Czy ktoś, kto z trybun ogląda mecz, jest zaraz piłkarzem?
Czy Izrael, burząc i zmuszając mieszkańców południowego Libanu do opuszczania swoich domów – całego regionu! – popełnia zbrodnie wojenne? Opinie bywają pewnie na ten temat różne. Myślę, że ocena tego rodzaju spraw przez wielkich tego świata w dużej mierze zależy dziś od tego, kto się takich działań dopuszcza. Wiadomo, co wolno wojewodzie...
Niespecjalnie się temu dziwię. Od dawna widzę, że ludzkie poglądy w żadnej albo znikomej tylko mierze zależą od faktów, a kształtuje je to, co człowiek chciałby uznać za prawdę. Kiedy wiele lat temu na wykładach z teorii (nie do) poznania usłyszałem o koherencyjnej koncepcji prawdy – że za prawdę uznaje się tylko to, co pasuje to systemu, a to, co nie pasuje odrzuca się jako nieprawdziwe – wydawało mi się to jakimś marginalnym dziwactwem. Dziś widzę, że to zjawisko powszechne. Przynajmniej wśród ludzi, którzy odczuwają potrzebę dzielenia się swoimi poglądami z innymi w mediach, także społecznościowych. Ot, w ostatnich dniach, ocena spięcia między prezydentem Nawrockim a dziennikarzem TVN-u. Fakty – w tym wypadku wcześniejsza wypowiedź prezydenta – nie miały znaczenia, liczyły się polityczne sympatie....
Ale to nie tylko w świecie polityki. Bywa tak i w naszych dyskusjach o sprawach wiary. Ktoś w konkretnej sprawie ma jakiś odmienny pogląd. Co z tego, że potrafi go dobrze uzasadnić, jeśli nie z tym jego poglądem się dyskutuje, a wrzuca do szufladki z takim czy innym napisem i dyskutuje z poglądami przypisanymi tej szufladce, choć ów delikwent akurat nie podziela? Stosuje się niby biblijną zasadę „Kto nie – w całej rozciągłości! – z nami ten przeciwko nam”. Tyle że Jezus mówił jednak trochę inaczej (ot, zobaczyć Mk 9,40 i porównać z Mt 12,30).
Rozpisałem się. A chciałem o czym innym. Byłem wczoraj na debacie poświęconej założycielowi oaz, księdzu Franciszkowi Blachnickiemu. Wiele ciekawych tematów, wiele ciekawych myśli. Mnie najbardziej zastanowiła dyskusja na temat niewykorzystanych owoców jego wizji. Z jednymi tezami się zgadzałem, z innymi średnio... Ale zastanawiałem się co bym powiedział, gdyby to mnie zadano to pytanie...
Myślę, że było tym zrezygnowanie z duszpasterstwa zmuszającego do opowiedzenia się, do dokonania wyboru, a więc siłą rzeczy duszpasterstwa pewnych elit, na rzecz duszpasterstwa masowego, mającego nadzieję, że i taki wahający się, jak coś tam usłyszy, to może do niego trafi. Najbardziej jaskrawym tego przykładem była swego czasu nagła wolta dotycząca religii w szkole. Kończyłem wtedy studia. Przed wakacjami słyszałem, że wyrzucenie religii ze szkół było komunistów „błogosławioną winą”. We wrześniu, że religia wraca do szkół...
Rozumiem tamą decyzję. Złośliwi twierdzą, że chodziło głownie o finanse, ja rozumiem, że chodziło też o wsparcie demokratycznych przemian, o propaństwowość. Z czasem okazało się, że lekcje te i katecheci przy okazji, stali się chłopcem do bicia. Choć nie była lekcją obowiązkową, tworzono, nie tylko w mediach, atmosferę, jakoby była elementem jakieś opresji wobec młodych ludzi, blokowaniem nowoczesności, wciskaniem im ciemnoty i zabobonu. Wiem, że być chrześcijaninem, to wybór największej wolności. Tyle że nie tak odbierało to wielu młodych. Bo to nie był ich wybór. To było trwanie w tradycji. W obyczajowości starych: rodziców, dziadków, przeciwko którym każdy młody w jakimś momencie życia się buntuje....
Religia w szkole – wiem o czym mówię, uczyłem w szkole przez 14 lat – nie daje też możliwości bardziej indywidualnych rozmów, spotkań nieformalnych w mniejszych grupach. No, chyba że na przerwie albo po ostatniej lekcji. Wciśnięta między lekcje wuefu a matematykę staje się przedmiotem jakich wiele; na dodatek przedmiotem, który można lekceważyć, bo polski, matematyka...
Tak, młodym odebrano w ten sposób to, co w wierze najważniejsze: konieczność dokonania wyboru. Można być „między”. I nawet całkiem lekceważąc życie religijne myśleć, że jest się OK....
To oczywiście element szerszego problemu. Tego ciągle, bardziej czy mniej świadomie, stawania przez Kościół w Polsce na rozdrożu między potrzebą kształtowania chrześcijan konsekwentnych, a duszpasterstwem mas. To drugie przejawia się między innymi w dawnym uspokajaniu się statystykami, a teraz, w związku z nimi, biciu na alarm. Ma oczywiście znaczenie, że ktoś w badaniu deklaruje wiarę, ma znaczenie, że w niedzielę chodzi do Kościoła czy przystępuje do Komunii. Tylko co najmniej równie ważne, jak to chrześcijaństwo wygląda w życiu. Jeśli chrześcijanie nie są solą, nie są światłem, a są tacy, jak otaczający ich świat, jeśli wartościują jak ten świat i na równi z ludźmi tego świata dobijają się o zaszczyty i władzę, na równi z nimi czczą Mamonę i posługują się kłamstwem, to są raczej antyświadectwem. Czy taka wiara wystarczy przynajmniej do tego, by sami się zbawili? Oby. Ale przecież „Nie każdy, kto mi mówi Panie, Panie” – i tak dalej....
Pointa? Nie, tym razem bez niej. To co napisałem, to przecież ledwie dotknięcie tematu...
aktualna ocena | |
głosujących | |
Ocena |
bardzo słabe |
słabe |
średnie |
dobre |
super |
Nazywał siebie świnią, gdy kolejny raz się upił. Potem był odwyk i wyjście na prostą.
Kościół afrykański czasami czuje się nieco pomijany, dziś jest jednak samodzielny.
Bieda, wojenne rany i nierówności społeczne naznaczają codzienność dzisiejszej Angoli