h

Zaprowadź mnie do żywota wiecznego…

W podlaskim hospicjum świętego Eliasza wyraźniej widać, jak wiele zależy od tego, czy jesteśmy kochani. I że śmierć jest częścią naszego życia na ziemi.

Stary człowiek leży w łóżku i patrzy na stary zegar. Wskazówki przesuwają się powoli. Obok starego człowieka na starym stoliku stoi szklanka. Sięga po nią niezgrabnym ruchem. Szklanka przewraca się, woda ląduje na obrusie. Tak zaczyna się film promujący hospicjum świętego Eliasza na Podlasiu. Zapewne pokazuje też los wielu starych ludzi, obok których zabrakło najbliższych, niekoniecznie z ich winy. Ktoś napełni szklankę?

Z szacunku dla życia

– Zdarzało się pani płakać po śmierci pacjenta hospicjum, któremu pani towarzyszyła w umieraniu jako lekarz? – pytam doktor Ewę Stankiewicz. Wygląda na bardzo delikatną, wrażliwą kobietę. Spuszcza na moment oczy. Chwila zawahania. – Tak – odpowiada. – Modliła się pani o cud? O to, żeby ten ktoś nie umarł? – dopytuję. – Nie. Modliłam się jedynie o ulgę w cierpieniu. Śmierć jest częścią naszej rzeczywistości, naszego życia – mówi.

Jesteśmy jakieś 36 kilometrów na południowy wschód od Białegostoku. Michałowo, gmina granicząca od wschodu z Białorusią. Zalew Siemianówka, ruiny kościoła w Jałówce i pałacu w Hieronimowie, Święto Grzyba w Sokolu – to tylko niektóre z miejscowych atrakcji. Trudno doszukać się wśród nich ośrodka zdrowia, w którym ma siedzibę Fundacja Hospicjum Proroka Eliasza prowadząca społeczne hospicjum domowe na obszarach wiejskich wschodniego Podlasia. To ziemia uboga nie tylko ubóstwem mieszkańców, lecz również w ośrodki hospicyjne. „Niesiemy bezpłatną pomoc osobom nieuleczalnie chorym, aby mogły godnie przeżyć ostatnie miesiące swego życia. Pomagamy też rodzinom naszych podopiecznych oraz innym osobom pracującym z chorymi u kresu życia – personelowi medycznemu i wolontariuszom” – piszą o sobie członkowie fundacji. Ich działalności, co podkreślają, towarzyszy motto: „Z szacunku dla życia”. Hospicjum istnieje od dziewięciu lat. Fundacja – rok dłużej.

Podarowany anioł

Szarym, grudniowym przedpołudniem jedziemy przez Podlasie – do Michałowa. Przypomina mi się fragment wiersza Rilkego: „Każdemu daj śmierć jego własną, Panie/ Daj umieranie, co wynika z życia/ Gdzie miał swą miłość, cel i biedowanie”. Nie czas na poezję jednak. Kolejne podlaskie wsie w szaroburej mgle nie przypominają kolorowych, sentymentalnych obrazków, które znam z wielokrotnych wizyt w tym ukochanym zakątku Polski. To dobrze. Bo nie o życiu ma być ten tekst, raczej o tym, że umieranie może stanowić cenne i piękne doświadczenie, zarówno dla umierającego, jak i dla tych, którzy mu towarzyszą.

Doktor Paweł Grabowski, specjalista medycyny paliatywnej, odstawia do magazynu przywiezione właśnie przez darczyńców łóżko. Rozmawiamy w jego gabinecie pod obrazem przypominającym ikonę. Przedstawia anioła niosącego w dłoniach kilka ludzkich postaci w kierunku nieba. Obok tekst: „Zaprowadź mnie do żywota wiecznego”. To obraz namalowany przez Roberta Rumina z Podkarpacia. – Kiedyś rozmawialiśmy o planach na stacjonarne hospicjum. Robert powiedział wówczas: „Nie mam kasy, ale to, co mam, to ci podaruję”. Podarował anioła – wspomina doktor.

Próbuję odtworzyć z pamięci modlitwę, którą znało kiedyś każde dziecko: „Aniele Boży, stróżu mój…”. Przy przedostatnim wersie spieramy się o wersję, której mnie, na Śląsku, nauczono inaczej. Żałuję, że jako dorosły tak mało o niej pamiętam. Zanim zasiądę z Pawłem do stołu, wspominam jego książkę dla dzieci – „Dziadek Franek”. O umieraniu dziadka oczyma dziecka. Napisane tak, że dorosły nie potrafi się oderwać.

