Pełen szacun

O mazurskim gangsterze, który został diakonem, i Ewangelii wśród grypsujących opowiada ks. Szymon Wysocki.

Marcin Jakimowicz: Kiedy usłyszał Ksiądz: „Idziesz do więzienia”?

Ks. Szymon Wysocki: Gdy biskup wręczał mi dekret do nowej parafii, zapytał: „Chciałbyś zostać kapelanem?”. Krótka piłka. Tak czy nie?

Zawsze to jakieś urozmaicenie po latach katechezy...

Uczyłem przez ostatnie siedem lat, żyłem na pełnych duszpasterskich obrotach... Powiedziałem: „Tak”. Teraz widzę, że zadziałał sam Pan Bóg. Ponieważ „wracałem z długiej podróży”, po czasie solidnego duchowego oczyszczenia, moim pragnieniem było posługiwanie uzależnionym, przeoranym przez życie. Ja po prostu dobrze odnajduję się w trudnym środowisku…

Dlatego przyjechaliśmy jak swój do swego. (śmiech)

Wiedziałem, że więzienie będzie wybiciem z rutyny. A miałem też przyjaciela, który kiedyś był tu, w Suwałkach, za kratami.

Jako kapelan?

Jako jeden z największych gangsterów na Mazurach. Za chwilę o nim opowiem...

Pamięta Ksiądz pierwsze trzaśnięcie bramy i charakterystyczny odgłos zaryglowania krat?

Jasne. To na każdym robi wrażenie. Zanim wszedłem, musiałem swoje odstać przed bramą. Moją głowę bombardowała myśl: „Co ja tym ludziom mam powiedzieć?”.

Do jakich wniosków Ksiądz doszedł?

Że nie mogę udawać, grać. Będę sobą. Pamiętam pierwszą posługę. Przeszedłem przez oddziały. Pierwsze, tzw. półotworki, nie robiły wrażenia. Tętniło życie, bo to łagodniejszy rygor. Przestrzeń administracyjną więźniowie nazywają „pałacem”. Większe wrażenie zrobił tzw. zamek: kraty, potężne mury, długie wyroki. Patrzysz w niebo i widzisz… druty kolczaste. Postanowiłem przedstawić się więźniom i zrobiłem obchód po wszystkich oddziałach.

Sami niewinni?

Jak we wszystkich polskich więzieniach. (śmiech) Szedłem „po kolędzie”, witałem się, mówiłem, po co tu jestem…

...słysząc: „czarny”, „pedofil!”…

O dziwo, nie! Częściej usłyszysz takie hasła w szkole. Zresztą mój przyjaciel, były gangster, który po tym, jak zwiedził wiele polskich więzień, nawrócił się i został.... diakonem, powiedział mi kiedyś: „Gdy usłyszysz szyderkę, zapytaj tylko o jedno: czy grypsują”. Grypsujący wiedzą, że nie nabija się z duchownych i lekarzy.

Bo?

Bo oni są po to, by nieść pomoc. Takie są zasady. Nie jesteś traktowany jak wróg. W więzieniach podział jest jasny: na frajerów i gitów (grypsujących). Administracja osadzonych nazywa „złodziejami”, a ci ochronę, administrację „gadami”. Jasny podział.

Te światy mogą się spotkać?

Tak, choć to trudne, bo podział jest wyraźny. Pamiętam jednego młodziutkiego strażnika (uczciwy, wierzący człowiek), który prowadził niezwykle agresywnego więźnia. Szli korytarzem i leciała długa wiązanka, stek przekleństw, groźby karalne: „Puść mnie, ch...!”. Nagle ten chłopak przystanął i rzucił: „Proszę pana, ja się za pana pomodlę”. Reset. Cisza. Cała agresja uleciała. Rozbroił go tym słowem, szacunkiem, który mu okazał. Mój ziomek z Giżycka, Piotrek Bortkiewicz zwany „Bortkiem”, założył w latach 90. XX w. grupę przestępczą i trząsł z bratem bliźniakiem całymi Mazurami. Był świetnym zapaśnikiem, fighterem. Współpracowali z mafią wołomińską. Kilka świetnych fur, handel narkotykami, kluby, rozboje…

„Narcos”. Wersja mazurska. Sezon pierwszy.

Wiesz, że to naprawdę materiał na film? Piotrek miał w domu kałasznikowa, spał z bronią. Ich spektakularne aresztowanie opisywało wiele gazet. Wpadli antyterroryści, a media podały informację o likwidacji grupy przestępczej na Mazurach. „Bortek” z bratem bliźniakiem jako szczególnie niebezpieczni zwiedzili wiele więzień. Gdy Piotrek dowiedział się, że zdradziła go dziewczyna (z jednym z dilerów), załamał się. Jego świat runął. Trzy miesiące wył nocami. I wówczas w jego ręce wpadł „Dzienniczek” Faustyny. Chłonął go godzinami, zaczął odmawiać koronkę. I ten, który był „zimny, lodowaty”, stał się gorący, pełen ognia. Przez lata rządził za kratami, więźniowie doskonale wiedzieli, z kim mają do czynienia. Nawet po latach niektórzy strażnicy nie mogli uwierzyć w jego nawrócenie... Grypsujący uważają osoby, które się modlą, za słabe. Jeśli wołasz do Boga, to znaczy, że nie dajesz sobie rady.

