Błogosławiona wina

O in vitro i o początkach ludzkiego życia - rozmowa z dr. Tadeuszem Wasilewskim

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Wykonując przez 25 lat in vitro, widział Pan wiele razy ludzki embrion pod mikroskopem. Miał Pan zawsze świadomość, że patrzy na człowieka?

Dr Tadeusz Wasilewski: – Zawsze. Miałem świadomość, że to jest życie. Jeśli pojawiała się wątpliwość, to rozwiewali ją pacjenci.

Jak to?

– Po biopsji jajników, czyli po zabiegu pobrania komórek jajowych od kobiety, oraz po połączeniu plemnika z komórką jajową ludzki embrion przetrzymuje się w inkubatorze o odpowiednim wysyceniu dwutlenku węgla i odpowiedniej temperaturze. W tym czasie lekarz obserwuje rozwój zarodków. Rodzice wtedy, w drugim, trzecim dniu od zapłodnienia dzwonią i pytają: „Czy nasze dzieci się rozwijają?”, a potem dopiero „Kiedy będzie transfer?”, czyli przeniesienie tych zarodków do jamy macicy. W pierwszej kolejności pojawiały się zawsze czasowniki dotyczące życia.

I mówiąc tak, nie mają dyskomfortu, że ich dziecko pierwsze dni swojego życia spędza w szkle zamiast pod sercem mamy?

– Mają duży dyskomfort, choć nie wszyscy. Chęć posiadania potomstwa jest bardzo silna. Zależy, na ile wiedza powstrzyma nas przed niegodziwym krokiem. Jeśli nasza wiedza na ten temat jest lapidarna, włączamy sto kanałów telewizyjnych i trafimy na informacje: jesteś niepłodny, nie masz dzieci, rozwiązaniem są inseminacje, in vitro. Finałem programu in vitro jest istnienie dziecka, które zaczyna mówić „tata”, „mama”, więc ludzie mówią sobie: „Czy my robimy coś złego?”. Jeśli pacjenci to słyszą po raz setny, również od lekarzy, to bez skrupułów poddają się zabiegowi. Oczywiście nie znam pacjentów, którzy jeśli mieliby wybrać między poczęciem dziecka w swoim własnym łóżku, a w laboratorium, wybraliby to drugie.

Z Pana słów wynika, że sporą odpowiedzialność za modę na in vitro ponoszą lekarze.

– To dziś szalenie popularny program w środowisku medycznym. W Polsce jest już 40 ośrodków wykonujących in vitro. Na sympozjach ginekologów o bezpłodności mówi się tylko w kontekście in vitro i to tak jak o wyjściu do sklepu i kupowaniu chleba. To jest już tak oczywiste. Lekarze mają poczucie, że realizują misję pomocy ludziom.

Pan w pewnym momencie uświadomił sobie, że to nie taka oczywista misja.

– Zrozumiałem, że każde istnienie ludzkie jest ważne. To genetycznie prawidłowe i to, o którym już wiemy w trakcie ciąży, że urodzi się chore. Czy nastąpi śmierć takiego zarodka w trzeciej dobie, czy po 14 dniach, nie mamy prawa zrobić kroku, który ją przyspieszy.

Ale jeśli wykonując in vitro, był Pan świadom, że embrion to człowiek, to co tu więcej trzeba rozumieć?

– Tak, ale działał też inny mechanizm. Byłem przekonany, że pomagam ludziom. Pacjenci dziękowali, pisali listy, wręczali kwiaty, pokazywali zdjęcia dzieci. Pewnego dnia jeden z księży podszedł do mnie w kościele i powiedział: „Zastanów się, może to nie tak”. Pomyślałem: łatwo mu mówić, nie ma rodziny, a ja wracam do domu, otwieram listy i znajduję tam radość i szczęście. To kto ma rację?

Dobrze, a co ze świadomością, że dając jedno życie, uśmierca się inne?

– Istnieje świadomość, że te zarodki giną, ale człowiek tłumaczy sobie, że zarodki też będą umierały naturalnie.

«« | « | 1 | 2 | 3 | » | »»

aktualna ocena |   |
głosujących |   |
Pobieranie.. Ocena | bardzo słabe | słabe | średnie | dobre | super |

Wiara_wesprzyj_750x300_2019.jpg

Archiwum informacji

niedz. pon. wt. śr. czw. pt. sob.
25 26 27 28 29 30 1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31 1 2 3 4 5