Z ich pomocą ks. Kaczkowski radził sobie także z perspektywą śmierci i tym, że nie wszyscy w jego otoczeniu potrafili przyjąć, jak ciężko jest chory.
Dla Francuzów umiejętność szybkiej i celnej riposty jest jedną z najbardziej cenionych oznak inteligencji, nieodłącznym elementem eleganckiego poczucia humoru oraz powodem do szacunku wobec partnera dialogu. Rozmowa ma być jak szermierka, wymiana słów ma przypominać rozbłyskujące w powietrzu ciosy szpadami, a że czasem naruszona zostanie czyjaś nietykalność? Cóż, takie jest ryzyko tej gry.
Ksiądz Kaczkowski świetnie się czuł w powyższej konwencji, zapewne także dlatego, że z racji niepełnosprawnego ciała nie był w stanie imponować tężyzną fizyczną. Od czego jednak intelekt, umiejętność obserwacji i wyciągania właściwych wniosków? Oczywiście nie bez znaczenia było oczytanie i ogólna biegłość językowa – co prawda, ze względu na stan wzroku, nie przepadał za pisaniem, ale to, co mówił, wskazywało na spory talent w tym zakresie. Wprawdzie posiadanie w głowie skrótu pozwalającego myśli na odbywanie błyskawicznej podróży z głowy na język bywa źródłem problemów, to jeśli potrafi się przeprosić (a ks. Jan na ogół potrafił), pozwala zniwelować przynajmniej częściowo skutki nieprzemyślanych bon motów.
Jego talent do umiejętnego używania języka podsumował precyzyjnie, choć mało parlamentarnie ks. prof. Kloskowski, u którego ks. Kaczkowski jako kleryk zdawał egzamin z filozofii przyrody. Ten ostatni najwyraźniej nie był zbyt dobrze przygotowany, bo dostał trójkę, nas jednak bardziej interesuje komentarz, którym została opatrzona: „Filozofii przyrody to ty, Kaczkowski, nie znasz, ale pieprzyć umiesz” (Wilczyński, s. 134). Wykładowca z pewnością umiał ocenić pierwsze (był świetnym naukowcem) i ewidentnie docenił drugie. Cóż, nie bez powodu o kleryku Janie mawiano w tym przybytku edukacji: „Kaczka płynie i leje wodę” – prawie perpetuum mobile, zwłaszcza egzaminacyjne.
Zresztą ks. Jan z upodobaniem powtarzał anegdotę świadczącą o tym, że otrzymanie święceń także zawdzięczał bon motowi, choć nie własnemu. Otóż na radzie, która podejmowała decyzję o dopuszczaniu diakonów do prezbiteratu, nad tym alumnem zatrzymano się szczególnie długo, głównie ze względu na jego kiepski wzrok. Biorący udział w spotkaniu ks. Jan Perszon szepnął w końcu do siedzącego obok, że daliby chłopakowi wreszcie spokój. Biskup Gocłowski widząc, że toczy się jakaś osobna rozmowa, zapytał wprost szepczącego, co ma do powiedzenia. Ten niewiele myśląc, odparł żartem: „Mam pytanie: a wzrok ma na tyle dobry, że banknoty rozróżnia?”. Kiedy padła twierdząca odpowiedź, oświadczył: „To święcić!” (Wilczyński, s. 148). I tak przy wtórze wybuchu śmiechu temat został zamknięty. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, że w ten sposób ks. Perszon „załatwił” sobie wikarego, z którym na początku niezbyt się dogadywał, więc można powiedzieć, że sam miał okazję przetestować jakość wzroku młodego księdza. I nie tylko wzroku.
Zresztą miał wtedy w parafii dwóch księży obdarzonych niewyparzonymi językami, drugim był Piotr Mazur. Obaj poważnie traktowali kapłaństwo, z powodu czego angażowali się gorliwie w duszpasterstwo. To zaś sprawiało, że polubili się nawzajem, co wyrażało się m.in. w skutecznym dogadywaniu sobie, czasem nawet na liturgii. Bywało, że przekazanie znaku pokoju zamieniało się w wymianę „czułości”: „Pokój tobie, ślepcze!” – „Pokój tobie, grubasie!” (Wilczyński, s. 176). Na szczęście słyszeli to tylko koncelebransi i służba liturgiczna. Docinki te zresztą były dalekim echem czasów seminarium. W nim podczas odmawiania hymnu z nieszporów, w którym pojawia się werset: „Jezu, otoczony rzeszą kalek, ślepców, trędowatych”, przy wspomnieniu o ślepcach alumn Kaczkowski lekko się uśmiechał, a nawet skłaniał. Ciekawe, czy pozostali w chórze zastanawiali się kiedyś, że skoro rola ślepca jest już obsadzona, to im pozostaje któraś z dwóch pozostałych?
Ksiądz Mazur punktował też niektóre kazania kolegi, jak np. to, podczas którego ten wciąż powtarzał zwrot: „intymnie i głęboko”. Po wejściu do zakrystii usłyszał od ks. Piotra: „Janie, intymnie i głęboko to ty możesz pierdolić” (Wilczyński, s. 176).
