Kilar mnie dostał

O umieraniu ojca, dziewczynie, która trzy razy podchodziła, i powrocie do Boga przy „Angelusie” z Michałem Fitą rozmawia Aleksandra Pietryga.

No właśnie – dziwiło mnie, że przez tyle lat nie próbował się Pan skontaktować z kompozytorem, żeby mu opowiedzieć swoją niesamowitą historię.

Mam nadzieję, że w niebie będziemy mieli dużo czasu, żeby o tym porozmawiać (śmiech). Poza tym wierzę, że Wojciech Kilar to już wie. Ta przełomowa prelekcja odbywała się w kościele, który kiedyś był szynkiem. Symboliczne. Jakby zapowiedź tego, jak moje życie zostanie przerobione.

Powiedział Pan kiedyś, że Wojciech Kilar dostał Pana w przydziale. Żeby się Panem opiekować.

Choć nie był tego świadomy (śmiech). Mam wrażenie, jakby Bóg przyciągał mnie do siebie przez tego kompozytora. Najpierw nawróciłem się przy jego muzyce. Niedawno przeżywałem problemy, miałem poważny kryzys. W tym czasie zadzwoniła Basia Gruszka-Zych, że skończyła pisać książkę o Kilarze, do której wcześniej mocno ją namawiałem. A kilka tygodni później zostałem zaproszony na spotkanie autorskie w siedzibie NOSPR w Katowicach. Siedziałem, słuchałem tych niesamowitych opowieści o kompozytorze i czułem, że Bóg znowu wyciąga mnie z tego marazmu, w jakim tkwię, że pozwala mi na nowo uświadomić sobie, z jakiego bagna wyrwał mnie wcześniej. Docenić, jak pięknie potoczyło się moje życie. Zobaczyć, jaki precyzyjny był plan, który dla mnie przygotował.

Oddał Pan kiedyś życie Jezusowi.

Oddałem. Świadomie. Ale nie od razu. Pan Bóg powoli otwierał moje furtki. Trzy razy podsyłał mi jedną i tę samą dziewczynę, która mnie do niego przyprowadziła, a później została moją żoną (śmiech). Pół roku przed zawierzeniem mojego życia Bogu, na koncercie Czesława Niemena, poznałem młodą dziewczynę, z którą zamieniłem kilka słów. I tyle. Kiedy po kilku miesiącach spotkałem ją na ulicy, kompletnie jej nie pamiętałem. I nagle jestem na Górze św. Anny, zblazowany czekam na koncert, wokół mnie dwa i pół tysiąca ludzi, którzy się cieszą nie wiadomo z czego, a tu podchodzi do mnie znów ta sama dziewczyna! Jakie mogło być prawdopodobieństwo, że przypadkiem się akurat tam po raz trzeci spotkaliśmy?! Monika (tak ma na imię moja żona) właśnie rozstała się z chłopakiem. Chyba planowała pobyć trochę sama, ale ja nie zrozumiałem sugestii i narzuciłem jej swoje towarzystwo. Przez kilka godzin non stop gadałem o sobie. Ona wtrąciła może dwa zdania. Raz poprosiła o mój numer telefonu. Drugi raz zaproponowała, żebym poszedł z nią na Mszę z modlitwą o uzdrowienie. Poszedłem. Wcześniej po śmierci taty chodziłem do kościoła, kiedy był pusty, kiedy nic się tam nie działo. To był duży przełom. I nagle ksiądz na Mszy mówi: „Kto chce oddać życie Jezusowi, niech zrobi to teraz”. A ja poczułem, że tak, muszę to zrobić w tym momencie. Po raz pierwszy świadomie powiedziałem Jezusowi, że chcę, by kierował moim życiem, a On wziął to absolutnie na poważnie. Spadły ze mnie wszystkie ciężary, które przygniatały moje serce.

Z czego Jezus Pana uzdrowił?

Chyba najbardziej ze strachu…

A czego się Pan bał?

Najmocniej tego, że dalej nie ma już nic. Że życie jest tylko formą istnienia białka. Że sprawy, których tutaj nie załatwiłem, już nigdy nie zostaną załatwione. Bałem się, jak dalej będzie wyglądało moje życie bez taty. Jezus wyzwolił mnie z największych lęków. Uczę się wciąż poruszać w zaufaniu do Pana Boga.

Czym jest to zaufanie?

Czymś bardzo trudnym, bo wymaga pokory, a tego często mi brakuje. To jest jak rozłożenie ramion i rzucenie się w dół. Z wiarą, że Bóg się wszystkim zajmie. I mam doświadczenie, że kiedy zawierzam Mu życie, to On nie tylko zaczyna mnie prowadzić, ale zaskakuje mnie w tym niewyobrażalnie. Daje dużo więcej, niż proszę i oczekuję.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

TAGI| RODZINA

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9