Wszystkie moje dzieci

Agata Puścikowska

GN 32/2013 |

publikacja 08.08.2013 00:15

O duchowej wielodzietności, Bożej redystrybucji dóbr oraz odkryciu miejsca idealnego z Szymonem Hołownią rozmawia Agata Puścikowska.

Szymon Hołownia z małym Szymonem z Zambii archiwum fundacji kasisi Szymon Hołownia z małym Szymonem z Zambii

Agata Puścikowska: Przedstawisz nam Szymona?

Szymon Hołownia: Szymon ma około roku. Widziałaś jego spojrzenie? Słowo daję, że jego zdjęcie na nocniku oprawię kiedyś w ramki i podpiszę: „Przyszły Prezydent Zambii”. (śmiech) Rozwija się dobrze i, co najważniejsze, nie ma HIV. Do Kasisi przyniosła go krewna babci, jego matka nie żyje, o ojcu nic nie wiadomo. Tydzień temu wróciłem z Zam- bii, byłem przy kolejnym przyjęciu – babcia i ciotka przyniosły kilkumiesięczną dziewczynkę, której kilka dni wcześniej zmarła matka. Wciąż na mnóstwo rzeczy nas nie stać, ale jedno postaramy się jej zapewnić: będzie miała dzieciństwo. Kiedy o tym mówię, przypomina mi się Francis, chłopak, który trafił do nas 2 lata temu. Miał 16 lat, ważył 18 kg, był zniszczony przez AIDS, byliśmy pewni, że zaraz umrze. Ochrzciliśmy go, siostry stawały na rzęsach, żeby niczego mu nie brakowało. W Kasisi po raz pierwszy w życiu mógł poczuć, co to jest beztroska, bezwarunkowa miłość. Dziś zajada się wręcz dzieciństwem, które mu odebrano. Poszedł do szkoły, zbudował świetne relacje z kolegami, jest jak anioł – zawsze uśmiechnięty, uczynny, pogodny. Modlimy się, by został z nami jak najdłużej. Jego serce jest coraz mniej wydolne, przeszczepu chłopakowi z AIDS nikt nie zrobi, Franek każdą noc spędza dziś z aparatem tlenowym. Patrzę na niego i serce mi pęka, bo gołym okiem widać, że on jest już gotowy, żeby odejść. Wystarczyły mu dwa lata, żeby zostać świętym, ale wszyscy w Kasisi tak bardzo go kochamy, że nie wyobrażamy sobie tego, że kiedyś go zabraknie.

„My”, czyli właściwie kto?

„My” mówię awansem, na wyrost… Dom dziecka w Kasisi, koło Lusaki, stolicy Zambii, prowadzą siostry ze Zgromadzenia Służebniczek Starowiejskich. Pięć z nich to Polki, dwie – Zambijki. W tej chwili w domu jest 250 dzieci, znaczna część ma HIV (lub już AIDS), gruźlicę, wady wrodzone, anemię, zdarza się malaria. Trafiłem do Zambii jakieś trzy lata temu, przez dziennikarską ciekawość. Mój kolega, ks. Kazimierz Sowa, jeździł po Afryce z kolegą misjonarzem, i ten zawiózł go do Kasisi. Kazek opowiadał o tym miejscu, jak świetnie jest zorganizowane, więc poszedłem za impulsem i zadzwoniłem do sióstr, że też chcę przyjechać i zobaczyć.

Siostry robiły, co mogły, żeby mnie zniechęcić: „O, może w nocy podyżuruje pan przy niemowlakach? Bo wie pan, węże wpełzają do sypialni, chcą je zjeść…”. Itd., itp. Bałem się więc tych węży, malarii, dengi, skorpionów. W końcu nauczyłem się odmawiać „psalm antymalaryczny” (91), gdzie wyraźnie jest napisane, że Bóg wybawia człowieka od „zarazy skradającej się w mroku” i „od moru niszczącego w południe”. I mam spokój. (śmiech) Od razu uderzyło mnie, że Kasisi to miejsce, gdzie chrześcijaństwo występuje w stanie czystym. Proporcje modlitwy do pracy, śmiechu do łez, gadania do milczenia, planu do improwizacji są tu idealne. To kochająca się wspólnota sióstr, w pełni odwzajemniona miłość do dzieci. Jeżdżę tam cztery–pięć razy w roku, mam już tam swój domek. Każde wyrwanie się do Kasisi to dla mnie rekolekcje.