Celna riposta, wyćwiczona w bojach z drugim wikarym, nieraz okazywała się także przydatna w kontakcie z ludźmi mediów. Niektórzy z nich (ach, ten mechanizm projekcji) przypisywali księdzu z Pucka przesadną miłość do bycia celebrytą. Jeden z dziennikarzy kiedyś rzucił niby od niechcenia: „A czy ksiądz nie ma przypadkiem zbytniego parcia na szkło?”, w odpowiedzi na co usłyszał spokojne: „Nie, proszę pana, ja mam parcie na drewno”. Z całą wyrazistością tę odporność szefa hospicjum na próby wymuszenia, by wpasował się w przygotowaną wcześniej formę – czy to postrzegania siebie przez innych, czy medialną – widać w ostatnim wywiadzie dla „Tygodnika Powszechnego”: ks. Jan: „Nie muszę ci się podobać. Ja generalnie całe życie lubiłem dawać się wykorzystywać”; Błażej Strzelczyk: „Nie mów: lubiłem, mów: lubię”; ks. Jan: „Ty sobie możesz mówić, jak chcesz” (Aby być zbawionym, trzeba najpierw żyć, s. 30). Jasne postawienie granic i jakże proste, choć nie prostackie.
Takie zachowania mogły rodzić zarzuty, że jest zapatrzonym w siebie bufonem, ale charakterystyce tej przeczy chociażby to, że potrafił śmiać się również z samego siebie, nawet z ambony: „W pierwszym czytaniu słyszeliśmy, że owce, czyli my (nie chcę robić podziału, że wy jesteście owce, a ja jestem duszpasterz; nie, ja też jestem owcą, żeby nie powiedzieć: baranem), idziemy w jednym kierunku – ku zbawieniu”. Neguje tę opinię także charakter jego pracy, w tym wymagana w niej wrażliwość na tych, za których czuł się odpowiedzialny, umiejętność ich emocjonalnego „czytania”, które wskazuje na głęboką empatię – potrafił nagle zniknąć z grona oprowadzającego dziennikarzy po hospicjum, bo kątem oka dostrzegł, że jeden z pacjentów gorzej się czuje i może potrzebuje, żeby ktoś z nim porozmawiał. Najlepiej chyba ten paradoks funkcjonowania ks. Kaczkowskiego wyjaśnia jedna z jego współpracowniczek, Katarzyna Kubisiowska: „Jan wiedział, kiedy to jego «ja» może sobie pohulać, a kiedy należy je schować do kieszeni. On swoim ego potrafił pięknie gospodarować” (Wilczyński, s. 269). Dodałabym, że miał do siebie dystans i chyba to decydowało, że nigdy nie sprzedał wewnętrznej wolności, nawet za cenę promocji i wsparcia tego ośrodka. Wypływało to zapewne również z faktu, że był wrażliwy na kwestię „smaku, którym są kości duszy i chrząstki sumienia” (Z. Herbert, Potęga smaku). Nie chciał odsłonić zbyt wiele. Żyłce powiedział wręcz: „Proszę mnie kopnąć w tyłek, jeśli przekroczę granicę”. Uzasadnił to dalej: „Bycie celebrytą jest smutne. […] No, chyba że w moim przypadku słowo celebryta pochodzi od celebry lub celebransa. Wtedy mogę i chcę być nawet arcycelebrytą czy megacelebrytą” (Życie na pełnej petardzie, s. 223).
Za pomocą bon motów radził sobie także z perspektywą śmierci i tym, że nie wszyscy w jego otoczeniu potrafili przyjąć, jak ciężko jest chory. Padały więc w jego stronę stwierdzenia: „Niech ksiądz powie, że z tego wyjdzie! Kiedy?”, które on ironicznie odbijał stwierdzeniem: „Nie wiem, w sierpniu jestem zarobiony, ale może koło października się uda?”. Z kolei w jednym z okresów, kiedy miał bardzo ograniczoną sprawność, opiekujący się nim ojciec rzucił: „No wyciągnij te nogi”, chory zripostował: „Nie tak szybko, jeszcze chciałbym pożyć!”. Nie oznacza to, że rozkoszował się pozycją ofiary – była chyba ostatnią, jaką chciałby zająć. Lubił życie, wysoko cenił związane z nim przyjemności. Jak powiedział w ramach rekolekcji u łódzkich dominikanów, nie dowartościowywał guza zachętami: „Mój glejaczku kochany, rozwijaj się!”, za to na Woodstocku podkpiwał z ograniczeń terapii: „Trzeba by wywalić cały mózg, a umówmy się, to nie byłoby do końca komfortowe”. Jednocześnie skoro już był chory, postanowił z tego faktu wycisnąć wszystko, co możliwe dla hospicjum – nie miał złudzeń, co powtarzał podczas wystąpień, że gdyby nie ta diagnoza, wiele drzwi pozostałoby dla niego zamkniętych.
*
Powyższy tekst jest fragmentem książki "Linoskoczek. Biografia duchowa ks. Jana Kaczkowskiego" autorstwa Elżbiety Wiater. Wydawcą publikacji jest eSPe

Leon XIV spotkał się z przywódcami Kościołów i wspólnot chrześcijańskich.
Decyzja, która ma podkreślić duchowe odrodzenie katedry po latach odbudowy.