

Wysokie napięcie

Opowiadał, że płucami Kościoła są dwa nurty: apostolski (czyli hierarchiczny) i prorocki, a napięcie, które istnieje między nimi, jest całkowicie naturalne. „Jeżeli nie ma napięcia, jest śmierć, a płuca przestają funkcjonować. Te nurty muszą się spotkać. To warunek życia. Nie można wyzerować nurtu prorockiego, ale prorocy muszą być poddani Kościołowi i nie mogą działać na własną rękę”.

Pamiętam, jak droczyłem się i spierałem z nim w Lanckoronie. Opowiadałem o zranieniach ze strony protestantów, których doświadczyłem. Zamknął mi usta stwierdzeniem: „No dobrze, ale jeżeli my sobie nie pozwolimy na to, by być zranionymi, to kto sobie może na to pozwolić? Jeżeli my nie jesteśmy gotowi zapłacić ceny, to kto ją zapłaci?”. Nie miałem więcej pytań.

Chwytał Boga za słowo. Widać to nawet w precyzyjnych przypisach w jego książkach. Badał opisaną przez św. Pawła przestrzeń charyzmatyczną z pasją biblisty i jednocześnie świadka. Do głębi przejął się słowami: „Odnośnie do spraw Ducha nie chciałbym, bracia, abyście trwali w nieświadomości” (1 Kor 12,1).

Jak to dobrze, że schorowany (cierpiał od wielu lat na stwardnienie zanikowe boczne) zdążył napisać „Moje drogi w Panu”, rodzaj duchowego dziennika, a nawet autobiografii. Wystarczy zerknąć na spis treści: „Na orbicie Oazy”, „Krakowskie wspólnoty”, „Rok ze Wspólnotą Miasta Edynburga”, „Ewangelizacja w mocy: John Wimber” czy „Przełom na Miasteczku Studenckim”. Przecież to historia ostatnich dekad Kościoła nad Wisłą! „Ponieważ dane mi było przeżywać Kościół z perspektywy rodzących się w nim ruchów, często znajdowałem się w sytuacji pionierskiej” – podsumowywał.

„Którego dnia Bóg stworzył człowieka?” – zapytał mnie kiedyś. „Szóstego!” „A co robił dnia następnego?” „Odpoczął”. „Tak! Bóg stworzył człowieka po to, by miał z kim odpocząć”. Andrzeju, odpoczywaj! Choć kto wie? Sam mówiłeś, że w niebie też będzie do wykonania praca. Gdy jeden z zapracowanych uczestników rekolekcji rzucił kiedyś: „Odpoczniemy w niebie”, usłyszał od ciebie: „A jesteś tego pewien?”.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6