Wszystkie moje dzieci

O duchowej wielodzietności, Bożej redystrybucji dóbr oraz odkryciu miejsca idealnego z Szymonem Hołownią rozmawia Agata Puścikowska.

Siostry robiły, co mogły, żeby mnie zniechęcić: „O, może w nocy podyżuruje pan przy niemowlakach? Bo wie pan, węże wpełzają do sypialni, chcą je zjeść…”. Itd., itp. Bałem się więc tych węży, malarii, dengi, skorpionów. W końcu nauczyłem się odmawiać „psalm antymalaryczny” (91), gdzie wyraźnie jest napisane, że Bóg wybawia człowieka od „zarazy skradającej się w mroku” i „od moru niszczącego w południe”. I mam spokój. (śmiech) Od razu uderzyło mnie, że Kasisi to miejsce, gdzie chrześcijaństwo występuje w stanie czystym. Proporcje modlitwy do pracy, śmiechu do łez, gadania do milczenia, planu do improwizacji są tu idealne. To kochająca się wspólnota sióstr, w pełni odwzajemniona miłość do dzieci. Jeżdżę tam cztery–pięć razy w roku, mam już tam swój domek. Każde wyrwanie się do Kasisi to dla mnie rekolekcje.

Ale co tak naprawdę powoduje facetem, który osiągnął niemal wszystko, a kilka razy w roku lata do Afryki, by ciężko pracować?

Egoizm. Ja po prostu już wiem, że oni znacznie więcej mi dają niż ja im. Więc jeżdżę, żeby po prostu garściami od nich brać. Jasne, że też załatwiam, kupuję, odwiedzam, planuję. Kasisi jest idealnym miejscem również do pracy, bo tu każda zainwestowana minuta od razu przynosi optymalne efekty. Nic się nie marnuje. Siostry są zresztą z tego znane, że nie dysponując wielkimi pieniędzmi, wypracowały sobie opinię jednego z najlepiej działających tego typu miejsc w tej części Afryki. Do Kasisi trafiają zagraniczni goście: George W. Bush, księżniczka Anna, przyjeżdżają załogi linii lotniczych, biznesmeni. Co zrobić, żeby oprócz łez, słów wsparcia i oklasków zostawiali nam coś jeszcze? Tak powstał sklepik z pamiątkami. Dzieciaki znakomicie malują, wykonują różne drobiazgi, a nasi goście na koniec zwiedzania prowadzeni są do sklepiku. No i wtedy nie ma wyjścia, czują, że muszą nam jednak coś zostawić. (śmiech)

Zastanawiam się, dlaczego „muszą”, a nie „chcą”.

Wiesz, gdy goście umawiają się na wizytę, zwykle pada hasło: „O, bo myśmy chcieli zobaczyć dzieci”. Czasem ostatkiem sił powstrzymujesz się, żeby wyjaśnić, że to jednak nie jest zoo. Ale OK, przyjeżdżają. I po pierwszym kontakcie z dzieckiem mają łzy w oczach. Byliby gotowi podzielić się z nim wszystkim. Ale po sekundzie włącza się inna myśl: „Nie kieruj się emocjami, przecież wszędzie jest bieda, i tak nie zbawisz świata, spokojnie”. To moim zdaniem klasyczne szatańskie kuszenie, robota jak z Księgi Rodzaju. Chore wyolbrzymienie zastępuje konkret. Masz dziecko, któremu kilkadziesiąt twoich dolarów może tu i teraz uratować życie. Ale ty, zamiast wyciągnąć portfel, pogrążasz się w zadumie, że co to za świat, co to za Bóg, który dopuszcza takie rzeczy. I że wiele milionów potrzeba na wszystkie cierpiące dzieci, i że może kiedyś, jak wygrasz w totka, to im wszystkim dasz. Ale nie teraz. I mamy temat z głowy.

Więc jak zamierzasz prowadzić fundację, która wspiera dzieciaki?

Przekonałem się już, że nie ma sensu prosić ludzi bogatych, oni zawsze tak strasznie się boją o każdą złotówkę, wygłaszają wykłady o tym, że ludziom trzeba dawać wędkę, a nie rybę. „Świetnie – odpowiadam – będziesz dawał stypendia, ale na razie pomóż mi sprawić, by dzieciaki dożyły momentu, w którym z twoich stypendiów będą mogły skorzystać”. Chciałbym wszystkim przywrócić poczucie, że zmienianie świata naprawdę jest w ich zasięgu i że może być przyjemne. Postanowiłem więc skupić się na tzw. crowdfundingu – proszeniu wielu o niewiele. W internecie działają setki stron, na których ludzie zbierają drobne datki na najbardziej absurdalne pomysły – chłopak zebrał dwa miliony dolarów na swoją podróż na Marsa, każdy wpłacał mu dolara, pięć dolarów, drobne sumy. Więc i ja proszę teraz: nie napinaj się i nie dawaj mi pięciuset złotych, no chyba, że bardzo chcesz. (śmiech) Nie rujnuj się, daj mi z tego, co ci zbywa. Dychę, dwie. Albo pięć, jeśli cię stać. Równowartość kilku kaw i ciastka. Ale daj mi je co miesiąc, złóż zlecenie stałe, tak bym wiedział, że mam stałą pulę pieniędzy na jedzenie i mogę skupić się na niezbędnych remontach albo zapłacić pensję pielęgniarce. Koszt jedzenia dla jednego dziecka (pięć posiłków dziennie) to dwieście złotych miesięcznie. Może zrzucisz się ze znajomymi? Dasz siłę dziecku, które będzie kiedyś kochającym ojcem, matką, dziadkiem, babcią, zmienisz życie dziesiątek albo i setek osób na pokolenia. Tak to działa! Proszę też ludzi o „crowdfunding” modlitewny – jeden akt strzelisty w intencji sióstr i dzieci dziennie. I emocjonalny – jeden „lajk” na Face- booku, który nie kosztuje nic, a naszym dzieciom sprawia wielką radość, gdy widzą, jak rośnie liczba ich przyjaciół.

Twoje dzieci... Wygląda na to, że jesteś bardziej wielodzietny niż ja.

Z tobą ciężko iść w zawody… (śmiech) Ale to prawda, siostry na każdym kroku przypominają mi, że jestem już statecznym mężczyzną, że skoro mam 250 dzieci, to oznacza poważne obowiązki itd.

«« | « | 1 | 2 | 3 | 4 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
30 31 1 2 3 4 5
6 7 8 9 10 11 12
13 14 15 16 17 18 19
20 21 22 23 24 25 26
27 28 29 30 1 2 3
4 5 6 7 8 9 10