Pandemia nieświęta

W Ziemi Świętej życie odmieniło się nagle i mocno. Chrześcijanie w Betlejem i Jerozolimie przeżywają trudny czas.

Nieświęta pandemia nie ominęła i Ziemi Świętej. Od marca życie ludzi w Izraelu i Autonomii Palestyńskiej zmieniło się bardzo, a każdy kolejny tydzień i miesiąc są trudniejsze. Szczególnie chrześcijanie, utrzymujący się w dużym stopniu z turystyki i pielgrzymowania, pozbawieni zostali pracy i pomocy. Ratują się solidarnością i wspierają jedni drugich. Starają się zachować nadzieję.

Jeśli będą głodni…

Doktor Mariola Serafin, biblistka, od lat pracowała w Ziemi Świętej jako przewodnik polskich pielgrzymek. Również jej życie wraz z pierwszym lockdownem w Izraelu diametralnie się zmieniło. – Musiałam wrócić do Polski w marcu. To wszystko stało się dość nagle – my, polscy przewodnicy, nie spodziewaliśmy się tak szybkiego i radykalnego zamknięcia turystyki, z której przecież wiele osób żyje – opowiada Mariola Serafin. – Mieliśmy nadzieję, że coś się zmieni w wakacje, ale się nie zmieniło.

Do Polski wróciło wielu Polaków pracujących w Izraelu. Przyjechało też sporo polsko-izraelskich małżeństw, bo sytuacja w Polsce jest dużo bardziej stabilna i komfortowa. W Ziemi Świętej pozostali polscy zakonnicy i zakonnice, a także garstka osób świeckich – zwykle to małżonkowie Żydów bądź Palestyńczyków.

W Izraelu zarządzono poważne obostrzenia. Osoby pracujące legalnie mogą liczyć na pewne zabezpieczenia socjalne. Trudniejsza sytuacja panuje w Autonomii Palestyńskiej, gdzie niewiele osób ma umowy o pracę. – Dla wielu Palestyńczyków obecne miesiące to dramat: wchodzą z biedy w nędzę. Poza rodziną zwykle nie mają wsparcia. Pracy nie ma albo jest jej bardzo mało. Dodatkowym problemem jest to, że zmienił się cały sposób życia i funkcjonowania rodzin – opowiada dr Serafin. – W domach zawsze były kobiety i dzieci. Mężczyźni całymi dniami przebywali poza domostwami. Obecnie wszyscy są zamknięci. Na domowy stres i brak zajęć nakłada się strach o przyszłość. To generuje wiele problemów, rodzi frustrację.

Mariola Serafin przypuszcza, że w dłuższym czasie może to powodować rozruchy. – Na razie Palestyńczycy się boją. Ale jeśli będą głodni, przestaną się bać, wyjdą na ulice. Czara goryczy może się przelać – mówi znawczyni Ziemi Świętej.

Dzisiaj w Betlejem…

Elżbietanka s. Szczepana Hrechorowicz, która prowadzi w Betlejem sierociniec zwany Domem Pokoju, opowiada, że ostatnie miesiące to czas niezwykle trudny, ale i wyzwalający pokłady dobra, solidarności międzyludzkiej. W sierocińcu schronienie znajdują głównie dzieci chrześcijańskie, ale elżbietanki pomagają też muzułmanom. – U nas zmieniło się niemal wszystko. Przez pierwsze trzy miesiące byliśmy zupełnie zamknięci. Mogłam się przemieszczać wyłącznie na podstawie specjalnego pozwolenia. W Betlejem zapanował ostry reżim, a pielgrzymi przestali przyjeżdżać. Zamknięte zostały hotele, sklepy z dewocjonaliami. W wakacje obostrzenia nieco poluzowano, ale sytuacja mieszkańców się nie poprawiła – opowiada elżbietanka. – Ludzie żyjący z pielgrzymów nie mają pracy. Tutejsza Caritas stara się pomagać. Pomagamy i my, w miarę możliwości.

Elżbietanki swój sierociniec utrzymują głównie dzięki pomocy z Polski – z datków przesyłanych z kraju, ale niegdyś – także z dużej pomocy, którą oferowali polscy pielgrzymi. – Gdy grupy przyjeżdżały do Betlejem, przynosiły naszym dzieciom dary: kakao czy mleko w proszku, leki, chemię gospodarczą. Dlatego przez jakiś czas miałyśmy zapasy. Ale szybko zaczęły topnieć, zwłaszcza że dzieliłyśmy się z mieszkańcami tym, co miałyśmy – mówi s. Szczepana. Obecnie zapasów już praktycznie nie ma. Są natomiast sieroty, którymi cały czas opiekują się polskie zakonnice. W Domu Pokoju mieszka teraz trzydzieścioro dzieci w różnym wieku. – Nasze dzieci chodzą do szkoły (w Autonomii Palestyńskiej edukacja nie jest obowiązkowa). Obecnie niektóre placówki pracują hybrydowo, inne zdalnie. Staramy się sobie poradzić i z tą sytuacją – mówi s. Szczepana. – Nasi przyjaciele, głównie z Polski, nie zapominają o nas, wysyłają pieniądze na konto ośrodka. Potrzebne rzeczy kupujemy więc na miejscu. Ale z pomocą przychodzą również sąsiedzi: jakiś czas temu lokalna piekarnia dawała nam chleb za darmo. Tutejsi policjanci (muzułmanie) przynieśli zapas jaj. Dostawaliśmy też środki do dezynfekcji, ryż i cukier. Ludzie się dzielą, jak i czym mogą. A naprawdę nie mają wiele…

A siostry w miarę możliwości rozwożą jedzenie biedniejszym od siebie. Pomagają też w rozprowadzaniu dewocjonaliów w Polsce. – Zgłaszają się do nas parafie, którym przesyłamy wyroby tutejszych rzemieślników – chrześcijan – mówi s. Szczepana. – Wysyłamy szopki, różańce robione przez naszych twórców i przez dzieci z naszego domu.