Nie załamał się?

Był twardy. Nie pękł, wytrzymał tę szyderkę. Gdy wyszedł na wolność, trafił do wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym w Giżycku. Swój wielki złoty łańcuch, który nosił na szyi, zostawił jako wotum Maryi Jasnogórskiej. Rozeznał powołanie, ale przez kilka lat zakony bały się go przyjąć. Z taką przeszłością? Zaufał mu biskup ełcki, Jerzy Mazur. Dał mu szansę. Piotr został klerykiem...

Jaki był?

Szczery. Gorliwy. Biegał pomagać w Domu Dziecka. Powiedział biskupowi: „Chcę iść na meliny. Do dzieci ulicy”. Opowiem ci o jednej sytuacji. Jako kleryk szedłem z pielgrzymką z Giżycka na Jasną Górę. Zawsze w Jesionce mamy przystanek. Niemal co roku przychodziła ekipa, która zaczepiała dziewczyny, prowokowała pielgrzymów, bywało ostro. Zaczął się Apel, a za plecami usłyszeliśmy wiązankę. Bez taryfy ulgowej. Podszedłem, zacząłem z tą ekipą rozmawiać. „Spadaj, czarnuchu” – usłyszałem. I wtedy podszedł „Bortek”. Krótka piłka: „Siedziałeś w więzieniu?” – zaczął. „Grypsujesz? A znasz tego i tego w Iławie czy Białołęce?” Ekipa umilkła, a po minucie się zmyła.

Szacun?

Pełen szacun. W więzieniach jest hierarchia. Nawrócenie „Bortka” to materiał na książkę. Gdy wszedł jako diakon do więzienia, ludzie byli zszokowani, zdjęcia chcieli sobie z nim robić. Piotr zginął we wrześniu ubiegłego roku. W wypadku. Jechał zmęczony, bo pomagał w czasie nocnej pielgrzymki do Studzienicznej…

Przyjaźniliście się?

Mogłem z nim przegadać noc, do piątej nad ranem. To był człowiek z przeszłością, może dlatego potrafił tak słuchać. I nie oceniał! Opowiadał mi: „Słuchaj, jak wejdziesz do więzienia, nigdy nie oceniaj tych ludzi. Jak możesz oceniać chłopaka, który widział, jak matka przyprowadzała do domu coraz to nowego kolesia, szła z nim do pokoju na seks i szeptała synowi: »W tym czasie masz obrobić mu portfel, który zostawił w kurtce w przedpokoju«. Jak ten chłopak może funkcjonować w normalnym świecie…?”.

Jedna wielka ludzka bieda?

Słuchasz więziennych życiorysów i nie możesz uwierzyć, że można tak sobie popaprać życie. „Chłopie, to, że jeszcze żyjesz, to cud!” – mówię. Są u nas więźniowie, którzy wychowali się w takich hardcorowych warunkach, że zakład karny jest dla nich jak wczasy.

Nie pyta Ksiądz, za co siedzą?

Nigdy. To też podpowiadał mi „Bortek”: „Nie pytaj, za co siedzą, o sprawy osobiste. Jak będą chcieli, sami ci powiedzą”. I mówią. Ale dopiero wówczas, gdy zaufają, zobaczą, że ich nie oceniasz, jesteś po ich stronie. To poranieni ludzie, z ogromnym syndromem odrzucenia. Gdy wychodzą na wolność, mają na czole stygmat: „Jestem więźniem”. Nie znajdą łatwo pracy (to też powód, dla którego wsiąkają często w poprzednie towarzystwo, w grupy przestępcze. Wytrzymują naprawdę tylko mocni), rodzina często odwraca się od nich…

Czekają na wizyty?

Bardzo. To ich trzyma przy życiu. Mówię czasami: „Słuchaj, masz syna, masz dla kogo żyć!”. Tęsknota za rodziną to podstawowy motor zmiany życia, główny motyw wejścia w resocjalizację. Gdy „Bortka” zdradziła dziewczyna, zawaliło mu się życie... Pamiętam, jaka cisza zapanowała w kaplicy, gdy w czasie bierzmowania bp Jerzy Mazur zapytał: „Czy mama chciałaby, żebyś siedział w więzieniu?”. Takie rzeczy ich rozwalają.

Gdy mówi się do wspólnot, widać jakieś reakcje. Śmiechy, łzy wzruszenia. A za kratami? Pokerowe, więzienne twarze?

I tak, i nie. (śmiech) Oni naprawdę słuchają, chłoną twoje słowa. Zwłaszcza o Bożym miłosierdziu. A ja jestem tylko po to, by mówić im o miłosierdziu.

