To idzie młodość

​​​Nie usprawiedliwiam ich. Chcę jedynie zrozumieć: „dlaczego?”. Dlaczego na ulicę wyszli rówieśnicy moich dzieci, ich koledzy i koleżanki?

Nie zajmuję się merytoryczną oceną wyroku Trybunału Konstytucyjnego, ale jestem pewien, że nie można było znaleźć gorszego momentu na wydanie tego orzeczenia. Jesienne przesilenie związane z pandemią, kolejnymi obostrzeniami covidowymi, zdalną pracą, lekcjami online i widmem kolejnego lockdownu spowodowały, że poziom stresu i frustracji społeczeństwa sięgnął zenitu. Warto zauważyć, że dokładnie w tym samym czasie trwały ostre walki na ulicach Hiszpanii (tysiące młodych manifestujących pod sztandarami skrajnej lewicy) i uliczne demonstracje od Turynu po Neapol. Tym razem nie chodziło o prawa kobiet, ale o covidowe obostrzenia. Tam też na ulice wyszli młodzi, którzy wyładowywali swoją frustrację, niezwiązaną jednak z kwestią aborcji eugenicznej.

40 lat minęło

Pamiętam to spotkanie. Siedzieliśmy potwornie znudzeni na niskich ławeczkach sali gimnastycznej Szkoły Podstawowej nr 26 w Katowicach, a przed nami staruszek ze ­ZBOWiD-u. Rozpoczął swą gawędę od nieśmiertelnego: „Kochana młodzieży”. Opowiadał o ostatnich dniach II wojny światowej. Dla nas to była prehistoria. Był rok 1985 i od czasów, które wspominał, minęło równo 40 lat. Dokładnie tyle samo czasu minęło w tym roku od gorących sierpniowych dni, gdy na Wybrzeżu wykluwała się Solidarność! Zwracam na to uwagę, bo w wielu opiniach na temat Strajku Kobiet wracał argument o łamaniu etosu Solidarności. Ale to zupełnie inna rewolucja. To, co dla nas było oczywiste, młodzi traktują tak jak my dwa lata po zakończeniu stanu wojennego opowieść ZBOWiD-owca. Na ulice wyszli przede wszystkim ci, którzy w chwili śmierci Jana Pawła II oglądali „Barbie” (wersja dla dziewczynek) i „Boba Budowniczego”. Mieli wówczas kilka lat! Jan Paweł II znany jest im jedynie z podręczników, październikowych billboardów i… prześmiewczych memów krążących w necie po instalacji „Zatrute źródło” Jerzego Kaliny. Co ciekawe, nie były one przez nich traktowane jako szarganie świętości.

Brak połączenia

Wiara bierze się ze słuchania. A czego słucha pokolenie nierozstające się ze swymi wszystkomającymi telefonami? Gdy odwiedziłem młodych na drugim stopniu oazy, ksiądz bardzo prosił uczestników, by nie zarywali nocy, śledząc kolejny sezon serialu „Stranger Things”. To był realny problem letnich rekolekcji.

Piszący o Kościele napotykającym mur obojętności Grzegorz Górny diagnozuje: „Największym problemem wydaje się nie tyle niedostatek przekonujących argumentów, ile niemożność przebicia się ze swoim przekazem, zwłaszcza do młodzieży. To właśnie ta młodzież jest dziś używana – jak wielokrotnie w historii bywało – jako taran do przeprowadzania rewolucji, tym razem obyczajowej, choć niektórzy mówią, że nawet antropologicznej. Jeszcze 20 lat temu medioznawcy przytaczali dane, z których wynikało, że przeciętny nastolatek w krajach zachodnich spędza przed ekranem telewizora średnio 40 godzin tygodniowo. Dziś sytuacja wygląda inaczej – on spędza z ekranem wszystkie godziny w ciągu doby, poza tymi, kiedy śpi, ponieważ zasypia ze smartfonem w ręku i budzi się z nim. Jest cały czas online lub na standby’u. Większość rodziców jest wobec tego zjawiska bezradna”.

