Góry odpłaciły mi dobrem

Bieszczady stały się moim domem – mówi Antoni Derwich. – Tu, w górach, jest łatwiej o dobre słowo i modlitwę.

To trudny teren i wszyscy na początku byliśmy tu trochę „dzicy” – opowiada pan Antoni. – Ale z żoną dobrze wiedzieliśmy, że trzeba być odpornym na przeciwności. Z wiekiem przybyło mi tu doświadczeń, książek, miłości, ciepła i spokoju. Tutaj urodziły się nasze dzieci, tu poznaliśmy dużo dobrych ludzi, tu zmarła mama. Las i góry, w których zostało trochę zdrowia, odpłaciły mi dobrem.

Dla prawdziwych mężczyzn

Urodził się w Krasnymstawie na Lubelszczyźnie. Po Technikum Leśnym w Krasiczynie i dwóch latach służby wojskowej został Leśniczym w Beskidzie Niskim. – Na początku lat 70. wstąpiłem do GOPR-u – wspomina. – Brałem udział w wielu akcjach ratowniczych. Zostałem też przewodnikiem beskidzkim. Jednak zawsze pociągały mnie Bieszczady. Połoniny, lasy na stokach pociętych potokami, pięknie wybarwione jesienią potężne drzewa i małe zaludnienie – to było wymarzone miejsce do życia dla prawdziwych mężczyzn.

W 1984 r. jego pragnienia spełniły się i zamieszkał z rodziną w Mucznem. W 1991 r. był leśniczym Leśnictwa Górny San, które znalazło się w obszarze Bieszczadzkiego Parku Narodowego po jego powiększeniu. Z parkiem też było związane jego dalsze życie. – Moim najważniejszym wychowawcą była rodzina, zwłaszcza mama, no i literatura – mówi. – Odkąd odkryłem fantastyczną moc alfabetu, czytałem wszystko. Najpierw to były krótkie opowiadania o zwierzętach, potem zakochałem się w Trylogii Sienkiewicza. Mama uczyła mnie i brata pieśni, które w szkole były zakazane.

Z dzieciństwa pamięta, jak z rodzicami pokonywał kilka kilometrów, żeby dojść do kościoła. – To były czasy, kiedy milicja i UB organizowały obławy na ludzi z lasu. Kiedy miałem 5 lat, ojciec zabrał mnie do Lublina, gdzie byliśmy świadkami tzw. cudu w katedrze. 3 lipca 1949 r. zgromadzeni w niej wierni zobaczyli łzy na obrazie Matki Bożej. Władza zaczęła represjonować wiernych przybywających tam z całej Polski. W naszej rodzinie czciliśmy pamięć przedwcześnie zmarłego ks. Stanisława Witkowskiego – kapelana miejscowej konspiracji, który udzielił ślubu moim rodzicom i ochrzcił mnie – wspomina.

Dwa kościoły

To duchowe przygotowanie sprawiło, że po latach zaangażował się w budowę kościoła w Tarnawie Niżnej. Podkreśla, że świątynia powstała dzięki ogromnej pracy i wielkiemu poświęceniu ks. Marka Typrowicza, proboszcza parafii pw. św. Anny w Ustrzykach Górnych, i nieżyjącego już ks. Franciszka Jarzyny.

– Najpierw zawiązał się komitet budowy kościoła. Dla naszej garstki wiernych to było wielkie wydarzenie, bo do tej pory modliliśmy się w hotelowych salkach świetlicowych. Na pomysł budowy kościoła wpadłem w 1999 r., kiedy Tarnawa znalazła się na terenie Bieszczadzkiego Parku Narodowego. 4 września 2004 r. wmurowano kamień węgielny pod upragnioną świątynię. Potem ówczesny proboszcz parafii ks. Adam Boruta na placu budowy odprawił pierwszą Mszę św. Wydarzenie miało miejsce dokładnie w 100. rocznicę poświęcenia istniejącego przed wojną kościoła w Tarnawie, zniszczonego później przez Sowietów. Budowa ruszyła w 2007 r. 9 maja 2009 r. nową świątynię pw. Najświętszego Serca Pana Jezusa poświęcił abp Józef Michalik. W jej przedsionku znajdują się tablice upamiętniające m.in. chrzest Polski, 150. rocznicę powstania styczniowego, katastrofę smoleńską, odzyskanie niepodległości oraz Polaków – mieszkańców nadsańskich wiosek pomordowanych przez UPA. Kilka lat później pomyślałem, że trzeba też zbudować kościół w Mucznem. 18 października 2015 r. abp Józef Michalik poświęcił tam kościółek pw. św. Huberta – opowiada pan Antoni.

Przebaczenie

– Przez lata moim miejscem pracy była dolina Górnego Sanu – wspomina. – Ślady ludzkiej obecności szybko tam ginęły. Staraliśmy się zachować i udostępnić zwiedzającym to, co jeszcze było do pokazania. Zaczęliśmy od pojedynczych kapliczek, cmentarzy, prosząc o wsparcie Społeczną Komisję Opieki nad Zabytkami Sztuki Cerkiewnej. W leśnictwie pracy było dużo, jednak wszyscy angażowali się w te działania. Wyznaczając ścieżki turystyczne, dotarliśmy do dworu Stroińskich i cmentarza w Siankach. Kaplica z grobami hrabiny i hrabiego była mocno zrujnowana, więc wykonaliśmy prace zabezpieczające, co musiało wystarczyć na 20 lat. Wtedy dopiero Bieszczadzki Park odrestaurował ją. Rok temu pomyślałem, aby za kamiennymi nagrobkami Klary i Franciszka Stroińskich umieścić obrazy świętych z Asyżu. Przygotowałem projekty, ale nagle ciężko zachorowałem i dopiero w tym roku udało mi się na starych deskach namalować ich postacie. Wkrótce zostaną umieszczone w miejscu pochówku kochającej się pary.