Płaszcz, a nie szmateczka

W Michałowie dowiaduję się, że dzieło takie jak hospicjum powinno się rozpoczynać zawsze od okien, nie od drzwi. Podobno pierwsze hospicjum na świecie rozpoczęło się właśnie od zakupu okna. Choć to technologicznie niemożliwe, bo przecież musi powstać ściana, w której montuje się okno, to po ludzku pożądane: ściana zapewnia bezpieczeństwo, ale dopiero okno otwiera na to, co jest poza nim. – Jak to się stało, że Eliasz został waszym patronem? – pytam, zaintrygowany, że „los padł” na starotestamentalnego proroka. Paweł opowiada historię: swoją i Eliasza. – Mieszkając i działając w Warszawie, byłem członkiem świeckiego zakonu karmelitańskiego. To jest zakon, któremu patronują Matka Boża z Góry Karmel i właśnie Eliasz. Miałem tam bardzo mądrego kierownika duchowego, o. Edmunda Wrzesińskiego, harcerza. To był rzeczywiście stary, wierny harcerz. Widywałem go jedynie w habicie karmelitańskim albo harcerskim mundurze. Eliasz stał mi się bardzo bliski, więc po przyjeździe tutaj coraz jaśniej widziałem, że mam być jak on. Jak uderzę płaszczem, to tak, żeby się wody rozstąpiły. I to ma być prawdziwy płaszcz Eliasza, a nie jakaś tam szmateczka – podkreśla lekarz.

Faktycznie, przychodzi do głowy skojarzenie tego płaszcza, palium, z opieką paliatywną. I tego, że Eliasz doświadczył obecności Boga w sytuacjach, w których był najsłabszy. – Zdarza się wam często, że musicie tłumaczyć plany Pana Boga, gdy chory pyta: „Dlaczego muszę umierać?”? – pytam. – Wchodzimy w życie chorych będących na różnych etapach chorowania. Trzeba wyczuć, na jakim ten człowiek jest etapie, i po prostu go słuchać. Inną sprawą jest, że najbliżsi umierającego też w różny sposób przeżywają poszczególne etapy jego umierania – mówi doktor. – Pamiętam mężczyznę po pięćdziesiątce, który nie potrafił przyjąć do wiadomości, że jego ojciec, człowiek już po osiemdziesiątce, z rozsianym nowotworem, może umrzeć. Nie akceptował tego: dla niego istnieli tylko głupi lekarze, złe pielęgniarki, kulawy system. Wzywanie śmigłowca, czekanie na izbie przyjęć pośród dziesiątek innych osób, dzwonienie po policję. Przyjechali – w tym czasie jego ojciec zmarł – opowiada.

Nie proszą o śmierć

Trudno nie zauważyć, że tak jak różnorodnie żyjemy, tak i różnorodnie umieramy. Paweł Grabowski i Ewa Stankiewicz opowiadają o wszystkich aspektach swojej pracy. – Czasami dziennikarze pytają o schematy postępowania z umierającym – mówi Paweł. – A przecież każdy jest inny. Są tacy jak pani Nadzieja, pacjentka, która ma 99 lat i nie może się doczekać śmierci.

Chcą zatem śmierci? – myślę, ale pytanie formułuję inaczej: – À propos tych, którzy głoszą tezy o prawie do godziwego umierania, w tym: wybrania momentu własnej śmierci, naprawdę tak wielu jest ludzi, którzy marzą o własnej eutanazji? – Nigdy mnie nikt o to nie poprosił – odpowiada Paweł. Ewa dodaje: – Częściej spotykam się z tęsknotą umierających za osobami, które już są po tamtej stronie, ale nigdy nie usłyszałam prośby o eutanazję.

– Jeden z moich znajomych pojechał do hospicjum w Holandii. Opowiadał potem, że był tam traktowany jak jakiś ordo-katol. Zaproponował: „Wywieśmy afisz z napisem, że eutanazji nie wykonujemy”. Wszyscy pukali się w czoło. Od kiedy tam jest – nie było ani jednej eutanazji. „Człowiek, jeśli jest otoczony miłością, kochany, i nie upokarza się go, chce żyć, nie marzy o śmierci” – komentował potem. Młody polityk, zbuntowany czterdziestolatek może powtarzać slogany o tym, że człowiek ma prawo do godnej śmierci, ale proszę mi wierzyć – mówi doktor Paweł Grabowski. – Inna jest perspektywa i inne są oczekiwania człowieka starego. Czy człowiek ma prawo do godnej śmierci? Ma, ale on tej śmierci nigdy nie wybierze. Chyba że zostanie źle potraktowany, upokorzony. Ci, którzy w młodości udzielają się w ruchach działających na rzecz prawa do eutanazji, na starość będą na to patrzyli zupełnie inaczej.

