Boję się cierpienia

O lęku, nawróceniu i pokorze z o. Markiem Donajem, kapelanem szpitalnym

Piotr Legutko: Kim jest kapelan w szpitalu? Czy tylko człowiekiem od ostatniej posługi?

O. Marek Donaj: Tak jest najczęściej postrzegany, niestety także wśród duchowieństwa. Wielu uważa, że kapelan to funkcja w sam raz dla księdza, który jest już emerytem albo ma jakiś problem. Innymi słowy jest to „ostatnia posługa księdza”, która nie wymaga już niczego prócz dyspozycyjności. Ale młodzi też nie garną się do szpitali. Gdy pytam kleryków w seminarium, kto chciałby tam pracować, zapada cisza.

Dlaczego? Przecież to dla księdza „jednostka frontowa”?

Może za mało mówi się o tym, że jest to jedna z podstawowych, ewangelicznych form posługi. Bo do kogo ma chodzić ksiądz z sakramentem? Do zdrowego? On sam przyjdzie do kościoła. Z drugiej strony ksiądz nawet nie wie, ile sam może na takiej posłudze zyskać. W szpitalu kontakt z ludźmi jest do bólu prawdziwy. Nawet najpiękniejsze kazanie nie będzie miało odbiorcy, jeśli nie będzie poparte konkretnym doświadczeniem. Do szpitala trzeba wchodzić z wielką dozą pokory: idę tu po naukę. Bo ja przecież nie wiem, co to cierpienie. Może kiedyś się dowiem, ale na razie muszę się go nauczyć przez towarzyszenie cierpiącym.

A co Ojca przekonało do bycia kapelanem w szpitalu?

20 lat temu, gdy chodziłem po salach, rozdawałem Komunię, nie patrząc na pacjenta. Szybko, prawie w biegu. Pewnego dnia usłyszałem, jak ktoś mówi: „Niech się ksiądz zatrzyma”. To było w pół do siódmej rano. Szpitalny półmrok. I dalej prośba: „Niech ksiądz coś powie”. Nie bardzo wiedziałem, jak się zachować. Wreszcie zareagowałem pytaniem na pytanie: „Co ja mogę powiedzieć, gdy wokół tyle cierpienia?”. A ten człowiek na to: „Niech ksiądz powie prawdę”. Odpowiedziałem: „Boję się cierpienia”. Potem chodziłem z tym cały dzień, nie mogłem się uspokoić, wróciłem wieczorem. Nie bardzo wiedziałem po co. I wtedy zacząłem z ludźmi rozmawiać. Trzeba było, żebym sobie sam powiedział, czego tu się boję, dlaczego od tych ludzi uciekam. Nie ewangeliczną maksymą, która podniesie mnie na duchu. Potrzebowałem prawdy o nich i o sobie.

Ksiądz w szpitalu też jest w pewnym sensie lekarzem, bo udziela pomocy. Cierpienie bywa nie tylko fizyczne. Czy Ojciec uważa się za lekarza duszy?

Nie nazwałbym siebie lekarzem, ponieważ nie mam metody. Lekarz zazwyczaj wie, co robić w konkretnym medycznym przypadku, ja nie. Każdy człowiek jest inny, każde spotkanie to inne doświadczenie duchowe. To nie jest coś, co można opisać, zamknąć w procedurach. Boję się schematów.

Czego chorzy potrzebują? Obecności? Bliskości? Rozmowy?

Czasem trzeba przy nich zwyczajnie posiedzieć i nic nie mówić. Ważny jest gest, postawa zainteresowania, otwartości. Ludzie często też proszą, żeby po prostu „coś” powiedzieć. A choćby i o pogodzie. Ale tu nie da się tak po prostu pogadać. Spotykam czasem w szpitalu tych samych ludzi po latach. Czas zrobił swoje, choroba zrobiła swoje, zmieniają się, ale doskonale pamiętają, co mówiłem im dziesięć lat temu. Pamiętają słowa, które były dla nich wtedy ważne. A ja ich nie pamiętam, bo nie zdawałem sobie sprawy z wagi tamtych słów. Ale widać były potrzebne.

O czym są te rozmowy. O cierpieniu?

Najczęściej nie o chorobie. Zazwyczaj nie jest to nawet rozmowa, raczej mój monolog. Mówię najczęściej, że nic nie jest stracone, że wszystko, co było, dziś się już nie liczy, że jest szansa powrotu do Boga, i czekam na reakcję. Pacjent jest przykuty do łóżka, ma dużo czasu na myślenie o tych sprawach.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
1 2 3 4 5 6 7