Efekt? Wybór tysięcy informacyjnych ofert powoduje, że człowiek kierunkuje uwagę na zewnątrz, a nie do wewnątrz. Nie szuka już odpowiedzi w sobie, w sumieniu, które jest duchowym GPS-em, ale stara się wybrać jedną z setek ofert proponowanych w sieci. Poza nim.

To norma?

Bóg mi świadkiem, że nie jestem uprzedzony, ale nachalny wątek gejowski pojawia się w większości oglądanych przeze mnie netflixtowskich serialach („Dom z papieru”, „Broadchurch”, „W głębi lasu”, „Su­burra”). Właściwie trudno znaleźć taki, w którym nie byłby on mniej lub bardziej wyeksponowany. Gdyby jeszcze wnosił cokolwiek do fabuły i głównego wątku… Ta nachalność, która może drażnić dorosłych, dla młodych jest całkowicie zrozumiała. My łapiemy się za głowę (najdelikatniej mówiąc), czytając nowe kryteria przyznawania Oscarów („30 proc. aktorów w rolach drugoplanowych i na dalszych planach musi reprezentować konkretne grupy, w tym LGBT; przynajmniej jeden z filmowych wątków musi dotyczyć tych grup mniejszościowych, w składzie ekipy filmowej co najmniej 30 proc. ekipy muszą stanowić…), ale młode pokolenie nie widzi w tym nie tylko przejawu dyktatury, ale nawet niczego zaskakującego, i zamyka oponentom usta słowem wytrychem „Tolerancja!”. To pokolenie, które logując się w Google, musi odpowiedzieć na pytanie o płeć: „mężczyzna, kobieta, inna”. Czy kogoś jeszcze to śmieszy? A ponieważ Kościół w myśl zasady: „Nie–nie, tak–tak”, jako jedna z niewielu instytucji, ma odwagę stawiać wymagania, opowiadać nie tylko o prawach, ale i o odpowiedzialności, natrafia na falę sprzeciwu. Psuje zabawę. Nieprzypadkowo hasło: „Girls Just Want To Have Fun” (Dziewczyny chcą się zabawić) często pojawiało się na polskich gniewnych ulicach.

Przymus!

Słowo „Różaniec” kojarzy się młodym zazwyczaj z obowiązkowym zaliczeniem nabożeństwa, po to, by otrzymać pieczątkę w indeksie dla kandydatów do bierzmowania. Ze świecą szukać domów, w których odmawia się z nastolatkami tę modlitwę. – Na rekolekcjach rozdałem młodym ankietę. Pytałem o to, co zapamiętali z bierzmowania. Odpowiedzi były porażające. Zostało w nich to, co najbardziej męczące: podpisy, pieczątki, sprawdzanie obecności, zaliczenie. Cała sakramentalna biurokracja – opowiada bp Edward Dajczak. – Co mnie zabolało? Oni nie wspominali ani słowem o istocie tego sakramentu! Młodzi, często bardzo odlegli od osobistego doświadczenia wiary, bywają przymuszani przez rodziców do przystępowania do bierzmowania. Przychodzą zbuntowani do kościoła, a w nim wita ich ksiądz rozpoczynający od przedstawienia listy zadań i zobowiązań: „By przyjąć bierzmowanie, trzeba zaliczyć to i tamto”. Falstart! Nawet jeśli miał z nimi dobre relacje, ląduje po przeciwnej stronie. Dla nich nie istnieje słowo „przymus”. To pokolenie może zrezygnować z wielu rzeczy, ale na pewno nie z wolności. Wszystko, co pachnie przymusem, natychmiast wywołuje alergię, bunt. Tworzy się barykada i zaczyna przepychanka, walka. Największym problemem dzisiejszej młodzieży jest brak osobistego doświadczenia Boga.

Ostatnie dni pokazują, jak prawdziwa jest ta diagnoza. Październik 2020 zafundował wielu katolikom kubeł zimnej wody. Zamiast pełzającej laicyzacji mieliśmy do czynienia z jej bardzo przyspieszoną wersją.