Ale co tak naprawdę powoduje facetem, który osiągnął niemal wszystko, a kilka razy w roku lata do Afryki, by ciężko pracować?

Egoizm. Ja po prostu już wiem, że oni znacznie więcej mi dają niż ja im. Więc jeżdżę, żeby po prostu garściami od nich brać. Jasne, że też załatwiam, kupuję, odwiedzam, planuję. Kasisi jest idealnym miejscem również do pracy, bo tu każda zainwestowana minuta od razu przynosi optymalne efekty. Nic się nie marnuje. Siostry są zresztą z tego znane, że nie dysponując wielkimi pieniędzmi, wypracowały sobie opinię jednego z najlepiej działających tego typu miejsc w tej części Afryki. Do Kasisi trafiają zagraniczni goście: George W. Bush, księżniczka Anna, przyjeżdżają załogi linii lotniczych, biznesmeni. Co zrobić, żeby oprócz łez, słów wsparcia i oklasków zostawiali nam coś jeszcze? Tak powstał sklepik z pamiątkami. Dzieciaki znakomicie malują, wykonują różne drobiazgi, a nasi goście na koniec zwiedzania prowadzeni są do sklepiku. No i wtedy nie ma wyjścia, czują, że muszą nam jednak coś zostawić. (śmiech)

Zastanawiam się, dlaczego „muszą”, a nie „chcą”.

Wiesz, gdy goście umawiają się na wizytę, zwykle pada hasło: „O, bo myśmy chcieli zobaczyć dzieci”. Czasem ostatkiem sił powstrzymujesz się, żeby wyjaśnić, że to jednak nie jest zoo. Ale OK, przyjeżdżają. I po pierwszym kontakcie z dzieckiem mają łzy w oczach. Byliby gotowi podzielić się z nim wszystkim. Ale po sekundzie włącza się inna myśl: „Nie kieruj się emocjami, przecież wszędzie jest bieda, i tak nie zbawisz świata, spokojnie”. To moim zdaniem klasyczne szatańskie kuszenie, robota jak z Księgi Rodzaju. Chore wyolbrzymienie zastępuje konkret. Masz dziecko, któremu kilkadziesiąt twoich dolarów może tu i teraz uratować życie. Ale ty, zamiast wyciągnąć portfel, pogrążasz się w zadumie, że co to za świat, co to za Bóg, który dopuszcza takie rzeczy. I że wiele milionów potrzeba na wszystkie cierpiące dzieci, i że może kiedyś, jak wygrasz w totka, to im wszystkim dasz. Ale nie teraz. I mamy temat z głowy.

Więc jak zamierzasz prowadzić fundację, która wspiera dzieciaki?

