W Gdańsku stale około 600 osób nie ma dachu nad głową. W ciągu dnia można ich spotkać na Starym Mieście. Proszą o jałmużnę. Na parkingach przy supermarketach proponują odprowadzenie wózka. Noce spędzają w prowizorycznych szałasach w miejskich parkach, altankach, na dworcach, czasem w noclegowni. Żyją obok, a często są niezauważani.
O tym problemie myśli się stereotypowo: że tak chcieli, że wybrali taki styl życia, że taka ich decyzja. – To bzdura – mówi Mariusz Wilk z Towarzystwa Pomocy im. Brata Alberta z Gdańska, pedagog i terapeuta na co dzień pracujący z bezdomnymi. – Nikt z ludźmi, z którymi pracowałem, nie decydował się na taki krok. Nikt z nich tak naprawdę nie chciał takiego losu. Ale w ich życiu nastąpił splot wielu różnych okoliczności, które w konsekwencji doprowadziły do takiego stanu. Często w domu nie nauczyli się, jak dbać o siebie, nie zdobyli umiejętności dobrego, wartościowego patrzenia na siebie, dostrzegania swoich zalet i możliwości, ani radzenia sobie z trudnościami, które piętrząc się, spowodowały, że w pewnym momencie stracili wszystko – wyjaśnia.
Egzystencjalny minimalizm
Niemożliwe jest wyjście z bezdomności o własnych siłach. Potrzebna jest pomoc, ale mądra pomoc, bo im dłużej się w niej trwa, tym trudniej to zmienić. Szacuje się, że po 8 latach, zaledwie 2–3 proc. jest w stanie z niej wyjść. To stan, który w jakiś sposób uzależnia. Paradoksalnie pomoc, jaką okazuje się w odruchu serca, dając proszącemu pieniądze lub jedzenie, odnosi skutek przeciwny do zamierzonego. – Jeśli dam pieniądze, to mogę mieć pewność, że utwierdzę proszącą osobę w jej stanie. Będzie się ona coraz bardziej przywiązywać do myśli, że jej sposób życia jest dobry, bo wystarcza na jej potrzeby, nie podejmie pracy, by coś zmienić – mówi M. Wilk. – To, co można naprawdę dla bezdomnego zrobić, to wskazać adres placówki, pod którym otrzyma pomoc – dodaje. Odesłanie np. do jadłodajni zmusza do podjęcia działania, czynnego wysiłku, bo posiłki są wydawane o konkretnej porze. Taka osoba musi podjąć decyzję, zmobilizować się, by coś zmienić. – Mogę być postrzegany jako człowiek o kamiennym sercu. Ale jestem mocno przekonany, że jeżeli na ulicy zaspokoimy podstawową potrzebę, to osoby, żyjące tam, tam zostaną – podkreśla Mariusz Wilk.
Dom dla bezdomnego
Towarzystwo Pomocy im. św. Brata Alberta w listopadzie otworzyło w Przegalinie dom wspólny. Wcześniej przez wiele lat było tutaj schronisko dla bezdomnych. – To specyficzne miejsce. Samo mieszkanie tu jest formą resocjalizacji – mówi Wiesława Ba, odpowiedzialna za placówkę. Mieszka tu 14 mężczyzn, w większości starszych, którzy wiele lat życia spędzili na ulicy. Teraz odpowiadają za to miejsce. – Przekazaliśmy pod ich opiekę dom, w którym są w pełni samodzielni. Znaczy to, że sami muszą o wszystko zadbać. Nie ma tutaj wydawanych posiłków, panowie sami dla siebie gotują, uczą się gospodarować pieniędzmi, brać odpowiedzialność za zużycie mediów. Każdy z nich, ze względu na stan zdrowia ma niewielkie świadczenie socjalne, dodatkowo część z nich ma pracę w mieście. Tworzą dom, w którym przywraca się nadzieję – mówi kierowniczka.
Mieszkańcy sami się pilnują, wiedzą, że nie mogą tutaj pić. Czują się odpowiedzialni za to miejsce. Dbają o czystość, rąbią drewno, posadzili na polu wiklinę. Przy domu tworzą daliowy ogród. Mają psy, papużkę i... świnkę wietnamską. Każdy ma wyznaczony jakiś rewir, o który dba. Tworzą pierwszy raz od wielu lat własny dom.
– Jeżeli się dużo rozmawia, dotrze się do człowieka, to naprawdę można z niego wyciągnąć to, co najlepsze. Na początku nie wiedziałam, jak to będzie, czy damy radę z remontem, ale na początek znalazło się dwóch panów, którzy chcieli pomóc. Potem dołączyli inni. Potrzebny był tylko ten pierwszy impuls – mówi Wiesława.
Strata domu
Mietek jest bezdomny od 10 lat. Z wykształcenia ślusarz mechanik maszyn przemysłowych. W Przegalinie zajmuje się psem, gotuje też obiady. Wie, że za rozstanie z żoną, od którego rozpoczęła się jego tułaczka, nie tylko ona odpowiada. Wspomina, jak trzy lata wcześniej, nocując w altance, tak odmroził stopę, że trzeba było ją amputować. Do tej pory noga się nie goi, przez co może wykonywać tylko niektóre prace – Tutaj mam swój kąt, czuję się swobodnie. Chcę dbać o to, co mam. Ja się tutaj dobrze czuję, tu jest cisza i spokój – mówi.
Razem z Mietkiem mieszka Andrzej, jest już po 70. W wieku 19 lat został spawaczem, pracował w stoczni, zakochał się. Wszystko było pięknie, aż do wypadku, po którym nie mógł już wrócić do swojej pracy. Po miesiącach rehabilitacji znalazł pracę w pegeerze, z żoną dostali nawet mieszkanie służbowe w Gdańsku. Coś między nimi zaczęło się psuć, było coraz gorzej, zakończyło się rozwodem. – Zaczęło się życie na kwaterach i alkohol w dużych ilościach. To nie było życie, prawie wszystko szło na alkohol – przyznaje. Od 1986 roku miał wiele mrocznych momentów, gdy całkowicie tracił nadzieję, nie miał swojego miejsca, nie miał co jeść, miał kłopoty ze zdrowiem. Trzy lata temu, dzięki pomocy pani z MOPR-u trafił do schroniska Towarzystwa i już w nim został. Dziś czuje się odpowiedzialny za cały dom w Przegalinie, podejmuje w nim każdą pracę, z uśmiechem przyznaje, że jest prawą ręką kierowniczki.
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
W Australii dzieci przystępują do bierzmowania przed pierwszą komunią.
Dla lokalnych chrześcijan kluczowym problemem jest dziś przetrwanie pod względem finansowym.
Powinno Jej się oddać honory królewskie, bo Ona prowadzi nas do swojego Syna.