Jesteśmy bezpieczni czy nie?

Doczekaliśmy czasów, w których chcąc, nie chcąc dobrze jest mieć na uwadze, że gdzieś w tłumie może się ukrywać ktoś, kto może chcieć nas skrzywdzić. Trzeba nauczyć się z tym żyć. Dosłownie.

W kontekście ostatnich ataków terrorystycznych w Wielkiej Brytanii, wraca jak bumerang pytanie, czy my w Polsce możemy czuć się bezpiecznie. Czy w naszym kraju istnieje realne zagrożenie terrorystyczne? Czy służby są w stanie nas przed nim obronić? Takie pytania należy zadawać i szukać na nie uczciwej odpowiedzi, szczególnie że w ostatnich latach - co niejednokrotnie wskazują specjaliści - zmienił się charakter działań terrorystów i metody, z jakimi trzeba się mierzyć.

Eksperci podkreślają, że zagrożenie niosą mniejsze grupy, rozproszone, które nie kontaktują się z jakąś szeroko pojętą centralą, którą dałoby się namierzyć i w mniejszym lub większym stopniu infiltrować. Jako śmiercionośna broń zostają użyte samochody ciężarowe (Nicea) czy dostawcze (Londyn). Do tragedii może dojść praktycznie w każdym miejscu, gdzie gromadzą się tłumy ludzi.

Przykład z polskiego podwórka? Niemalże dokładnie 2 lata przed zamachem w Nicei, na popularny sopocki deptak (Monciak) wjechał osobowym autem szaleniec i tratował przechodniów. To nie był atak terrorystów, na szczęście nikt nie zginął, ale 22 osoby zostały ranne. W Nicei i w Londynie było znacznie gorzej, bo też żądza mordu i determinacja terrorystów jest znacznie większa niż ta, którą wykazał się 32-letni kierowca z Pomorza. W toku śledztwa okazało się zresztą, że Polak był niepoczytalny. Tak czy owak, sytuacja choć zupełnie inna, pokazuje, że do ataku dziś może dojść praktycznie wszędzie i trudno przewidzieć, jakie środki wykorzystają agresorzy.

Nie o to chodzi, żeby żyć w psychozie i bać się wystawić nos z własnych czterech ścian lub uczestniczyć w jakichkolwiek imprezach masowych. Terror polega właśnie na tym, że wzbudza się strach i paraliżuje społeczeństwo. Jeśli się temu poddamy, to już przegraliśmy. Trzeba jednak zachować minimum zdrowego rozsądku i mieć na uwadze to, że za swoje bezpieczeństwo jesteśmy także odpowiedzialni my sami.

Dlatego nie do końca rozumiem ludzi, którzy mówią publicznie o takiej czy innej imprezie masowej, że jest najgorzej zabezpieczonym wydarzeniem w kraju. Czy to nie brzmi trochę jak instruktaż i zaproszenie terrorystów do działania? Jeśli władze wiedzą lub chociażby przypuszczają, że impreza może się wiązać z zagrożeniem, to raczej powinny to dokładnie zbadać i w najgorszym razie nie dopuścić do jej zorganizowania. Tu chodzi przecież o ludzkie życie, a nie o to, żeby ktoś kiedyś mógł z satysfakcją powiedzieć "a nie mówiłem".

Trzeba jednak przyznać, że nawet najlepiej poinformowane służby, najlepsza policja i wojsko będą miały problem z zapewnieniem bezpieczeństwa ludziom, którzy sami o swoje bezpieczeństwo nie dbają. Cóż, duża grupa ludzi, często pijanych, rozbawionych, nieostrożnych i przekonanych o tym, że nic złego nie może im się przytrafić, może być jednak dość łatwym łupem.

Tymczasem doczekaliśmy czasów, w których chcąc, nie chcąc dobrze jest mieć na uwadze, że gdzieś w tłumie może się ukrywać ktoś, kto może chcieć nas skrzywdzić. Pamiętam, że takiego nie do końca racjonalnego uczucia doznałem mniej więcej rok temu, kiedy na dworcu i w pociągach pojawiały się tłumy, jakich dawno nie było. Wierzyłem, że wszystko będzie (i było) w porządku, ale po cichu rozważałem scenariusz, że nagle dochodzi do ataku i co w tej sytuacji robić, gdzie się ukryć, gdzie szukać drogi odwrotu, jak się ewentualnie bronić.

Wiem, że nie da się normalnie żyć, nieustannie oglądając się za siebie i za każdym rogiem wypatrując zamachowca. Warto jednak znać przynajmniej podstawowe zasady zachowania się w sytuacjach kryzysowych. Za moich licealnych czasów mieliśmy zajęcia z tzw. Przysposobienia Obronnego (PO). Muszę przyznać, że niewiele to było warte. Co z tego, że były raz czy drugi fajne zajęcia na strzelnicy, jeśli i tak nikt na co dzień nie ma dostępu do broni. Co z tego, że umieliśmy zakładać maski gazowe i ewentualnie wiedzieli, jak używać gaśnic pionowych i proszkowych. Te ostatnie umiejętności to akurat przydatne rzeczy, podobnie jak podstawy pierwszej pomocy, które na tych zajęciach były omawiane.

Dzisiaj PO już w szkole nie ma. W miejsce tych zajęć pojawiła się tzw. edukacja do bezpieczeństwa. Nie doszukałem się w programach nauczania tegoż przedmiotu zajęć dotyczących zachowania się na wypadek ataku terrorystycznego. Może byłaby to bardziej wartościowa wiedza niż ta, która dotyczy zagrożenia nuklearnego albo teorii obronności i organizacji struktur wojskowych kraju. Być może czas najwyższy wprowadzić do szkół tę tematykę, skoro samo życie coraz częściej się tego domaga.

Chyba już czas najwyższy na taką edukację. Lepsze to niż przyjęcie za dobrą monetę zapewnień o tym, że od ochrony przed zagrożeniami mamy profesjonalistów i że oni w każdej sytuacji pojawią się na zawołanie. Oczywiście tak powinno być, ale warto też brać pod uwagę te kilka minut, zanim oni dotrą na miejsce. Nieraz właśnie w tym czasie rozgrywają się największe tragedie. Dlaczego? Między innymi właśnie dlatego, że nikt kompletnie nie wie, co miałby zrobić w krytycznej sytuacji, bo nikt nie jest na to przygotowany, choć wszyscy zadają sobie pytanie: jesteśmy bezpieczni, czy nie.

«« | « | 1 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Reklama

Reklama

Reklama

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 31 1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30 1 2
3 4 5 6 7 8 9