Błogosławiona wina

GN 41/2011 |

dodane 13.10.2011 00:15

O in vitro i o początkach ludzkiego życia - rozmowa z dr. Tadeuszem Wasilewskim

Błogosławiona wina Jakub Szymczuk /Foto Gość dr Tadeusz Wasilewski

Joanna Bątkiewicz-Brożek: Wykonując przez 25 lat in vitro, widział Pan wiele razy ludzki embrion pod mikroskopem. Miał Pan zawsze świadomość, że patrzy na człowieka?

Dr Tadeusz Wasilewski: – Zawsze. Miałem świadomość, że to jest życie. Jeśli pojawiała się wątpliwość, to rozwiewali ją pacjenci.

Jak to?

– Po biopsji jajników, czyli po zabiegu pobrania komórek jajowych od kobiety, oraz po połączeniu plemnika z komórką jajową ludzki embrion przetrzymuje się w inkubatorze o odpowiednim wysyceniu dwutlenku węgla i odpowiedniej temperaturze. W tym czasie lekarz obserwuje rozwój zarodków. Rodzice wtedy, w drugim, trzecim dniu od zapłodnienia dzwonią i pytają: „Czy nasze dzieci się rozwijają?”, a potem dopiero „Kiedy będzie transfer?”, czyli przeniesienie tych zarodków do jamy macicy. W pierwszej kolejności pojawiały się zawsze czasowniki dotyczące życia.

I mówiąc tak, nie mają dyskomfortu, że ich dziecko pierwsze dni swojego życia spędza w szkle zamiast pod sercem mamy?

– Mają duży dyskomfort, choć nie wszyscy. Chęć posiadania potomstwa jest bardzo silna. Zależy, na ile wiedza powstrzyma nas przed niegodziwym krokiem. Jeśli nasza wiedza na ten temat jest lapidarna, włączamy sto kanałów telewizyjnych i trafimy na informacje: jesteś niepłodny, nie masz dzieci, rozwiązaniem są inseminacje, in vitro. Finałem programu in vitro jest istnienie dziecka, które zaczyna mówić „tata”, „mama”, więc ludzie mówią sobie: „Czy my robimy coś złego?”. Jeśli pacjenci to słyszą po raz setny, również od lekarzy, to bez skrupułów poddają się zabiegowi. Oczywiście nie znam pacjentów, którzy jeśli mieliby wybrać między poczęciem dziecka w swoim własnym łóżku, a w laboratorium, wybraliby to drugie.

Z Pana słów wynika, że sporą odpowiedzialność za modę na in vitro ponoszą lekarze.

– To dziś szalenie popularny program w środowisku medycznym. W Polsce jest już 40 ośrodków wykonujących in vitro. Na sympozjach ginekologów o bezpłodności mówi się tylko w kontekście in vitro i to tak jak o wyjściu do sklepu i kupowaniu chleba. To jest już tak oczywiste. Lekarze mają poczucie, że realizują misję pomocy ludziom.

Pan w pewnym momencie uświadomił sobie, że to nie taka oczywista misja.

– Zrozumiałem, że każde istnienie ludzkie jest ważne. To genetycznie prawidłowe i to, o którym już wiemy w trakcie ciąży, że urodzi się chore. Czy nastąpi śmierć takiego zarodka w trzeciej dobie, czy po 14 dniach, nie mamy prawa zrobić kroku, który ją przyspieszy.

Ale jeśli wykonując in vitro, był Pan świadom, że embrion to człowiek, to co tu więcej trzeba rozumieć?

– Tak, ale działał też inny mechanizm. Byłem przekonany, że pomagam ludziom. Pacjenci dziękowali, pisali listy, wręczali kwiaty, pokazywali zdjęcia dzieci. Pewnego dnia jeden z księży podszedł do mnie w kościele i powiedział: „Zastanów się, może to nie tak”. Pomyślałem: łatwo mu mówić, nie ma rodziny, a ja wracam do domu, otwieram listy i znajduję tam radość i szczęście. To kto ma rację?