Jedną z wielu inicjatyw pana Antoniego, mających na celu upamiętnianie rocznic i wydarzeń, było poddanie dokładnej konserwacji krzyża Józefa Sikorskiego – powstańca z 1863 r. Dzisiaj w miejscu, gdzie stoi, w pobliżu cmentarza w Dźwiniaczu, zatrzymują się przyjeżdżający. W 1991 r. przypadkowe spotkanie z Alojzym Wiluszyńskim, przedwojennym mieszkańcem Tarnawy, pozwoliło mu lepiej poznać historię tych ziem. – Pomogłem odnaleźć ślady jego domu, a on opowiedział mi swoją historię. Okazało się, że w sierpniu 1944 r. została tutaj wymordowana cała jego rodzina. Był też świadkiem mordu w leśniczówce Brenzberg koło Mucznego. Mieszkał w niej wtedy Franciszek Król, uczestnik wojny bolszewickiej, osadnik wojskowy, leśnik. Latem 1944 r. nacierające wojska sowieckie zatrzymały się na terenach leżących na północ i wschód od Ustrzyk Dolnych. W pustkę po uciekających Niemcach weszły różne formacje ukraińskie OUN, UPA i policja. Ostatni polscy osadnicy szykowali się do ucieczki, mimo że niektórzy dostali solenne zapewnienie, że nie spotka ich żadna krzywda. Tych, którzy w to uwierzyli i pozostali, zamordowano.

Pan Alojzy był wtedy w oddziale samoobrony AK. W połowie sierpnia z kolegami przemykali lasami od Dźwiniacza w rejon Halicza i na Brenzbergu trafili na ciała pomordowanych polskich uchodźców. Wiedzieli, że obok, w Tarnawie i Mucznem, kwaterują upowcy. Zmówili modlitwę i pospiesznie odeszli ze strasznego miejsca, a pod Haliczem rozwiązali swoją formację. Wiluszyński wrócił do Tarnawy, ale i tutaj zastał ślady zagłady. Potem jego losy układały się zawile, ale wrócił do miejsc znanych z młodości.

– Jaki jest mój stosunek do Ukraińców? – zastanawia się pan Antoni. – Pamięć o rzezi, walkach trwających do końca lat 40. XX w., wysiedleniach naszych i Ukraińców to obowiązek. Zakłamywanie historii jest zbrodnią, nie prowadzi do pojednania. Trzeba pamiętać i wyciągać wnioski, jak napisała Magdalena Apostołowicz w wierszu o Brenzbergu: „I tylko studnia została,/ choć z żalu uschło jej serce./ I cisza, ciągle ta sama,/ wciąż woła, by nigdy więcej”. Nie kumuluję w sobie nienawiści, a Ukraińców traktuję różnie – w zależności od ich postawy. Przebaczanie jest przecież wpisane w chrześcijaństwo.

Wodni inżynierowie

– Od lat 70. do 90. lasy rosnące na terenach położonych wzdłuż górnego Sanu zostały zniszczone przez kornika – opowiada. – Z czasem zmieniono ich skład gatunkowy, usuwając obumierające świerczyny i wprowadzając jodły, buki, jawory. Obszary opuszczonych wsi z mizernymi skutkami przywrócono rolnictwu za pomocą zabiegów agrotechnicznych i melioracyjnych. Kiedy dawne użytki rolne stały się własnością Parku Narodowego, musieliśmy skutecznie powstrzymać utratę wód i ograniczyć rozwój olszy szarej. Właśnie wtedy, w 1991 r., wpadłem na pomysł, aby sprowadzić tu bobry. Bóbr europejski, jak mało który gatunek, jest predysponowany do tytułu inżyniera środowiska. W sposób przemyślany zajmuje się tworzeniem budowli wodno-ziemnych. Zdumiewające jest, jak potrafi planować, znajdować właściwą lokalizację i precyzyjnie wykonywać prace. Jako gatunek reintrodukowany, czyli dający się wprowadzić na dawne miejsca, wydawał się nadzieją na odnowienie tego obszaru i był stosunkowo tani we wsiedleniach. System retencji, jaki mu zaproponowaliśmy, opierał się głównie na tamowaniu spływu wód przez zastawki ziemne i drewniane – zwłaszcza dokoła torfowisk wysokich, którym groziło wysychanie. Przywiezione z Suwalszczyzny bobry wpuszczaliśmy do przygotowanych oczek wodnych. Niekiedy zwierzęta same wyszukiwały sobie dogodne stanowiska. Jeśli nie zdążyły przygotować gałęzi i pędów stanowiących zapasy na zimę – pomagaliśmy im je uzupełnić. Przez ćwierć wieku prowadziłem obserwacje i badania tych zwierząt, których stanowiska rozwijają się już bez pomocy ludzkiej. Dzisiaj możemy mówić o stabilnej populacji gatunku.

Właściwie we wszystkich ważnych miejscach w dolinie górnego Sanu widać, ile dla tej ziemi zrobił Antoni Derwich. Ale on skromnie wymienia innych ludzi, dzięki którym to się udało. – Było w moim życiu kilka momentów zachwiań, kiedy o moim losie mogli decydować ludzie podli, ale udało się je przetrzymać – mówi. – Dobrze, że zostaliśmy tutaj, gdzie każdy dzień bywa inny. Tylko czas, który podobno w takiej głuszy wolniej płynie, pędzi od świtu do zmierzchu. •

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9