Potrzeba nadziei

– Mieszkańcy Betlejem są zdesperowani. I chrześcijanie (mniejszość), i muzułmanie (większość). W najlepszej sytuacji są osoby, które mają pozwolenie na pracę w Jerozolimie, a chociaż zarabiają mniej, to mają jakieś zabezpieczenie – mówi zakonnica. – Muzułmanie otrzymują też pomoc z bogatszych krajów arabskich. W trudniejszej sytuacji są chrześcijanie: wielu ma rozpoczęte inwestycje turystyczne, wzięli kredyty. Teraz nie mają ich z czego spłacać. Modlimy się za nich i z nimi. Pozostaje nadzieja.

Sytuację zagrożenia – tym razem chorobą – potęguje sytuacja służby zdrowia w Autonomii Palestyńskiej. – Nie ma tu w zasadzie publicznej służby medycznej. Na razie w Betlejem po prostu mieszkańcy siedzą w domach, bo wiedzą, że gdy się zaczną zarażać na masową skalę, będą umierali w samotności – mówi elżbietanka. – Ludzie nie są ubezpieczeni, szpitale nie mają respiratorów.

Ewa Rishmawi mieszka w Betlejem od 30 lat. Przed pandemią pracowała w sklepie dla pielgrzymów, który dawał utrzymanie trzydziestu rodzinom. Teraz jest zamknięty. Mąż pani Ewy jest lekarzem, który znany jest z pracy charytatywnej, pomocy chrześcijanom. – Sytuacja jest coraz bardziej nieciekawa. Każdego dnia liczba osób zakażonych wzrasta. Na początku grudnia w Autonomii odnotowywano prawie 3 tys. przypadków i kilkanaście zgonów dziennie. A ponieważ w Palestynie mieszka 5 mln osób, te liczby są już niebezpieczne – mówi pani Ewa. – U nas jest tylko jeden szpital, w którym przyjmowani są chorzy na koronawirusa, ale tylko najcięższe przypadki. Nie ma specjalistów chorób zakaźnych. Następuje pauperyzacja zarówno wielodzietnych rodzin muzułmańskich, jak i chrześcijańskich. Starsi, którzy mieli emerytury, już ich nie dostają. Nauczyciele też nie otrzymują pensji i zaczynają strajkować. Ludzie radzą sobie, jak potrafią: robią domowe ciasta, sprzedają warzywa z przydomowych ogródków. Starają się zachować nadzieję, ale jest ciężko: tu wszędzie tętniło życie, a teraz na ulicach cisza, nie ma dosłownie nikogo, a hotele straszą pustkami. Co będzie po Nowym Roku? Tego nikt nie wie… – dodaje.

Potrzeba modlitwy

W Ziemi Świętej pozostali też polscy franciszkanie, posługujący m.in. w Jerozolimie. – Jesteśmy strażnikami tutejszych sanktuariów. Nawet gdy nie ma pielgrzymów, trwamy na posterunku, by święte miejsca były bezpieczne i zadbane – mówi o. Teofil. – Utrzymujemy się z tego, co otrzymamy. Jednak sytuacja jest coraz trudniejsza, bo musimy przecież płacić naszym pracownikom, a pielgrzymów brak. Mamy też kilka szkół, i tu też pojawia się problem: z czego płacić pracownikom? Staramy się łatać dziury w budżecie, ale z każdym tygodniem jest trudniej. Pozostaje modlić się, trwać i czekać lepszych czasów.

Salezjanin ks. Michał Jeszke studiuje w Jerozolimie. – Nasza wspólnota to studenci teologii, kilkadziesiąt osób z całego świata. W marcu przeszliśmy na nauczanie online – opowiada. – Mieszkamy w klasztorze w Zachodniej Jerozolimie. Mamy jednak kontakt z tutejszymi chrześcijanami i staramy się wspierać ich duchowo. Odprawiamy Msze św., spowiadamy m.in. Filipińczyków, Erytrejczyków, którzy przyjechali tutaj do pracy, a których sytuacja jest obecnie trudna i niepewna. Odprawiam nabożeństwa głównie dla kobiet z Filipin, które przyjechały tu opiekować się starszymi ludźmi. Ponieważ wielu z ich podopiecznych w ostatnich miesiącach zmarło, pozostają bez pracy. Niektóre wróciły do kraju, inne starają się przetrwać.

Rony Tabash, chrześcijanin z Betlejem, mówi, że zarówno miasto, jak i tutejsi chrześcijanie są smutni. – Betlejem jest jak wymarłe. Mamy ogromną nadzieję, że jak najszybciej wrócą do nas pielgrzymi, będziemy mogli ich z radością powitać. I wrócić do pracy. Na razie całe wytwórnie dewocjonaliów nie pracują albo mają bardzo niewielkie zamówienia. Prosimy: módlcie się za nas. Modlitwa jest nam bardzo potrzebna…•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7