Jestem przeciw aborcji, ale…

Jasne, można całą winę zwalić na Kościół, czyniąc go tradycyjnym chłopcem do bicia, tyle że badania wykazują, że przekazuje on dzieciom jedynie 16 proc. zasad moralnych! Aż 57 proc. religijnego przekazu pochodzi od rodziców. Co to znaczy? Mają oni trzy razy większy wpływ na wiarę swoich dzieci niż Kościół. Tak, te dzieciaki na ulicach nie wzięły się znikąd i wbrew temu, co ogłosiła jedna z katolickich stacji radiowych, są Polakami. Z naszych domów.

– Dlaczego wspierasz protest? – pytałem młodych. – Zgadzam się z niektórymi postulatami – odpowiadali. Ileż wyjaśnień zaczynało się od słów: – Jestem przeciw aborcji, ale… Jeśli jesteś przeciw aborcji, to dlaczego wychodzisz pod sztandarem tych, którzy domagają się jej bez ograniczeń? Czy to, że zgadzasz się z częścią postulatów, wystarczy, by wkleić sobie na „profilówkę” błyskawicę? Czy to, że lubię niebieski, oznacza, że jestem kibicem Ruchu Chorzów? Albo wychodzę, zgadzając się ze wszystkimi postulatami i wulgarną formą protestów, albo siedzę w domu.

Badania wskazują, że w istnienie prawdy absolutnej wierzy zaledwie 20,7 proc. polskiej młodzieży. Nie trzeba kończyć socjologii, by wiedzieć, jak łatwo manipuluje się niezakorzenionymi, których „punkt widzenia zależy od punktu siedzenia”. Nawet niektóre portale katolickie (sic!) usprawiedliwiały postulaty demonstrujących, pisząc o… „rewolucji czułości”. Doprawdy dziwna to czułość, wyrażana w atakowaniu miejsc sakralnych, przerywaniu Mszy Świętych i demolowaniu pomników z jednoznacznym „wypier…” na ustach.

Jest komu głosić

Tę diagnozę można ciągnąć w nieskończoność. Do dziś pamiętam pełne niedowierzania listy, które spływały do redakcji, gdy przed 14 laty opublikowałem tekst „W jaskini lwów”, przedstawiający badania przeprowadzone przez Josha McDowella. Pisał, że w USA po ukończeniu szkoły średniej aż 88 proc. młodzieży z chrześcijańskich domów odchodzi z Kościoła. „Nas to ominie” – łudzili się czytelnicy. Jak aktualna jest dziś diagnoza Josha: „Rzymski teatr pęka w szwach. Za chwilę na arenie lwy rozszarpią ciała trzech mężczyzn. Mogli uniknąć śmierci, ale do końca uparcie wyznawali, że Jezus jest Bogiem. Podnosi się krata. Stadion wyje. Żyjemy zanurzeni po uszy w pogańskiej kulturze, a młodzi znajdują się na arenie Koloseum XXI wieku. Wprawdzie nie zagrażają im lwy, ale spotkają więcej moralnych pokus niż chrześcijanie przez ostatnie dwa tysiące lat. Będą toczyli większe duchowe bitwy, walki emocjonalne i trudniejsze zmagania w relacjach międzyludzkich niż jakiekolwiek inne pokolenie w historii”.

Co możemy zrobić? Mamy dwie drogi. Jak w dowcipie. Na pustynię trafiło dwóch przedstawicieli firm obuwniczych. Jeden z nich zadzwonił do szefa: „Katastrofa. Nic nie da się zrobić. Wszyscy chodzą boso”, a drugi chwycił za telefon z okrzykiem: „Szefie! Znakomity rynek zbytu! Wszyscy chodzą boso!”.

Jest komu głosić Dobrą Nowinę. „Ja też nie wierzę w Boga, w którego nie wierzą ateiści” – pisał kard. John Henry Newman. Młodzi na ulicach nie dotknęli tajemnicy Kościoła. Słyszą o nim zazwyczaj z medialnych doniesień. A Kościół, napromieniowany obecnością Jezusa, wpatrzony w Jego twarz, skoncentrowany na Baranku, ma naprawdę ogromną siłę przyciągania.•

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10