Patrzeć w niebo

Makówka. Pośród gęstych iglastych drzew ukryta budowa – nie zamknięty jeszcze, w surowym stanie, budynek przyszłego hospicjum. Oprowadzający po nim lekarze stoją pod świetlikiem przypominającym studnię. Ewa patrzy w górę, jakby chciała się z tej studni wydostać. Przemyka mi przez głowę myśl, że jeśli będę umierał świadomie, chciałbym zobaczyć niebo. Po prostu patrzeć w nie, opuszczając ziemię. Mało prawdopodobne w XXI wieku jest umieranie na świeżym powietrzu, mniej niż odchodzenie w szpitalnej sali. A przecież niebo, słońce, świeże powietrze w ostatnich chwilach ziemskiego życia mogłyby dawać poczucie szczęścia. Budynek hospicjum jest tak zaprojektowany, żeby z sal można było na łóżku wyprowadzić człowieka na zewnątrz, na słońce. Genialny pomysł! Trudno mi opędzić się od wspomnienia sprzed lat. Pielgrzymka pociągiem do Lourdes. Chorzy i ich opiekunowie. Wśród nich młody mężczyzna, mąż, ojciec w stanie terminalnym. Nowotwór wygrywał pojedynek, rozgrywając agresywnie kolejne partie. Ania, energiczna pielęgniarka z uśmiechem na pół świata, wzięła sprawy w swoje ręce. Widziałem, jak z koleżankami pchała wózek z tym umierającym człowiekiem, który wedle standardowych wyobrażeń powinien jeszcze długo żyć, odchować dzieci, zobaczyć wnuki, ale nic nie wskazywało na to, że zdąży. Zamiast nich obserwował zieleń Oksytanii, lazurowe niebo nad sanktuarium, oddychał powietrzem, w którym wciąż jakby drgały słowa Maryi: „Ja jestem Niepokalane Poczęcie”. Zmarł kilka dni później.

Projekt budynku podlaskiego hospicjum nawiązuje do tego prowadzonego na Madagaskarze przez bł. ojca Jana Beyzyma. – Nie dało się go odtworzyć wiernie – tłumaczy doktor Grabowski – bo inne są dzisiaj warunki i inne wymagania sanitarne. Poza tym nie ma potrzeby przyjmowania tu tak dużej liczby chorych, to hospicjum planowane na 36 łóżek – dodaje.

Don Kichot z Makówki

Błogosławiony Jan Beyzym i święty Cerkwi prawosławnej Łukasz Wojno-Jasieniecki będą tu patronami. Aż dziw bierze, że Duch Święty prowadzi ludzkie myśli po takich meandrach historii… Jeden misjonarz, zakonnik, drugi żonaty, dzieciaty duchowny prawosławny. Obaj poświęcili się całkowicie posłudze ludziom chorym. Obaj inteligentni, wykształceni i… prześladowani. A losy Wojno-Jasienieckiego nadają się na wieloodcinkowy serial. Od dzieciństwa wykazywał talent do rysunku, planował studia malarskie, uznał jednak, że jego obowiązkiem w życiu jest wykonywanie zawodu pożytecznego społecznie, a nie realizacja własnych marzeń. Nie mogąc podjąć studiów medycznych, rozpoczął prawnicze, w końcu został duchownym. Studia medyczne ukończył, deklarując, że całe życie pragnie spędzić jako lekarz wiejski, pomagając najuboższym. Represjonowany, oskarżany o szpiegostwo, aresztowany, zsyłany… i nagrodzony stalinowską nagrodą za pracę naukową o chirurgii. Nie ta jednak była dla niego najważniejsza. Liczyli się ludzie, którym służył z poświęceniem i oddaniem. Wraz z Janem Beyzymem zaopiekuje się tymi, którzy w podlaskim hospicjum dopełniać będą żywota.

Stoimy w dużej kaplicy wybudowanej na końcu korytarza. Za okiennymi otworami oszronione drzewa. Z drugiej strony widok na cały korytarz. – Wystarczy przewieźć pacjenta na łóżku i będzie on mógł uczestniczyć w liturgii – tłumaczy Ewa Stankiewicz.

Kolejne pomieszczenia budowanego hospicjum, choć dopiero w stanie surowym, budzą respekt dla ogromu tego przedsięwzięcia. Lekarze tłumaczą, jak wiele jeszcze potrzeba środków, by dokończyć budowę – około dziewięciu milionów. Na poddaszu, w okiennych wykuszach, przez które kiedyś wpadać będą do środka słoneczne promienie, Ewa i Paweł zatrzymują się pod dachową więźbą. Zamyślają się na moment, każde w swojej okiennej kwaterze, przypominając figury świętych wbudowane w mury kaplicy. – Pan się czuje Don Kichotem? – pytam Pawła, który oprócz książki dla dzieci wydał też „Powrót Don Kichota”, tomik poezji. Waha się przez chwilę. – Nie, raczej jak człowiek, który musi czasami brnąć po kolana w gęstniejącym betonie – odpowiada. – Czyli typowy Don Kichot – puentuję. I choć betonu na tej budowie wylano już tony, wiem, że zarówno on, jak i wszyscy, którym to dzieło jest bliskie, przez niejeden gęstniejący beton przejść będą musieli, zanim w tym domu zamieszkają ludzie. Po to, by wyruszyć z niego w kierunku nieba. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
24 25 26 27 28 29 30
31 1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 1 2 3 4 5 6