Dobrze, a co ze świadomością, że dając jedno życie, uśmierca się inne?

– Istnieje świadomość, że te zarodki giną, ale człowiek tłumaczy sobie, że zarodki też będą umierały naturalnie.

Profesor Szamatowicz twierdzi, że w trakcie in vitro one po prostu obumierają.

– Nie. My je popychamy do śmierci i tu jest istotna różnica!

Ile embrionów trzeba począć, by program in vitro przyniósł efekt?

– Około 6–8 zarodków. Inaczej gwałtownie spada skuteczność programu.

Dalej selekcjonuje się potencjalnie dwa najsilniejsze i implantuje się je do macicy, resztę mrozi. Jak wygląda ten proceder?

– Embriony ludzkie są poddane tzw. kriokonserwacji. Wkłada się je przeważnie po dwa do słomek, w specjalnej pajetce z odpowiednim środowiskiem, czyli białkiem, cukrem, węglowodanami, odpowiednim pH. Każda słomka musi być zaczopowana z dwóch stron. Pod odpowiednimi symbolami wkłada się je do ciekłego azotu. W ciągu dwóch godzin następuje spadek z temperatury pokojowej do minus 190 stopni.

Czy wszystkie zarodki przeżyją?

– W trakcie kriokonserwacji zginie większość. Także tych silnych. Istnieje specjalny program zamrażania i rozmrażania zarodków. Wszystko zależy od precyzji, a ta precyzja to kawałek płytki komputerowej, to butla z ciekłym azotem, która może być mniej czy bardziej wypełniona – każdy fizyk to potwierdzi. Poza tym zawodność urządzenia. To tak jak z samochodem: jeśli wsiądzie pani do samochodu, który nie ma podbitego przeglądu technicznego, to w razie wypadku będzie pani oskarżona o nieumyślne jego spowodowanie. A w klinice in vitro kogo pociągniemy do odpowiedzialności za śmierć tysiąca istnień? Prawo parlamentarne broni życia od poczęcia, ale w łonie mamy, nie w probówce.

Zwolennicy in vitro przekonują, że zamrożone zarodki z powodzeniem implantują w macicy.

– Znam ośrodki, które przez kilkanaście lat transferując zamrożone zarodki, nie doprowadziły ani razu do ciąży!

Dlaczego?

– Zarodki zamrożone są słabsze, mają mniejszy potencjał rozrodczy. Ich siły witalne są obniżone. Widzi pani, z jednej strony walczymy o życie, z drugiej skazujemy na śmierć istnienia ludzkie na wczesnym etapie rozwoju. Gdyby wszyscy uczciwie odpowiedzieli sobie na postawione przez panią pytanie, od kiedy zaczyna się ludzkie życie, nikt by nie dotknął programu in vitro. Ani lekarz, ani pacjent, który ma kłopoty z poczęciem dziecka.

Spór o in vitro toczy się wokół antropologii. Od kiedy zaczyna się istnienie ludzkie?

– Wielu profesorów zajmujących się in vitro odpowiada na to innym pytaniem: „A co myślą filozofowie?”. Tylko że tu wystarczy biologia. Zadajmy jej pytanie o początek życia w ogóle. Odpowie: „W chwili połączenia gamet płciowych pojawia się nowe życie”. Bo plemnik jest żywy, komórka jajowa jest żywa. Zgoda? Życie może przerwać tylko natura. Jeśli my to robimy, to siadamy na ławie oskarżonych. Jeśli przerwiemy czyjeś życie, które ma osiem czy 60 lat, to idziemy za taki czyn do więzienia. Czym się różni człowiek, który ma dwa dni, od 30-latka?

Wielkością i wiekiem.

– Właśnie! Tym, że to mniejsze np. nie słyszy nas, albo przynajmniej tak się nam wydaje. To małe nie chodzi, nie ucieka i tym bardziej jest zdane na nas. Do mnie to tak mocno dotarło, że z dnia na dzień zdjąłem fartuch i wyszedłem z programu in vitro.

