Bóg wśród Pigmejów

Kilkuletni chłopak częstuje mnie wbitymi na patyk termitami. W tym samym czasie inne dziecięce rączki wygrzebują owady z ziemi. To wielki przysmak pigmejskich dzieci. Usmażone na ogniu smakują jak chipsy.

Ceglastoczerwona ścieżka wbija się w zieleń lasu. Idziemy otoczeni gromadką maluchów. Wypłowiałe włosy świadczą o ich niedożywieniu. Mijamy drobne kobiety dźwigające kosze wypełnione drewnem na opał i owocami palmy, z których wycisną olej. Pot płynie im strużkami po czołach. Gdy zatrzymują się na odpoczynek, z trudem próbuję podnieść jeden z koszy. Pigmejskie kobiety bardzo ciężko pracują, przynosząc z lasu kilkudziesięciokilogramowe ciężary. Codziennie pokonują po kilkanaście kilometrów w jedną stronę. Rezerwa, z jaką nam się przyglądają, maleje, gdy misjonarz w pigmejskim języku aka tłumaczy im, że jesteśmy gośćmi wspierającymi ich szkołę i szpital. Gdy zaczynam nadmuchiwać kolejne balony z logo „Małego Gościa Niedzielnego”, dając je oczarowanym tym widokiem dzieciom, wiem, że wkupiliśmy się w ich łaski.
 

W królestwie ludzi lasu

Nagle wyrasta przed nami zielona ściana nieprzeniknionej dżungli, na której skraju leży osada. To królestwo ludzi lasu. Pigmeje znają tu każdą ścieżkę. Od wieków busz jest ich domem: daje schronienie, karmi, leczy. Żyją na marginesie społeczeństwa. Ich kultura, zwyczaje, styl życia nie zmieniły się od tysiącleci. Pierwsze informacje o Pigmejach pojawiły się 2500 lat przed Chrystusem. Egipski książę Herkulf, wracający z wyprawy do serca Afryki, odkrył „lud żyjący na drzewach, lud dziwnie mały, który oddawał cześć swojemu bogu dziwnym tańcem”.

Towarzyszący nam Hugues nie musi długo prosić, by leżące na ziemi bębny nagle ożyły. Wprawne ręce wybijają rytm nzenge, rytualnego tańca ku czci ducha lasu, znanego tylko Pigmejom. Tańce i śpiewy przy akompaniamencie tam-tamów wchodzą w zakres magii i rytuałów, a w ich misterium wprowadzane są już najmłodsze dzieci. Mijam kolejne maleńkie chaty z liści. Kobiety, siedząc na ziemi, wyciskają ręcznie olej z ziaren palmy i ubijają liście manioku, przygotowując wieczorny posiłek, przeważnie jedyny w ciągu dnia. Używają do tego czegoś na kształt drewnianego moździerza. Jedna z nich pokazuje mi, jak uderzać, by rozbić na miazgę liście służące do przygotowania sosu.

Bieda aż piszczy. Wysłużony garnek, pojemnik na wodę, drewniany moździerz – to cały dobytek, nie licząc zużytego do granic możliwości łachmana na grzbiecie. Maluchy często „ubrane” są tylko w różaniec. Przyglądam się, jak chłopak zwykłą żyletką obcina włosy kolejnym dzieciom. Przed jedną z chat siedzi zgrzybiała staruszka. Moje zdziwienie jest ogromne, gdy słyszę, że ma najwyżej 40 lat. Wygląda na dużo starszą.


Mężczyzn prawie nie widać. Są w dżungli. Wrócą przed zmrokiem. Polują, łowią ryby, zbierają będące źródłem białka gąsienice i termity oraz dziki miód. Pożywienie jest bardzo ubogie, dlatego też i dzieci nie próżnują, polując na „kolację” za pomocą procy czy dzidy. Wszystko, co się rusza, a wiadomo, że nie jest trujące, nadaje się do zjedzenia: mysz, szczur, żółw, lis. Maluchy cieszą się, gdy po deszczach termity wyfruwają ze swoich kopców – wtedy łatwo je zebrać. Bo żeby wygrzebać je z kryjówki, trzeba się napracować. Ten lud, który ma wciąż najprymitywniejszą gospodarkę zbieracko-łowiecką, powoli skazany jest na wyginięcie. W kraju, w którym instytucje państwa praktycznie nie istnieją, prowadzona jest rabunkowa gospodarka. Z każdym rokiem giną całe połacie lasu, a więc kurczy się teren, na którym Pigmeje mogą żyć. Jeśli nie przystosują się do osiadłego trybu życia, do hodowli i rolnictwa, to wkrótce w lesie nie będą mieli czego szukać. Są naprawdę zagrożonym ludem.
 

Szpital w dżungli

Posługa misyjna na tym terenie Republiki Środkowoafrykańskiej rozpoczęła się w 1998 roku.

Wśród Pigmejów w wiosce Zomea zamieszkał wówczas ks. Marek Muszyński. Po dwóch latach dołączył do niego obecny proboszcz ks. Mieczysław Pająk i centrum misji przeniosło się do Bagandou, gdzie mimo niesprzyjających wojennych warunków znajduje się do dziś. Obejmująca 30 wiosek i pigmejskich osad parafia zajmuje teren 8 tys. km kw., czyli więcej niż diecezja tarnowska, z której pochodzą misjonarze. Większość terenu to dżungla, w której nie ma żadnych dróg. – Wciąż są osady, do których nie dotarł żaden kapłan – mówi ks. Pająk. Głoszenie Ewangelii wśród Pigmejów nie jest prostą sprawą. Niski stopień rozwoju tych ludzi spowodowany jest odwiecznym niewolnictwem. – Przez Środkowoafrykańczyków uważani są za gorszy gatunek ludzi i od zawsze są od nich zależni, godzą się na wyzysk i ciężką pracę za chociażby papierosa – mówi misjonarz. Wskazuje, że próba obalenia tych niesprawiedliwości wprowadza pewien zamęt w odwiecznym międzyplemiennym porządku. By go zmienić, trzeba będzie wielu lat. Ogromnym problemem są też czary i zabobony, które z trudem przezwycięża Ewangelia. – Wśród Pigmejów mamy tylko dwóch katechistów; nie garną się, by być liderami w formowaniu wiary swych współplemieńców. Ale za to w osadach pigmejskich jest więcej małżeństw sakramentalnych niż wśród chrześcijan wioskowych. Dzieje się tak, ponieważ dorośli, którzy przyjmują chrzest, muszą uregulować swą sytuację rodzinną – opowiada misjonarz.

Praktycznie od początku swej posługi misjonarze zrozumieli, że Pigmeje potrzebują wykwalifikowanej opieki medycznej. Nie mając środków na opłacenie państwowych szpitali, leczyli się ziołami i naparem z kory, a w przypadku poważniejszych chorób skazani byli na śmierć. Tak w miejscu wykarczowanej dżungli powstał szpital w Bagandou. – W wielu wypadkach mają do wyboru nas albo pewną śmierć. To nie są górnolotne słowa, ale nasza codzienność – mówi Elżbieta Wryk, która przez lata zarządzała szpitalem. Działał nawet wtedy, gdy przez kraj przetaczała się krwawa rebelia. Chronili go wówczas pielęgniarze, mówiąc, że wolą umrzeć, niż oddać swój szpital. Ela została w Bagandou, gdy zobaczyła niszczejący szpital. Placówka wzniesiona wysiłkiem wielu ludzi popadała w ruinę, ponieważ nie miał nią kto zarządzać. – Przyjechałam na dwa lata, zostałam siedem – dopowiada. Za swój ogromny sukces uważa to, że pracownicy mówią: to jest nasz szpital. Gdy przyszła rebelia, sami zorganizowali ochronę i w dzień, i w noc przez pięć miesięcy strzegli szpitala i misji. – Nikt im tego nie kazał, nikt im za to nie płacił. Pomogli nam też wynieść ze szpitala i ukryć po domach ogromny transport leków, który otrzymaliśmy tuż przed wojną – opowiada misjonarka. – To był ważny moment. Zrozumieli, że nie jest to szpital białych, ale ich. Z każdym rokiem mogłam im coraz bardziej zaufać i powierzać coraz większą odpowiedzialność – dodaje. Najbliższy państwowy szpital oddalony jest o 60 km stąd. Za każdą rzecz trzeba tam zapłacić: poczynając od plastra i gazika, a na lekach kończąc. Tu Pigmeje płacą symboliczne 100 franków, co odpowiada 70 polskim groszom czy trzem bananom. Dają, jeśli mają. Zawsze tyle samo, niezależnie od tego, ile kosztuje ich leczenie. Personel wykształcony to felczer i położna oraz 15 pielęgniarzy, którzy swe kwalifikacje zdobywali przy łóżku chorego.

«« | « | 1 | 2 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10