Buty na talerzu, ognie na choince

– U nas nie było wigilii. To był normalny dzień przygotowań. Wszyscy się krzątali i szykowali do świąt – mówi Brygida Kasprzycka.


Na terenie Warmii i Mazur istniał przez wieki kanon bożonarodzeniowych rytuałów, pielęgnowanych przez tutejszą ludność. Wszystko jednak zmieniło się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, kiedy większość Warmiaków i Mazurów stąd wyemigrowała. Jednocześnie przybyli ludzie z innych stron, przywożąc ze sobą nowy świat symboli i tradycji. Tak spotykają się dziś w archidiecezji warmińskiej bardzo różne zwyczaje świąteczne.


Musiało starczyć do zimy


Jedną z grup stanowią Mazurzy, którzy od XIV wieku osiedlali się w Prusach Wschodnich. Większość z nich przyjęła wyznanie ewangelickie. Pozostała jednak także grupa Mazurów, którzy są katolikami.
Do takiej właśnie rodziny należy Brygida Kasprzycka z Nadrowa, małej wioseczki położonej kilka kilometrów od Olsztynka. Tu się urodziła i do dziś mieszka z córką Agnieszką i jej rodziną. – Nasza wioska składała się zawsze z niewielkiej liczby domostw. Rodzicie mieli nieduże gospodarstwo. Kiedy byłam dzieckiem, w domu mówiliśmy po niemiecku. Dopiero po II wojnie światowej uczyliśmy się polskiego – wspomina.


W jej pamięci zachowały się wspomnienia z wczesnych lat życia. – Za czasów mojego dzieciństwa w naszej wiosce nie było prądu, więc siedzieliśmy przy lampach naftowych. Dziś są telewizja i komputery, a my nie mieliśmy takich pokus i byliśmy zdani na samych siebie. Każdy miał jakiś zakres zadań w gospodarstwie. Ja zajmowałam się ogródkiem i doglądaniem drobiu i bydła – wymienia pani Brygida.


Przygotowanie potraw na świąteczny stół rozpoczynało się już właściwie zebraniem przetworów w okresie letnim. To, co przygotowało się latem, musiało starczyć na zimę. Nie było lodówki, ale jej funkcję spełniała ziemianka. W tym spichlerzu składano przetwory i uwędzone wcześniej mięso.
Jednym z elementów świątecznych przygotowań było świniobicie. Byli za nie odpowiedzialni dziadek i bracia pani Brygidy. Nic się nie marnowało i było skrzętnie wykorzystane.


Wymarzone trzewiki


– U nas nie było wigilii. To był normalny dzień przygotowań. Wszyscy się krzątali i szykowali do świat. Sprzątaliśmy dom, prasowaliśmy i tak dalej. Wszyscy się uwijali, bo w pierwszy dzień Bożego Narodzenia nie można było wziąć do ręki nawet igły – mówi mieszkanka Nadrowa.
Był jedynie zwyczaj wspólnego śpiewania kolęd w wigilijny wieczór. Wtedy wszyscy zbierali się w izbie i przy lampie rozpoczynał się wspólny śpiew. Pani Brygida pamięta, że do ich domu przychodziła jedna z sąsiadek, pani Wiśniewska, która pięknym głosem śpiewała „Cichą noc”. Nie było dzielenia się opłatkiem. Dopiero po wojnie zaczęto w rodzinie Kasprzyckich wprowadzać tę tradycję. – Mój dziadek miał taki zwyczaj, że co roku lepił z mąki figury zwierząt, które były w naszym gospodarstwie i je wypiekał. Potem musieliśmy je zjeść, co miało zagwarantować dobrobyt na następny rok – wyjaśnia pani Brygida.
Zwyczaj uczestniczenia w Pasterce w jej rodzinie nie był znany. Może dlatego, że do kościoła było dość daleko. Jednak obowiązkowa była wyprawa na uroczystą Mszę św. w pierwszy dzień świąt.

Stałym elementem wystroju bożonarodzeniowego była również choinka. Nie można jej było jednak przystroić wcześniej jak w sam wigilijny wieczór. Było to zadanie dla dzieci. Wieszano na niej jabłka, pierniki, cukierki i bombki. – W naszym domu na choince wieszano także świeczki i zimne ognie. Z tego powodu nie raz mieliśmy płonącą choinkę w domu – śmieje się nadrowianka.
Pani Brygida do dziś wiesza świeczki na bożonarodzeniowym drzewku. Dzieci czekały, oczywiście, na prezenty. W wigilijny wieczór wszyscy stawiali talerze pod choinką i czekali, aż Pan Jezus, Chriskind, je wypełni. Oczekiwanie trwało do rana. Dzieci często wstawały w nocy, aby sprawdzić, czy są już prezenty. Po przebudzeniu wszyscy biegli zobaczyć, co tym razem znalazło się na talerzu.

– Prezenty z mojego dzieciństwa były proste: słodycze i coś, co było w danym roku potrzebne dziecku. Moja mama bardzo dbała o nas i czuwała, żeby każdy miał odpowiednie ubranie. Pamiętam, że pewnego roku miałam bardzo zniszczone trzewiki. Poszłam za stodołę i bardzo płakałam z tego powodu. Prosiłam Pana Boga, żebym dostała na Boże Narodzenie nowe. Dziadek o tym wiedział i za jego przyczyną na talerzu wylądowały nowe, przez niego zrobione trzewiki – wspomina Brygida.


Centralnym momentem świąt był u Mazurów uroczysty obiad. Wtedy też nie odwiedzano sąsiadów. Cały dzień poświęcony był rodzinie. – Moja mama czytała dużo książek i wieczorem opowiadała nam różne historie. Wszyscy siadaliśmy wokół niej i z otwartymi buziami słuchaliśmy. A potrafiła pięknie to robić. Dziadek natomiast był specjalistą od mazurskich wierszyków i przyśpiewek – mówi gospodyni z Nadrowa. I choć nie było wtedy światła, telewizji i komputerów, to czas spędzony w Boże Narodzenie w rodzinnym gronie wyrył się w pamięci jako chwile ciepłe i piękne.


«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
29 30 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 31 1 2
3 4 5 6 7 8 9