Z nowym planem?

Kiedy wychodziłem na ulicę po raz ostatni z kliniki prof. Szamatowicza, liczyłem się z tym, że to koniec zawodu lekarza. Nie wiedziałem, czy będę dozorcą, czy będę układał płytki. Dopiero po pół roku poznałem naprotechnologię.

I nie wydawała się ona Panu mało naukowa?

– Nie. Pojechałem na zjazd w Rzymie, który zorganizował prof. Thomas Hilgers, twórca NaProTechnology. I wiedziałem, że to jest to. Założyliśmy więc ośrodek NaproMedica w Białymstoku.

Teraz leczy Pan niepłodność, a nie omija problemu, jak w przypadku in vitro. A mimo to naprotechnologię traktuje się po macoszemu.

– Tymczasem naprotechnologia to ochronna medycyna prokreacyjna, olbrzymi obszar badań i nauki. To, co wymyślił prof. Hilgers, nie jest skończone. Jest cały obszar żywienia i alergologii w ogóle nie ruszony. A to ma znaczenie dla możliwości naszego rozrodu. Podobnie jak genetyka. Hilgers bazuje na wydzielinach pochwowych, na śluzie, na podwalinach, jakie stworzyli Billingsowie. Ubrał to w swój język i wymyślił Creighton Model System, narzędzie do obserwacji cyklu kobiety. Kłopot w tym, że dziś zaburzyła się definicja niepłodności. WHO mówi, że w jednym cyklu miesięcznym mamy 20-procentową szansę na zdobycie dziecka do 35. roku życia kobiety i mężczyzny, którzy są w pełni zdrowi i regularnie współżyją przez rok. Ale jeśli dołączymy do tego umiejętność nadzoru nad naszą płodnością, to z 20 procent robimy 30!

Dlaczego więc tego nie robimy?

– WHO traktuje nas jak analfabetów, jeśli chodzi o wiedzę o płodności. Jako lekarz chcę walczyć z tym analfabetyzmem. Nauczmy fizjologii płodności w szkole. To są podstawy, kamienie milowe. Powiedzmy otwarcie, że tabletki antykoncepcyjne niosą ryzyko nowotworów, chorób zakrzepowo-zatorowych, zwiększają ryzyko zachorowania na choroby przenoszone drogą płciową, ograniczają płodność – by ograniczyć się do przesłanek medycznych. I przestańmy chodzić na skróty.

Przyszła do mnie dziewczyna. Trzy miesiące po ślubie. Nakręcona, że od ślubu nie ma poczęcia. Nerwowo szuka: usg., hormony. Była w jednym z białostockich ośrodków, słyszy: „Wie pani, 33 lata i od trzech miesięcy nic, to jeszcze ze dwa proszę popróbować, jak nie będzie dzidziusia, to zrobimy inseminację, a potem in vitro”. Jak to, a diagnostyka? W innym ośrodku doktor robi jej badanie ultrasonograficzne: w tym cyklu nie było owulacji. A dla mnie była owulacja. Oczywiście jeden widzi mięśniaka, inny nie, możemy popełnić błędy. Ale strategicznego błędu nie: po trzech miesiącach do in vitro jak z taśmy?!

Ma Pan dziś wyrzuty sumienia?

– Pamiętam, jak jeszcze tkwiłem w programie, po jednym z wykładów dla tysiąca osób ktoś położył mi na kolana książkę. Było ciemno, nie widziałem tytułu. Ale gdy szedłem do hotelu, skręcało mnie, żeby zobaczyć jej tytuł. Zatrzymałem się pod latarnią, snop światła padł na tytuł: „Błogosławiona wina”. Widzi pani, musiałem robić ten program in vitro, wszystkiego tego dotknąć, by móc dzisiaj stanąć po drugiej stronie, by mówić, czy to, czego dotykałem w przeszłości, jest godziwe, czy niegodziwe. Dzisiaj, kiedy zapraszają mnie na konferencję, moi koledzy z programu in vitro uciekają.

Tagi: