Kościół Dana Browna?

Gdy wychodzi się z błędnych założeń, trudno dojść do poprawnych wniosków.

Piątek 20 listopada, epidemii w Polsce dzień 262. Dzień jak (epidemiczny) co dzień. Obawy mieszają się z nadziejami. Tylko emocje, podkręcane tą trudną sytuacją, także w innych dziedzinach życia zdają się przyćmiewać rozum. Furorę robią „coming-outy” ujawniające nie preferencje seksualne, ale stan umysłów, z hołdowaniem moralności Kalego na czele. Nie tylko w kwestii tego, co działo się i dzieje na ulicach. Wbrew faktom część niby rozsądnych ludzi ciągle wierzy, że kardynał Dziwisz, jako sekretarz papieża miał ręce tak długie, że potrafił ukrywać niecne postępki pewnego exkardynała nawet przez ocean. Tak, nawet przed FBI, a pewnie i CIA. Cóż powiedzieć na takowe dictum? Całkiem sensownie postać Kardynała i sposób w jaki działał przedstawił na swojej stronie ksiądz Węgrzyniak, kiedyś jego współpracownik. Pisali i inni, w  tym o. Żak. No ale jak ktoś ma wizję Kościoła niczym Dan Brown w Kodzie Leonarda da Vinci żadne fakty nie zmienią poskładanego przez podejrzliwą wyobraźnię obrazu.

O co chodzi? Parę dni temu znajomy ksiądz podesłał mi link do artykułu. „Kościół w błyskawicznym tempie traci wiernych” – głosił tytuł. Zawierał omówienie badań statystycznych, nic czego można by się czepiać. Tylko ten tytuł. Tylko mnie razi? Nie, nie! Absolutnie niczego zdrożnego jego autorowi nie zarzucam! Tylko implikuje on pewien sposób myślenia o Kościele. Chyba dość powszechny. A ja tak nigdy o Kościele nie myślałem. Nigdy nie myślałem o Kościele jakby był jakąś organizacją czy partią polityczną, której członkowie są po to, żeby wspierać jakieś jej kierownictwo, które obmyśla co i jak, a  tracąc członków traci też wpływy. Nigdy nie myślałem o Kościele jako wspólnocie „mądrzejszych” i „maluczkich”; cwanych, walczących o rząd dusz pasterzy i stada bezmyślnych baranów, którzy omotani kłamstwem mają wesprzeć nawet najdurniejsze pomysły. Dlatego takiemu artykułowi dałbym raczej tytuł „Polacy w błyskawicznym tempie porzucają nadzieję życia wiecznego”. Bo o to tak naprawdę w tym wszystkim chodzi.

Niestety, takie „danobrawnowe” myślenie o Kościele jest dość powszechne. Swego czasu przejawiło się na przykład w zarzutach, że Kościół sfałszował Pismo Święte, że ukrył przed wiernymi te jego księgi, które prawdę o Jezusie przedstawiały w inny sposób. Czasem nawet wskazywano na moment: Sobór Nicejski. Tymczasem każdy kto zna choć trochę historię wie, że wizja Kościoła jako tajnego związku biskupów, którzy stosując różne perfidne środki ukrywają przed wiernymi prawdę ma się nijak do realiów historycznych tamtego czasu. Zwolenników takich wizji historyczne realia jednak nie interesują. Nie chcą przyjąć do wiadomości, że Nowy Testament nie powstał jako gotowa księga, by można było z niej cokolwiek wyrzucić: raczej powstał jako zbiór pism, które cieszyły się w Kościele największym autorytetem. A na dodatek dyskusje – całkiem otwarte i wcale nie jakieś bardzo gorące – na temat kanoniczności niektórych ksiąg trwały jeszcze znacznie po owym Soborze Nicejskim.  Co więcej, wiadomo przecież, że przed wynalezieniem druku księgi były przepisywane. Jak dokonać fałszerstwa na tak wielką skalę, skoro choćby z przyczyn problemów z komunikacją nie ma się realnego wpływu na to, co kopista w danym klasztorze przepisuje? Dodajmy:  w co najmniej kilku różnych językach, bo przecież Nowy Testament szybko zaczęto tłumaczyć na łacinę, syryjski i inne. A to wszystko w dobie, gdy chrześcijaństwo jest już nieco podzielone, a na pewno nie ma w nim jednego, silnego ośrodka władzy, ale kilka mniejszych. I co: po takiej przeinaczającej przesłanie Jezusa dyrektywie nie pozostałby żaden ślad? Ale takie fakty, nie pasujące do obrazu „Kościoła spiskowców” zwolenników fałszerstwa Biblii nie interesują. Wiedzą swoje i koniec.

Tak, czytając niektóre wypowiedzi na temat tego, jaki to Kościół jest be, zwłaszcza osób deklarujących się jako wierzący, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że to skutek przyjęcia takiej ‘”danobrawnowej” wizji Kościoła: Kościoła wiecznie spiskujących „czerwono-czarnych” i uciemiężonego ludu. No a ja nigdy tak na Kościół nie patrzyłem. Widzę go raczej jako wspólnotę ludzi mających nadzieję na życie wieczne. Księża, biskupi? Oni nie są ode mnie lepsi, ważniejsi. Oni w tym Mistycznym Ciele Chrystusa mają po prostu inne powołanie i inne zadania. Może bardziej zaszczytne i dlatego od nich trzeba wymagać więcej, ale przecież wszyscy tak samo jesteśmy dziećmi Bożymi, wszyscy mamy tego samego Ducha Świętego i wszyscy karmimy się tym samym Ciałem Chrystusa. Jesteśmy braćmi i siostrami w jednej wierze i w jednej nadziei.

Dlatego grzechy kapłanów, owszem, smucą mnie. Ale nie jakoś dużo bardziej, niż grzechy sąsiada z bloku obok. A już na pewno nie bardziej, niż moje własne grzechy. Nie oczekuję jednak, że kapłani czy biskupi będą idealni pod każdym względem: będą świetnymi teologami, mówcami, organizatorami, zarządami itd itp. Od tego Kościół ma tylu ludzi, żebyśmy się swoimi umiejętnościami nawzajem ubogacali. Wszyscy jesteśmy za siebie nawzajem odpowiedzialni. I wszyscy, i jedni i drudzy, jeśli chcemy osiągnąć niebo, musimy odpowiedzieć na Bogu „tak” nie tylko swoim słowem, ale i życiem.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
1 2 3 4 5 6 7
8 9 10 11 12 13 14
15 16 17 18 19 20 21
22 23 24 25 26 27 28
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12