Jakbym słyszał o. Rafała Koguta, kapelana z więzienia w Cieszynie: „Jestem tylko po to, by mówić, że Bóg jest miłością”.

Oni naprawdę łakną takich słów! Widziałem ich reakcję, gdy opowiadałem im, jak papież Franciszek (i teraz, i wcześniej, w Buenos Aires) traktuje więźniów. Usługuje im, traktuje jak braci, myje nogi, przytula zarażonych na HIV. Są tym niezwykle poruszeni.

„Bóg jest miłością”. Ile razy można to powtarzać? Nie nudzi się Księdzu?

Nigdy mi się nie znudzi! Mam nadzieję. Ja jestem „po przejściach”. Po doświadczeniu depresji, ogromnego kapłańskiego kryzysu, ciemności. Była chwila, w której musiałem podjąć decyzję „być albo nie być”. Po roku urlopu wróciłem do duszpasterstwa. Co ciekawe – w Rezurekcję...

...przechodząc z ciemności do paschalnego światła i nucąc o błogosławionej winie?

Tak! Ja jestem uratowany. Wskrzeszony. Wdzięczny za to, co Bóg uczynił z moim życiem. Może dlatego wiem, że jedyne, z czym mogę wejść za kraty, to Boże miłosierdzie? Kiedyś w czasie kazania (głoszę krótko i konkretnie) komentowałem jedno zdanie z Ewangelii: „Większa radość jest z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z 99 sprawiedliwych”. Przychodzę na drugi dzień, idę po oddziałach: spowiedź, spowiedź, spowiedź, spowiedź, spowiedź... Ale ich to przeorało! Mówili mi: całe niebo cieszy się z nawrócenia jednego grzesznika...

Biskupi Dajczak i Ryś przestrzegali ewangelizatorów Przystanku Jezus: „Jeśli czujecie się lepsi od tych, do których wychodzicie, zostańcie na miejscu”. A ks. Szymon Wysocki, który za kraty przychodzi w stanie łaski uświęcającej?

Nie czuję się od nich lepszy. Nie oceniam, nie osądzam. Jestem poruszony, gdy słyszę: „Ostatni raz w spowiedzi byłem 40 lat temu”. Siadam i słucham. Nawet nie wiem, kiedy Bóg ich „przemielił”. Wiem jedno: to nie ja. Zresztą oni robią mi niezły rachunek sumienia. Czasem zawstydza mnie, gdy słyszę, ile nocami się modlą, jak wierzą w moc sakramentów, działanie Ducha Świętego. Piotrek Bortkiewicz opowiadał, że oni w celi modlili się po 5, 6 godzin dziennie! To jest wiara, to jest ogień! Pamiętam, że jako diakon „Bortek” też wolał długo modlić się nocami. Taki nawyk. Opowiadał, że dopiero wtedy w celi była cisza, bo za dnia czuł się jak na lotnisku.

Widać jakieś owoce Księdza posługi czy to orka na ugorze?

Ja nie jestem od owoców. Ale skłamałbym, gdybym powiedział, że ich nie widzę. Długie, szczere spowiedzi. W tym roku, w niedzielę Chrztu Świętego, rzuciłem: „Wszyscy w tej kaplicy jesteśmy ochrzczeni”. Po Mszy podchodzi chłopak: „Ja nie jestem ochrzczony. Może mnie ksiądz ochrzcić?”. „Jak to się stało?” „Gdy jechaliśmy na chrzest, zmarł ojciec, a potem matka załamała się i nikt nie miał już do tego głowy”. Jestem od siania, a nie zbierania owoców. Czytam im List św. Pawła do Filipian. Wiecie, mówię, że w Filippi Paweł siedział w więzieniu? Reakcja jest natychmiastowa: „Co? Gość, który został Apostołem Narodów, za kratkami?”. Wtedy można pociągnąć temat o nawróceniu, upadku pod Damaszkiem... Bardzo ważne są dla nich symbole, przedmioty kultu, dewocjonalia, Biblie...

…bo robią z nich skręty, a – jak usłyszał jeden z kapelanów – „najlepiej pali się Izajasz”?

Na szczęście nie wszyscy. (śmiech) Często słyszałem: ma Ksiądz różaniec? Nie planowałem żadnej wielkiej akcji. W czasie kazania w parafii powiedziałem: „Potrzebuję różańców”. Patrzę: karton zapełniony. Drugi tydzień? Karton zapełniony. Na Facebooku 400 udostępnień. Poszło w Polskę, wywąchały to od razu lokalne media. Co tu się działo! Kurierzy mieli mnie dość. Półtora miesiąca temu, 3 maja, biskup poświęcił 3 tys. różańców w bazylice sejneńskiej. Gdy skończy się czas koronawirusowych ograniczeń, porozdaję je u siebie, a resztę prześlę do innych więzień.•

Ks. Szymon Wysocki

ur. w 1986 r. w Giżycku. Kapelan Zakładu Karnego w Suwałkach i duszpasterz wspólnoty Przyjaciele Oblubieńca.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
26 27 28 29 30 31 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5