Przekonałem się już, że nie ma sensu prosić ludzi bogatych, oni zawsze tak strasznie się boją o każdą złotówkę, wygłaszają wykłady o tym, że ludziom trzeba dawać wędkę, a nie rybę. „Świetnie – odpowiadam – będziesz dawał stypendia, ale na razie pomóż mi sprawić, by dzieciaki dożyły momentu, w którym z twoich stypendiów będą mogły skorzystać”. Chciałbym wszystkim przywrócić poczucie, że zmienianie świata naprawdę jest w ich zasięgu i że może być przyjemne. Postanowiłem więc skupić się na tzw. crowdfundingu – proszeniu wielu o niewiele. W internecie działają setki stron, na których ludzie zbierają drobne datki na najbardziej absurdalne pomysły – chłopak zebrał dwa miliony dolarów na swoją podróż na Marsa, każdy wpłacał mu dolara, pięć dolarów, drobne sumy. Więc i ja proszę teraz: nie napinaj się i nie dawaj mi pięciuset złotych, no chyba, że bardzo chcesz. (śmiech) Nie rujnuj się, daj mi z tego, co ci zbywa. Dychę, dwie. Albo pięć, jeśli cię stać. Równowartość kilku kaw i ciastka. Ale daj mi je co miesiąc, złóż zlecenie stałe, tak bym wiedział, że mam stałą pulę pieniędzy na jedzenie i mogę skupić się na niezbędnych remontach albo zapłacić pensję pielęgniarce. Koszt jedzenia dla jednego dziecka (pięć posiłków dziennie) to dwieście złotych miesięcznie. Może zrzucisz się ze znajomymi? Dasz siłę dziecku, które będzie kiedyś kochającym ojcem, matką, dziadkiem, babcią, zmienisz życie dziesiątek albo i setek osób na pokolenia. Tak to działa! Proszę też ludzi o „crowdfunding” modlitewny – jeden akt strzelisty w intencji sióstr i dzieci dziennie. I emocjonalny – jeden „lajk” na Face- booku, który nie kosztuje nic, a naszym dzieciom sprawia wielką radość, gdy widzą, jak rośnie liczba ich przyjaciół.

Twoje dzieci... Wygląda na to, że jesteś bardziej wielodzietny niż ja.

Z tobą ciężko iść w zawody… (śmiech) Ale to prawda, siostry na każdym kroku przypominają mi, że jestem już statecznym mężczyzną, że skoro mam 250 dzieci, to oznacza poważne obowiązki itd.

Gdy ma się dzieci w Afryce, inaczej robi się codzienne zakupy?

Kupuję chyba mniej. Ale nie dlatego, żeby odliczyć to, co zaoszczędziłem, i natychmiast przelać do Afryki. W ogóle coraz bardziej jestem przekonany, że w kontaktach z pieniędzmi, zarabianymi czy darowanymi, nie wolno się zainfekować myśleniem liczbami. Ubóstwo nie polega na doprowadzeniu się do nędzy, lecz na tym, że poprzestaje się na tym, co wystarczy.

A może to taka… chwilowa fanaberia. Gwiazda telewizyjna ma focha na pomaganie dzieciom w Afryce.

Docierają do mnie takie głosy, ludzie piszą, że może by i dali mi te dziesięć złotych, ale mają wątpliwości – dlaczego „czarne” dzieci? Czy może chcę być kopią „Brandżeliny”? Buduję sobie PR „na Madonnę”? Może ja „ocieplam” sobie wizerunek zdjęciami chorych dzieci? Chcą, bym się im tłumaczył. Przepraszam, ale nie mam czasu, by prostować zakręty w ludzkich głowach. Mam robotę do zrobienia i ją robię. Mówię o tym na tyle, na ile może się to przydać mojej fundacji, nie przeprowadzam np. spektakularnych akcji adopcyjnych, myślę zresztą, że mają one mało sensu. Dzieci powinny zostać w swojej kulturze, języku. Bywało, że siostry wysyłały je do naprawdę fantastycznych rodzin, gdzie miały rajskie warunki. Często później chciały wracać.

Pojechałeś do Kasisi jako dziennikarz, zostałeś jako… człowiek.

W Kasisi nie da się inaczej. Tu nie liczy się, co masz na wizytówce, tylko czy dzieciaki cię polubią i czy rzeczywiście pomagasz. Więc idę krok za siostrami. To ich dom. Ja tylko słucham potrzeb i szukam metod, jak te potrzeby zrealizować. Bywało, że przyjeżdżałem z pieniędzmi, które bardzo chciałem wydać na przykład na łóżka dla noworodków, a okazywało się, że kilkadziesiąt tysięcy trzeba było pilnie wydać na jedzenie. Było i tak, że najpilniejszą potrzebą okazał się inkubator, bo w całej Lusace nie było ani jednego! Kupiłem go więc i poleciałem do kaplicy cały w skowronkach, dziękując Bogu, że pozwolił mi zarobić pieniądze, które mogłem przekazać dalej. To moja ideologia od zawsze: nie mam nic, czego bym nie otrzymał, pełnię tylko rolę kuriera, posłańca. Zadzwoniłem potem do znajomych w Polsce, żeby podzielić się radością…

Gratulowali?

A skąd! Zorganizowali naradę pod hasłem: „Hołownia zwariował”. (śmiech) Padały argumenty, że to nieodpowiedzialne, bo zabieram marzenia moim przyszłym dzieciom, że zgrzeszyłem nieroztropnością, bo nie należy rozdawać pieniędzy, tylko inwestować. A poza tym na pewno chciałem poczuć się szlachetniejszy, więc zgrzeszyłem też pychą. Radość wyparowała ze mnie w kwadrans. Pojawił się lęk: A co, jeśli oni naprawdę mają rację? Po kilku dniach psychicznego „grillowania” samego siebie pomyślałem: „A mam to w d...!” . Bóg chce, żebym rozdawał w Kasisi kapitał, a nie odsetki. Kropka. Nie będę siedział w Polsce, składał stówkę do stówki i przez pięćdziesiąt lat obliczał, ile to ja tym dzieciom dam w 2050 roku. One potrzebują tego dziś. A ja? Jakiś czas temu, właśnie w Kasisi, zawarłem z Panem Bogiem „deal”: „Ja spróbuję nie martwić się o nic, Ty się martw o wszystko”. Ewangeliczna wdowa w Europie nawet przez wierzących uznana byłaby za wariatkę, w Afryce wiara w Opatrzność jeszcze działa.

Filantropijna Europa nie da się lubić.

Da się. Ci ludzie naprawdę często mają szczere chęci, tylko nie mają pojęcia, jak pomóc. Dlatego dostajemy na przykład pudło przeterminowanych o trzy lata antybiotyków. Dzwonimy i słyszymy: „Przecież to dla Afryki, myśleliśmy, że się przyda”…

Trafiłeś na konkretne miejsce, ludzi, czas. Więc zacząłeś „inwestować” w Kasisi. Może większość ludzi nie ma swojego miejsca do pomagania.

I dlatego chcę im je pokazać! Chcę im dać narzędzia, które pozwolą czuć się częścią rodziny, realnie zmieniać życie dzieciaków, nie ruszając się z domu. Właśnie kończymy budować stronę internetową fundacji (www.fundacjakasisi.pl), na której będzie można wziąć pod opiekę konkretne dziecko, dowiedzieć się, co słychać w Kasisi, kupić komuś konkretny posiłek, albo zafundować nam klamkę do karetki. Odpaliliśmy już akcję zbierania na ambulans na naszym profilu na Facebooku. Szukamy teraz 2300 ludzi, którzy dadzą nam po  50 złotych, z czego za trzystu płacę ja. Wyremontowałem już w Kasisi małą klinikę: najciężej chore dzieci wciąż nie mają tego wszystkiego co ich rówieśnicy w Europie, ale przynajmniej mają wygodne łóżko, klimatyzację, podstawowy sprzęt. Jednak gdy coś się dzieje i tak musimy je wieźć do szpitala, a w Zambii nie ma pogotowia. Układamy materace w bagażniku furgonetki i jedziemy po wybojach czterdzieści kilometrów. Upał, brak możliwości podłączenia tlenu czy kroplówki – tego nie wytrzymałby zdrowy, a co dopiero umierające dziecko.

Szymona, o którym wcześniej opowiadałeś, poznałam na portalu społecznościowym, na profilu Fundacji Kasisi. Szymon również mnie zna?

Wszystkie nasze dzieci, razem z siostrami, śledzą profil fundacji na Facebooku. I cieszą się z każdego „lajka”, modlą się za nowych przyjaciół. Czują dumę, że w Polsce są ludzie, którym na nich zależy. I bardzo na was wszystkich czekają.